"Pracuj nad sobą a z koniem się baw" Pat Parelli

poniedziałek, 15 marca 2010

Pogodowe wynaturzenia

Tytuł na okoliczność, że spadł bezsensowny śnieg a w poniedziałek rano było -11 st. Skandal jakiś!

W sobotę
o poranku Siwe doczekało się pięknych nowych kopytów przednich. Dostąpiłam nawet zaszczytu (na wyraźny rozkaz Oblubieńca ;-) przejechania parę razy pilnikiem po Siwym kopycie, ale zaraz się wykręciłam od tej roboty, bo mi jakoś nieporęcznie było... Pilnik zdecydowanie za duży; jakby była wersja damska to i owszem... Bym piłowała. A tak to nie ;-)
Siwe miało robione kopyty pod stajnią. Samotnie. O, i tu dochodzimy do meritum. Że się dało. Że Siwe tylko minimalnie się zawierciło na początku, minimalnie zatańcowało w miejscu kilka razy zadami (bo przodami się nie dało ;-) i ani razu nie rozdarło siwej paszczy (a potrafi panikować gębą). A bądź co bądź pod stajnią się nie bywa od jakiegoś czasu, bo przecież mieszka się na padoku. Czyli miejsce jakby trochę nowe, nie podpadające pod siwe comfort zone...
Darł się za to Szamanisko pozostawiony z kolegami na padoku. Myślał by kto. Taki DUŻY a mazgaj! Kręcił się i wiercił pod bramką, potem się obraził i stał naburmuszony (on tak ma; naburmusza się, robi się wysoki, nie patrzy bezpośrednio tylko z miną gapi się w dal. Ale wbrew pozorom, czuwa) W końcu poszedł jeść. Tak się obraził ;-)
I wtedy mnie poraziła myśl. Na spacer iść na nowych kopytach! Hen, za bramę! Pomysł nowatorski, radykalny i, nie ukrywam, śmiały. Bo na spacery nie chodzimy. Bo logistyka, bo się nie chce, bo nie ma czasu, bo reszta będzie wyczyniać... Ale Niko przecież chodzi i nic się nie dzieje. Tylko hucek za nim popatruje (i to tylko wtedy, gdy nie ma siana ;-). Nasi się nieszczególnie interesują...
Poszłyśmy. Siwe gałowało, rozglądało się, szło bystrze i sprężyście. Zaraz za bramą odkryła pokłady siana (pozostałości po rozładowywaniu przyczepy, nieco przetrzebione przez spacerowicza Nika), pojadła. Przeszłyśmy się kawałek drogą, skoczyłyśmy przez kanałek odpływowy wykopany w poprzek naszej drogi, potem zakręciłyśmy na zalaną koniczynową łąką (Siwe sprytnie omijało rozlewiska), na koniczynie Siwe próbowało zakotwiczyć, ale nie dałam, bo mi się nie chciało sterczeć na wietrze (no i rowki cukrowe!! wprawdzie koniczyny jeszcze nie ma, ale zeszłoroczna trawa sterczy a i młoda już się minimalnie puszcza kępkami, więc Siwe zaczęło się łapczywie napychać...)

A potem było jeździectwo. No bo w końcu po coś się tę kolekcję siodeł posiada (Oblubieniec: a po cholerę Ci to kolejne siodło, jak Ty w ogóle nie jeździsz!!!!????) Siwe podlazło jako pierwsze, nie wypadało nie docenić końskiej chęci (zapewne chodziło o ciasteczko, ale co tam... ;-) Osiodłałyśmy się wcale nie jakoś delikatnie, znaczy nie cackałam się, żadne tam kiziu-miziu: dałam powąchać pad i fru go na plecki; dałam powąchać siodło i też fru (eee, daj powąchać dłużej...! Siwe wyrobiło sobie sprytny schemacik: wie, że im dłużej niucha, tym bardziej opóźnia procedurę siodłania... a jak już obniucha i chcę siodło zakładać, robi sprytny blok głową-szyją, żeby się nie za bardzo dało to siodło na pleckach umieścić, cwana jaka dzika...) Nawet fenderami pomachałam daleko odwodząc je na boki (o, to Siwą zawsze nieodmiennie płoszy...) i potelepałam siodłem (pad sobie pod Siwką nieźle posyczał wypuszczając-zasysając powietrze). No, było nieźle. Głowa jak zwykle w górze, czujność jak ważka, ale bez odpałów. Trochę się ruszyłyśmy kłusem a potem wpadłam na pomysł poganiania hucka z Siwą na linie. Bo hucek miał minę zbyt butną ;-) I stawiał się Szamanowi. Więc mu się należało ;-) Zresztą co tam, lider se może robić co chce, nawet bez powodu przegnać gada ;-)
Mały wiał jak należy, suki nam dzielnie pomagały; zamętu narobiliśmy na padoku, że hej :-) Siwe dzielnie za mną latało, aczkolwiek trzymając się w słusznej odległości 1/2 liny, bo pędząc tęgim kłusem za huckiem wywijałam końcówką liny i wznosiłam bojowe okrzyki :-)
W końcu się zasapałam, hucek miny butnej się pozbył, więc postanowiłam wsiąść na Siwe. A co!
I usiłuję z ziemi a tu porażka! Za wysoko! No żeby aż tak zdziadzieć?? Czy już tylko hucek size mi pisany?? Musiało się iść do podestu z mega-opon. Szybko sobie wyjaśniłyśmy, że moje wdrapanie się na oponę nie oznacza, że Siwe też ma się na nią wdrapać ;-) Wsiadanie bez emocji ze strony Siwki, z mojej owszem, bom nienawykła... Jak ja będę na niej jeździć? Jakoś sobie tego nie wyobrażam... Muszę po fachowca, chyba mnie to jednak nie minie...
...i już za chwilę siodłałam hucka. No ten przynajmniej jezdny ;-) Pomna na nasze ostatnie jeździeckie sukcesy... A tu siurpryza: mały nie w sosie (obraził się za ganinki, czy co...? ;-) Już na linie pokazał różki (pobryki, pokwiki, pląsy, miny kwaśne pod moim adresem) a pod siodłem emanował niechęcią do współpracy... Najpierw nie chciał ruszyć z miejsca, dopiero dyscyplinarne kółeczka biegiem go przekonały. Potem nie chciał cofać. Potem nie chciał zwolnić. A w międzyczasie nie chciał skręcać. Albo chciał skręcać wtedy, kiedy ja nie chciałam... Jednym słowem jazda była bardzo finezyjna ;-) Poddał się po jakichś 20 minutach, gdy nie na żarty rozszalała się śnieżyca... Na koniec dostał ciasteczko, więc rozstaliśmy się w zgodzie :-) Nawet trochę sam z siebie za mną połaził (wyniuchał, że mi ciasteczka w kieszeni zostały; nie łudźmy się, że to MIŁOŚĆ ;-)

Ze spraw czysto-żywo-budowlanych: wzięłam się w końcu za ratowanie resztek okrągłego wybiegu (...bo 2 kolejne żerdzie odgryzione...) Pomalowałam czarną śmierdzącą ohydą to, co pozostało z ogrodzenia. W trakcie poczułam na sobiej czyjś wzrok. Poglądam wokoło, oczywiście Szaman. Stoi i się we mnie wpatruje. W końcu nie wytrzymuje. Podchodzi. Do jednego słupka, obniuchuje z odległości 5 cm., krzywi się. Podchodzi do kolejnego, obniuchuje, krzywi się... W końcu podchodzi do mnie, obniuchuje wiaderko z ohydą i popatruje na mnie zdegustowany... Cholera, a skąd on wie, że to malowanie to na jego okoliczność...??

A w niedzielę wyluzowane Siwe, bo chowane bezstajennie, przeraziło się... ptaszka. Małej ptaszynki!
...Siwe wypasało się o poranku na porozrzucanym po całym padoku sianie razem z małym szarawym ptaszęciem. W pewnym momencie ptaszyna podfrunęła a Siwe wykonało skok stulecia w bok (2 m.) zwieńczony cudnym rozjechaniem się nóg na wszystkie strony, o mało nie glebnęła... No i weź tu człowieku na nią wsiadaj!

poniedziałek, 8 marca 2010

Neck reining

Tak, proszę Państwa. W niedzielę w końcu wlazło się na hucka (zrobiłam bilans jeździecki za rok 2010; wypadł marniutko: tylko 3 jazdy w tym roku) a że w sobotni wieczór obejrzało się DVD Douga Carpentera (szkolenie od podstaw: od lonży, poprzez pierwsze wsiadania, docelowo do western pleasure) to i motywacja do westernowania się pojawiła ;-) Nie wszystko w metodyce treningowej pana DC przypadło mi do gustu, ale po zastosowaniu pryncypiów PNH dało radę wdrożyć na małym...
Zapoczęłam od zmiany loop rein na split rein (moich cudnych markowych ciężkich skórzanych wodzy westernowych; nie dość, że porządnie zakurzonych, to jeszcze skrobniętych o zgrozo! mysim zębem) i zorganizowaniu ogłowia (dla odmiany postanowiłam użyć indiańskiego z taśmy we wzorek a la navaho)...
Hucek na mój widok się zbystrzył i jakoś nie przejawił zbytniej chęci do podejścia (chyba emanowała ze mnie kowbojska charyzma ;-) Pojawili się za to wszyscy inni, z Nikiem na czele, który elegancko ustawił się boczkiem do siodłania (no ten to ma pomysły... chyba mu się kulbaka podoba ;-)
Towarzystwo zostało wyproszone z miejsca przy oponach a huckowi zrobiło się catching game (próbował chować się za Szamana, ale Szaman wie, że jak się na coś uprę, to lepiej nie stać mi na drodze. Więc zwiał, hucka odsłonił i nic już małego nie uratowało. Złapał mnie, co mu się opłaciło, bo dostał ciasteczko ;-)
Przy nowym ogłowiu trochę grymasił (użyliśmy też innego wędzidła niż zwykle), ale zaraz się uspokoił (magiczne słówko EJ! ;-) Malutkie grymasy odstawił też przy zmianach kierunku w okrążaniu, ale szybko dał sobie spokój, bo to wymagało sporej energii z jego strony a on tego bardzo nie lubi - emanować energią (ganianki stadne, kondycyjno-spuszczające parę traktuje jako zło konieczne, co najwyżej zasuwa kłusem a i to niechętnie)
Wgramoliłam się na malucha (z wdziękiem i gracją, bo nizutko ;-) i pomknęliśmy. Jako, że z naszego okrągłego wybiegu pozostało jakieś 2/3 ogrodzenia, bo resztę zeżarł Szaman na spółkę z Siwką (tak, przyłapałam ją, jak zamyślona zerkała na moje jeździectwo skrobiąc zębem drąg...) powędrowaliśmy najpierw na drugi padok, a potem na ostatni, nad samą rzeczką, gdzie pełno kłód i gałęzi. Czyli puściliśmy się na szerokie wody, prawie jak teren... Hucek nawet nie miałknął, że mu od koni odejść rozkazuję, ba, nawet wyglądał na zadowolonego, że coś się w końcu dzieje, popatrywał po krzakach, gapił się na rzeczkę a co i raz zerkał na mnie przez ramię, czy może szykuję ciasteczko...?
Bardzo ładnie poćwiczyliśmy sobie skręcanie od dosiadu a jako, że miałam wodze westernowe tak jakoś samo mi poleciało w kierunku neck reining i okazało się, że hucuś pięknie ustępuje od przyłożenia wodzy... Tak mi się to spodobało, że zaczęliśmy pomykać kłusem... Ćwiczyliśmy namiętnie zatrzymania z kłusa na przeniesienie ciężaru, mocniejsze oparcie w strzemionach (mantra szkółkowa: pięty w dół ;-) i WHOA! I zaraz potem cofanie. Energiczne. Prawie jak reining ;-) Za pierwszym poleceniem energicznego cofania hucek warknął ostrzegawczo, położył uszyska i zebrał się w sobie do mini-bryku, ale zastosowałam pomoc głosową (słówko EJ!) i mały bez sprzeciwu dziarsko pomaszerował wstecz :-)
Musieliśmy intrygująco wyglądać tam nad rzeką, bo długo nie cieszyliśmy się osobistym placykiem do jazdy; już za chwilę przywędrowała do nas Siwka a zaraz za nią Szaman. Pojawianie się Szamana szczegółnie mnie zaniepokoiło, bo ten miewa pomysły (np. nagły start galopem z miejsca w czasie moich ćwiczeń z Siwką, co oczywiście niezmiennie wprawiało Siwkę w niepokój co, kto, o co chodzi??? i nici z koncentracji. Oczywiście nic się nie działo, Fisiek chciał tylko zwrócić na siebie uwagę ;-)
Teraz też stanął i zamiast żreć korę z gałęzi jak Siwe, gapił się na nas z zainteresowaniem. Pogroziłam mu palcem i chyba uznał, że nie mam dziś poczucia humoru, bo przestał się nami zajmować. Na wszelki wypadek przenieśliśmy się jednak na drugi padok, bo licho nie śpi ;-)
Trenowaliśmy (o-hoho, jakie wielkie słowa ;-) 40 minut, czyli jest to nasz jeździecki rekord jeśli chodzi o długość jazdy. Hucek nawet się nie zapocił, ale na koniec robił bokami jak lokomotywa... Albo symulował stan przed-zawałowy, albo zero kondycji u kolesia... Ale wystarczyło, że chwilę postał, zaraz zainteresował się sianem i powędrował uzupełniać niedobory energetyczne ;-)

A chów bezstajenny kwitnie :-) W sobotę zaimplementowałyśmy z Alą karmienie treściwym z wiaderek w oponach. Było bardzo grzecznie, bo towarzystwo nie pokapowało się, co w wiaderku przyniosłam... Kolejnego dnia musiałam wkroczyć zbrojnie do akcji, bo hucek (odgoniony od swojego wiaderka przez Fiśka) przegonił z kolei Nika... A nie wypada, żeby na moich oczach gościowi krzywda się działa ;-)

A stajnia zalana. Czyli jednak nie wlew przez próg, ale podmakanie... W dwóch boksach lodowiska, woda za kostki... Psy w stajni z upodobaniem grasują, próbują lód gryźć, skaczą po nim i powarkują gdy trzeszczy... Teraz to ich ulubiona zabawa... A jeszcze ulubieńsza: ugryźć kawał lodu, zanieść go sobie w słomę i chrupać :-)
A poziom wody w studni mamy w tej chwili prawie równy z gruntem... Całe szczęście, że mróz (oby trzymał); dzięki niemu udało się nam dowieźć 100 kostek siana... Jak się ociepli, to chyba się potopimy...

wtorek, 2 marca 2010

Chów bezstajenny

Tak! Od czwartku nasze konie mieszkają na dworze!!! Wszystkie 4 :-)))
Oblubieniec zwany Podstępnym, przeprowadził koński eksperyment noclegowy bez konsultacji ze mną! A konie są przecież moje, jego psy!
Przyznał się kolejnego dnia ;-) Że nocowały na padoku, że przez noc zeżarły mu pnie drzew, które miały tylko okorować, że grzeczne, że nie uciekły, że nic się nie stało... Czyli rozpoczął się nowy rozdział gawłowskiego końskiego życia :-)

Przybyłam w sobotę późnym popołudniem (urodziny Babci). Dojeżdżamy do sąsiada (miejsce parkingowe - teraz dla odmiany po śniegu, na naszej drodze potop) a na horyzoncie - samotny jeździec. Przybywa Ala z Nikiem. I to bynajmniej nie w celu rekreacyjnej przejażdżki, tylko użytkowo. Niko został niecnie wykorzystany jako koń juczny! Do taskania na grzbiecie worka z otrębami a la martwy kowboj (zwany w niektórych kręgach martwym Indianinem). Chce się jeść, trzeba zapracować (ciekawe, czemu ta zasada nie dotyczy moich nierobów ;-) Tak mi się spodobał ten pomysł, że knuję, jak tu wyprodukować juki-sakwy na hucka. Ani chybi, da radę. W przeszłości podobno nawet w bryczce chodził, to i koniem jucznym może być ;-)

Po dobrnięciu na podwórko (asekurowałam prawą stronę worka, żeby nie palnął z Nika we wodę...) biegiem do koni. Żyją, gęby zadowolone; włóczą się po padoku, wystają grupkami, podkłócają się, prowadzają parami albo samodzielnie, ogryzają patyki, niszczą okrągły wybieg (kolejny drąg oderwany), psują zabawki (poległy oba pachołki)... Czyli good :-)
Więc od razu z grubej rury: w nocy szczepienie na grypę. Po ciemku, na padoku, przy latarce czołówce. Tego to jeszcze u nas nie było. Prorokowałam porażkę, przynajmniej w wykonaniu Siwku. A tu nic. NIC! Wszyscy ze stoickim spokojem. Fisiek jako pierwszy, jak zwykle bez emocji. Dostał ciasteczko (ach, te moje drobne słabostki do rozpuszczania zwierzaków... ;-) Następny oczywiście zameldował się hucek. Już. Natychmiast. Teraz. I szybko, bo ciasteczko pewnie czeka... Machnął tylko głową w kierunku Koleżanki do Kłucia, chyba tylko po to, żeby się pospieszyła, bo ile można czekać na łakotkę... ;-) Potem Niko, oczywiście bez sensacji, a na końcu Siwe. Tu byłam przygotowana na pewne ekscesy, pomna jak w zeszłym roku Siwe próbowało wiać z igłą wbitą w szyję... A tu NIC. Latarka świeci punktowo, dookoła widzę ciemność, a Siwka lekko tylko uniosła głowę... Ciasteczka zainkasowała 3, wszystkie, jakie mi zostały. A co, należało się! Nie pamiętam, żeby które nasze szczepienie było tak bezproblemowe :-) oczywiście składam to na karb 3-dniowej bezstajenności, bo wszyscy praktykujący taki chów zgodnie twierdzą, że bardzo konie uspokaja...

W niedzielę sprzątanie świata (czyli obejścia). Zszedł był śnieg (tylko mega-zaspy zostały w szczątkowej postaci) i tym samym odsłonie uległa cała prawda o naszym podwórku. Oj, było co robić! Psy oczywiście dzielnie mnie wspomagały, czyli każdy śmieć próbowały mi odebrać... Gdzie do worka!!! Nie wyrzucaj, przecież to cudna psia zabawka jest!!!
Między innymi wzięłam się za powtórne osuszanie stajni polegające na wylewaniu wody z wałaszego dołka wiadrem... Przy okazji zdiagnozowałam, że to jednak nie podmakanie od spodu, lecz wlew roztopów spodowany brakiem progu w stajni był przyczyną podtopienia...
Jeziorko zostało zneutralizowane, a mokre podłoże zasypane częściowo słomą, żeby wchłaniała wilgoć. Niech schnie. I niech się szykuje na gruntowny lifting, czyli drastyczną zmianę powierzchni ;-)
A w międzyczasie jakieś tam zabawy z Siwką, przy tak zwanej okazji (dopełnianie poidła), czyli jak zwykle na wolności. Np. stawianie wiaderek (2 na raz) na Siwym grzbiecie i zadku. Takie tam sprawdzanie (commotion in zone 3), czy Siwe by dało kiedy na siebie wleźć...?
Pewnie by dała, żebym się tylko wreszcie zebrała w sobie i polazła po siodło ;-)

W poniedziałek reaktywacja tematu budowa stajni (taaa, teraz, jak konie wygnaliśmy na dwór ;-) Przybył Pan Majster rano skoro świt (8.30), nie bacząc na to, że w nocy zrobiłam sobie maraton filmowy do 3.00 i obejrzałam 3 części Bourna za jednym zamachem ;-) Pomiędzy kolejnymi częściami latałam na padok sprawdzać, jak tam konie... Ostatnia wizyta wypadła mi jakoś po północy; zwierzaki spały i miały bardzo durne miny, gdy świeciłam im latarką po ślepkach... Ale na widok kostki słomo-siana błyskawicznie się ocknęły ;-)

Wczesnym popołudniem zarządziłam ćwiczenia fizyczne. Bieganie. Musiałam się wspomagać kawałkiem folii, bo łajzy jedne chyba się od Nika zaraziły nieruchawością i polemizowały ;-) Yyyy, eeee, ale koniecznie...? W końcu Siwe furknęło i pognało a reszta gęsiego za nią. Ależ to fajny/śmieszny widok, taki zastęp koni bez jeźdźców. Latają gęsiego, pilnują odstępów (zadkiem go, zadkiem), zmiany chodu synchronicznie...
Potem przyszła pora na prezentowanie folii każdemu zwierzakowi z osobna. Pierwszy oczywiście wyrwał się do prezentacji Szaman. Wystarczyło, że złożyłam straszaka na pół a ten już wiedziała, że koniec ganianek :-) Niko również zniuchał folię bez obaw. Siwe oczywiście lekko podane w tył (ale nos niuchał ;-) a hucek nafurczał na folię i odwrócił się do niej dupskiem. No cóż, przyznaję, że hucka się nie odczulało ni na folię, ni na inne straszliwe dla normalnych koni fanty. Bo płochliwość huckowa jest dość specyficzna: stanie toto i się gapi. Do ostatniej chwili nie ucieka, tylko patrzy i czeka na rozwój wypadków. Bo a nóż ucieczka okaże się zbędna...? Więc po co energię po próżnicy tracić, brzuszek gubić...? Grubiutki konik to ładny konik, przecież ;-) Jedyne wyjątki od tej reguły to carrot i lina. Tu musieliśmy włożyć spory wysiłek w czynności odwrażliwiające, bo na ich widok hucuś panikował nie na żarty. W 100% problem nie został rozwiązany, ale mały już nie ucieka powarkując, gdy uderzam stringiem w ziemię, ale lekko spięty czeka, aż się odczepię z tym tematem...
Później jeszcze zabawa z podestem oponowym. W zamierzeniach miała być wykorzystana do tego celu Siwka. Śnieg zszedł i opony nagle stały się bardzo wysokie, więc Siwe udawało, że nie rozumie, o co mi chodzi, potem, że się nie da nogi podnieść tak wysoko... Molestuję ci ja Siwe (a sprzętu żadnego, palcyma rozkazuję jedynie), Siwe się buja, proponuje pacnę tylko, co...? a Fisiek nas cały czas obserwuje... W końcu nie wytrzymuje nerwowo i przybywa spod stodoły. I dawaj pokazywać Siwej, jak to się robi... Ładuje nożysko na oponę, próbuję go przepędzić (jojo paluszkiem) aaa, nie ta noga? złazi i włazi drugą nogą, ja znowu w niego paluszkiem no to się zdecyduj w końcu: prawa czy lewa...? i zaczyna unosić naprzemiennie prawa-lewa, prawa-lewa... Znaczy krok hiszpański zapodaje ;-) W międzyczasie Siwe próbuje zwiać: a, to może ja już sobie pójdę... świetnie się bawicie, jak widzę... i myk za Opasłość Szamańską się chowa... Wyławiam ją z zaplecza (Szaman w międzyczasie się uspokoił, znaczy wlazł przodami na oponę i natarczywie przygląda się, czy będzie ciasteczko), nakazuję dzikiej ładować się na drugą oponę... wlazła (Fisiek zaświecił przykładem ;-) Dałam po ciasteczku. Mówię złaźcie (synchronicznie), a te, że nie... Co Ty, za sterczenie tu na górze dają ciasteczka. Nie wiedziałaś?? Skaranie boskie z nimi ;-) Kręcą mną jak chłopem w sądzie, a ja się jeszcze z tego cieszę :-)

Późnym popołudniem wzięłam się za sprzątanie padoku-noclegowni. Najpierw usiłowałam pozbyć się jeziora z okolic stodoły, potem zaangażowałam się w sprzątanie rozłożystego dywanu z końskich kup. Konie zerkały i obżerały się sianem. Fisiek w końcu jednak nie wytrzymał, porzucił konsumpcję. Chyba nie mógł patrzeć, jak morduję się, próbując kopać szpadlem kanałek odpływowy w lodzie ;-) Zaproponował siekierą, którą położyłam sobie na boku. Wziął trzonek w paszczę i zaczął ciągnąć siekierę w moją stronę. Odebrałam, odłożyłam. A ten znowu... Położyłam pod drutem pastuchowym, wziął się za odbierania mi szpadla... Przegnałam (driving szpadlem), wrócił... I tak w kółko :-)
...Wzięłam się za sprzątanie kup, czyli usypywanie odchodowego wału. O, to też się Fiśkowi spodobało: pomagać przy kupach. Wlazł na wał i dawaj go kopytem rozgarniać... W końcu udało mi się mu wytłumaczyć, żeby wału nie ruszał, tylko to, co jeszcze niezgarnięte... Rył kopytem do samego lodu (bo pod spodem lód), a zadowolony był z siebie... Gęba uśmiechnięta, szczęśliwy, że może współpracować z człowiekiem... Żadnemu koniowi nie dawał podejść, nawet na Siwkę się wykrzywiał...

wtorek, 23 lutego 2010

Kataklizmy

Cudna odwilż i słoneczko to wcale nie taka fajna rzecz... Tu, w Warszawie, owszem... Chodniczki suche, można eleganckim bucikiem do pracy przybyć i do domu powrócić. Ale na wiosce...

W piątek zaatakowały nas roztopy. Zamykam ci ja wieczorem drzwi a tu wraz ze mną wpływa do ganku fala powodziowa... Zalało nam ganek i częściowo łazienkę... Ja we wrzask, Oblubieniec brutalnie oderwany od laptopa... I do boju... Odkuwanie, skuwanie, spychanie... Szpadlem, siekierą, miotłą... Czym się dało... Koło północy sytuacja została opanowana; kanał odpływowy wyrąbany w lodzie, woda w większości odprowadzona spod domu, próg utkany stertą szmat, żeby psów w ganku nie zalało no i żeby woda nie wpłynęła nam do kuchni...
Ale to nie koniec zabawy... W stajni na korytarzu - jezioro. W jeziorze stoi zadowolony z siebie hucek, bo kupka sianka konsumpcyjnego na progu leży, a to podstawa... Co tam huckowi taka kałuża w obliczu tego, że jest co do gęby włożyć... Ja się jednakowoż kałużą pod huckiem przejęłam i dawaj kopać w stajni wzdłuż ściany rowek w celu zamiany jeziora na rzeczkę... Udało się, częściowo wodę spod hucka odciągnęło... I oczywiście jest już postanowione: WON Z GŁĘBOKĄ ŚCIÓŁKĄ, którą tak się zachwycałam! na wiosnę robimy w stajni podłogi z odpływem... czyli kolejny wydatek (coś czuję przez skórę, że moje uczestnictwo w majowym kursie z Berniem zagrożone!!!)

Dnia kolejnego (sobota) walka z obornikiem. ROZMARZŁ. Mało tego; zrobiła się z niego miękka, błotnista ciapa zasysająca kopyta...
O dzięki Ci Panie za wsparcie w postaci pensjonarki Ali, bo bym chyba na tym gnoju padła a w huckowej rzeczce bym się utopiła... Wywożenie, osuszanie, dezynfekowanie do 21.00, boks Szamana został na niedzielę, bo nie dałyśmy rady... Tyle, że mu odwaliłam 1/3 powierzchni, żeby miał w miarę czysty kawałek na noc... Konie złe, czekały pod bramką grymasząc, że co to za takie trzymanie zwierząt po nocy poza domem ;-) Co i raz wybuchały małe awantury, co i raz ktoś komuś pod bramką przydzwonił...
A tłumaczę łajzom, niech się przyzwyczajają, bo chów bezstajenny je czeka lada moment...

Oczywiście o jeździectwie mowy nie było. W moim przypadku, bo Ala Nika męczyła ;-) A taki plan ambitny miałam... W teren na hucku pomknąć (stępem na łąkę koło domu ;-))) A tu nawet siodła z domu siły nie miałam wytargać... Co tu mówić o byciu liderem z perspektywy tegoż siodła...
Trochę zabaw z ziemi jednak w niedzielę było; Siwka łaziła po podestach liberty (na koniec usnęła stojąc na oponach i tak została), z huckem na smyczy (pętelka ze stringa na szyi) robiliśmy obchód ogrodzeń, czy co się gdzie nad rzeką nie wali... Mróz z pewnością słupki nośne osłabił...
Bo trzeba Państwu wiedzieć, że Fisiek, dzięki takiemu właśnie odwilżowemu osłabieniu słupków, unicestwił okrągły wybieg!!! Złamał u podstawy 3 słupki i część ogrodzenia runęła... a Fisiek zadowolony z siebie z niewinną miną zżerał to, co obalił... O, i tak było robić słupki nośne z sosny... 2 sezony przetrwały tylko... Czyli na wiosnę znów kopanie dołków mnie czeka...

 photo Fisiekwyko1440czy1420okr1050glaka_zps13080355.jpg

 photo HPIM7321_zpsbebba4f8.jpg

 photo HPIM7313_zpsb5d10e67.jpg

 photo HPIM7311_zpsdbd2b00e.jpg

W niedzielę wieczorem byłam świadkiem walki Siwki z huckiem! Czegoś takiego jeszcze w wykonaniu Siwki nie widziałam. Zaczęło się od tego, że hucek nie odsunął się na wyraźne polecenie Siwki. Znaczy, postawił się. Siwe go dziab w klatę a ten nic. To Siwe go dziab w klatę 2 razy mocniej a hucek chrumk do niej i zamarkował kłapnięcie... Ależ się Siwe wkurzyło! Błyskawicznie wykonała obrót zadem i dawaj walić w hucka! A mały gamoń, zamiast zwiać, zaczął jej oddawać! Akcja miała miejsce 1 m. ode mnie (stałam we wrotach stodoły) i tak mnie zamurowało, że nawet nie pomyślałam, żeby interweniować... Siwe kwiczało jak opętane i wierzgało z prędkością światła, hucek tylko pochrumkiwał groźnie i też wierzgał... Uderzenia były lekko chybione, bo oba zwierzaki obracały się przy tym ruchem wirowym jak kołujące butelki, unikając ciosów... Siwe jest jednak zdecydowanie szybsze od kluska i w końcu udało się jej zadać decydujący cios w huckową klatkę a zaraz potem w łopatkę z taką mocą, że aż upadła na nadgarstki. A hucek się zachwiał, myślałam, że glebnie... Siwe zaraz się zerwało, ale mały już nie wyglądał na zainteresowanego walką... Opuścił głowę i minimalnie przeniósł ciężar ciała na zad. To wystarczyło, żeby i Siwa straciła groźny błysk w oku... I zaczęła wyparskiwać nerwy ze zwieszoną głową, stojąc na szeroko rozstawionych nogach...

poniedziałek, 15 lutego 2010

Nowa "psia"...

Weekend zdominowany przez psie sprawy... Przybyła nam nowa psia: 5-miesięczna suńka rasy buldog amerykański... Czyli została zachwiana równowaga w gawłowskiej przyrodzie... 5 psów (z czego 4 bojowe) contra 4 konie... Ciekawe jak sobie teraz kopytne poradzą?

 photo SNV18871_zpsa7e07512.jpg

Gwoli ścisłości kopytne radzą sobie całkiem nieźle; do 2 czołowych agresorów (Fisiek i hucek) dołączył ostatnio Niko (tak, poczciwy, ciapowaty Niko ;-) który w niedzielę przeleciał się po Gliśce. Nie żeby Gliśka mu co akuratnie robiła. Gliśka szwendała się po padoku w czasie końskiego żeru... (a koński żer trwa permanentnie ;-) I wcale nie chciała Nikowi tych badyli, co je konsumował, odbierać... Niko najprawdopodobniej dokonał krwawej zemsty za poranne stajenne wrzaski Glizdy. Glizda ma szczególnie na pieńku z huckiem; potrafi stać naprzeciw niego i drzeć się wniebogłosy. Jak to na głupiego wilcura przystało (przepraszam wielbicieli wilcurów, ale to ich wieczne darcie gęby jest nie-do-zniesienia...) A że Niko stoi bok w bok z huckiem to i jemu mogło się od Glizdy oberwać po uszach...
Skoro więc tylko nadarzyła się okazja, przeleciał się po Gliździe, palnął ją kopytem, zrolował, przydepnął w locie ogon i wygnał z padoku! O! A niby taki grzeczniutki ;-) Glizda chyba nieźle się zszokowała, bo nawet nieszczególnie się darła. A zwiewała, jakby wcale nie była koślawa... Na szczęście obeszło się bez obrażeń, nawet nie kuśtykała...

W sobotę znów jeździectwo na hucku. Coś ostatnio udaje mi się częściej w siodło siadać (raz na 2 tygodnie, cha-cha-cha...!) Wprawdzie znów tylko na 15 minut, ale dobre i to...
Kooperacja huckowa sięga zenitu, w lot odgaduje polecenia, z ziemi zaczyna chodzić na samo spojrzenie i skinienie paluszkiem... Jak nie hucek... Wręcz muszę hamować jego zapędy do proponowania pacania nogą w co się da, tak się chłopak rozkręcił :-) I pomyśleć, że do niedawna stał tępo wpatrzony w dal...
Z siodła skupiliśmy się na zgięciach bocznych i odangażowaniu zadu. Czyli zupełne podstawy :-) Odangażowanie zadu z siodła szło nam do tej pory opornie, ale też nie przykładałam do tego ćwiczenia jakiejś szczególnej uwagi (nie, to nie), bo hucek w żadnym wypadku nie jest konikiem hop do przodu, więc po co dodatkowo wyłączać mu motorek ;-) Tym razem się uparłam i udało się. W obie strony, po kilka razy, począwszy od jednego kroczku a skończywszy na 3-4 :-) Choć nie powiem, na początku skurcz mnie w udo łapał (2 dni bym nie wytrzmyała, mowy nie ma ;-)
A potem popłynęliśmy ;-) pierwszy raz postanowiłam pojeździć z carrotem. Najpierw oczywiście przezornie sprawdziłam na ziemi (pomna na początkowe paniczne reakcje hucka na kijek), jakie są zapatrywania małego na człowieka z carrotem w strefie 3. Żadnego wrażenia nie zrobiło na nim ani machanie nad głową (prawo-lewo), ani głaskanie po potylicy, uszach i ganaszach... Więc wsiadłam (wsiadłam, nie wlazłam. Określenie wlazłam dotyczy koni w wielkości od wcale-nie-takiej-wysokiej Siwki wzwyż ;-) Na hucka wsiadam z ziemi z gracją (nie mylić z Siwką ;-) i lekkością ;-)
Trochę pokombinowaliśmy ze skrętami od carrota, ale jakoś nieszczególnie mnie to pociągało i carrota wywaliłam. Człowiek jest jednak przywiązany do swoich nawyków jeździeckich i machanie kijkiem koło końskiej głowy jakoś mi jeszcze nie pasi... Z siodła, bo z ziemi macham i czuję się z tym komfortowo...
Żeby nie przynudzać: jestem z hucka bardzo zadowolona ostatnio. Nawet mam ochotę wyruszyć na nim w teren... Tylko jak mam wytłumaczyć Siwce, że ma nie wyskakiwać z padoku a Fiśkowi, że nie wolno taranem przez bramkę za nami lecieć... Bo nie ma mowy, żeby kolesiostwo zniosło z godnością i bez emocji oddalenie się jednego z członków stada... Jak byk też będą chciały iść na spacer...

P.S. Ala była w tygodniu w terenie z Nikiem... Nasi nie uciekli, czyli istnieją pewne powidoki na szczęśliwe wyjazdy ;-)

poniedziałek, 8 lutego 2010

Wieści z frontu

Weekend z gatunku beznadziejnych. Żebym się chociaż z raz do koni dotknęła...
W sobotę pogoda ohydna, niby bez opadów, ale wiatr koszmarny i drogę tak nam zawiało tym, co na polach zalega, że Zbyn znów nie wyjechał werkować... I w ogóle nie wyjechał nigdzie...
Musiałam iść w niedzielę po południu do Świerkowa na PKS, bo w poniedziałek rano nie wydostałabym się do roboty... Odśnieżarki gminnej ni widu, ni słychu... Już nasza lokalna droga wygląda lepiej niż ta między-gminna... W sobotę zakopał się na niej duży samochód z mleczarni... inni w ogóle nie próbowali przejechać... Normalnie XIX w.

W niedzielę pogoda ładniejsza (słońce), wiatr mniejszy, ale ze wschodu, więc obleśnie niefajny... Jedyne co udało się nam ze Zbynem zrobić, to Bobkowa sesja zdjęciowa, chociaż łatwo nie było, bo mimo zamknięcia suk (Fućki i Monki) w domu, towarzyszyła nam nieodłączna pokraczna Gliśka, która co i raz pchała się albo w kadr, albo dla odmiany, nosem w obiektyw ;-)

 photo SNV18443_zps036d0279.jpg



 photo SNV18417_zps0b476333.jpg

Końsko to był jedynie incydent z huckiem oraz kozłowanie w wykonaniu Siwki.
Incydent z huckiem polegał na tym, że mały jakimś cudem dosięgnął do beczki z owsem, wywalił ją, zdjął pokrywę i zeżarł z 1/3 zawartości... I nic mu nie było... Rano pogrzał za stodołę jak gdyby nigdy nic i rzucił się na siano-słomę...
Siwe kozłowanie natomiast rozwinęło się w zeszłym tygodniu z trykania nosem piłki Szamanowej, która to piłka została Szamanowi odebrana... Bo tak się nad nią, wiszącą w boksie, pastwił, że w końcu ją urwał... Powiesiłam ją więc dla odmiany Siwce. Po iluś tam dniach ignorowania zabawki, Siwe żądając ciasteczka ciuchnęło piłkę nosem, polizało, ugryzło... patrząc na mnie wymownie. Wzmocniłam. W zeszły weekend Siwe wymyśliło, że piłkę można tak intensywnie trykać, że zaczyna odbijać się od deski... Wzmocniłam...
Teraz, oczywiście, co wejdę do stajni od razu piłka dudni o deski ;-)

poniedziałek, 1 lutego 2010

Powrót do siodła :-)

W weekend było jeździectwo :-) I to nie tylko w wykonaniu pensjonarki Ali & Nika ;-)

W sobotę miał miejsce powiew wiosny. Powiew wiosny polegał na tym, że z lekka rozmarzła zawartość boksów. Chciał nie chciał, wzięłyśmy się* z Alą za wywózkę owej zawartości.

* Zastosowana tu liczba mnoga może zostać uznana przez Alę za krzywdzącą. Przyznaję. Bo w trakcie zadzwoniła Asia z Białegostoku, Kursowa Koleżanka z września (z ekipy sławnego pokoju wieloosobowego w Celbancie, który to pokój zaprosił Berniego na wieczorne pogaduchy :-) I trzeba było popytlować, m.in. namówić się na kolejny kurs. Niniejszym przemycam tu nowinę (małym drukiem może Oblubieniec nie przeczyta): zapisałam się na kurs zaawansowany w maju!!!!
Niby ciepło (-1 st. czyli upał), ale wiatr nieźle dawał się we znaki. Nasza lokalna droga zawiana dokumentnie, miejscami trzeba było przekopywać tunel w śniegu do połowy uda i wyżej! Nie ma mowy, żeby cokolwiek do nas dojechało, oprócz sprzętu mega-ciężkiego... A kostek siana zostało nam raptem z 10! Pod wieczór udało się jednak utorować drogę na skuśkę, przez łąkę (spych sąsiada) a całkiem już po ciemku dowieźć 50 kostek siana (od tegoż samego sąsiada). Czyli końskie dupska póki co nie schudną ;-)

W niedzielę dla odmiany pogoda cudna! Słońce, zero wiatru, temperatura w okolicach 0 (w słońcu było + 2 st. przez chwilę!!!!) Wygrzebałam sprzęt jeździecki (składowany obecnie w pokoju), co było sporym wyzwaniem - 4 siodła na jednym stojaku, ogłowie tu, carrot tam, kantarki & liny na karniszu a pad jeszcze gdzie indziej... Załadowałam toto wszystko na taczkę (cudny wózek stajenny pozyskany od Ani Truskawkowej spoczywa ukryty w komórce, póki co. I tak by nie przejechał przez nasze śniegi) i zawiozłam się na padok. Wśród koni zapanowało ożywienie. Siwe lekko się zaniepokoiło (po cholerę jej to siodło??? o rany, reaktywacja jeździectwa chyba będzie... ), ale trwało dzielnie przy bramce. A Fisiek od razu z uśmiechem próbował wykraść sterczącego z taczki carrota...
Siwe zostało przywołane do stanowiska przy oponach, wyczyszczone, ustrojone w ogłowie Continentala, które dostała pod choinkę (bardzo twarzowe) i osiodłane. Przy okazji zaprezentowałam jej jak sycząco wydobywa się powietrze z Theraflex Self-Inflating Padu, co nie zrobiło na Siwej większego wrażenia. Sprawdziłyśmy zgięcia (na wędzidle) - mega rewelacyjnie. Wręcz za rewelacyjnie, bo tylko wodzę uniosłam i położyłam na niej dłoń (nie zdążywszy wykonać puzonu) a już Siwe zgięte było :-) Pomyślałam, że może wlezę na Siwca...? (ale odwaga, co? nic nie robiłyśmy z siodłem pół roku a Siwe dzikie przecie...) Zaczęłam się gramolić. A tu same przeciwności losu: buciory termiczne od spodu śniegiem oblepione, śnieg kopny, Siwe albo urosło, albo złośliwie ;-) na górce stanęło... Bucior się w strzemieniu skórzanym ślizga, grube odzienie ruchy krępuje... O rany, jak stara baba się gramoliłam! Siwe aż się z niesmakiem do mnie odwracało... Wstyd! Ze 3 razy udało mi się wwindować i przewiesić przez siodło i na tym zakończyłam przygodę z jazdą na dzikiej ;-) Z czym do ludzi? Na Siwca żeby się ładować, trzeba być w miarę ogarniętym... A ja co????
Ale zdążyłam już się rozochocić. Udałam, że nie widzę Szamana (a lazł w oczy cały czas, musiałam go co i raz carrotem odpędzać) mnie weź! mnie weź! (czyt. ciasteczko daj! ciasteczko daj!) Na niego musiałabym donieść drabinę do wsiadania... Wzrok mój padł na hucka. Rozmiar akuratny, malutki-grubiutki... I tylko ten charakterek, ostatnio nazbyt wyeksponowany...
Przywołało się kolesia paluszkiem. Jakby tylko na to czekał, momentalnie przymaszerował spod stodoły :-) Stanął grzecznie koło stanowiska do czyszczenia-siodłania... Wyczyściliśmy się na wolności (w międzyczasie hucuś obniuchiwał i przeglądał zębem zawartość taczki ;-), założyliśmy kantarek, ogłowie Siwkowe (wędzidło sam wziął do pyszczka pochylając główkę - trzeba było tylko skrócić o 2 dziurki po każdej stronie :-) i siodło.
Na linie było dość energetycznie na początku, żwawo, z malutkimi imitacjami dęba przy komendzie zmiana kierunku w CG. Aczkolwiek hucuś grzeczny bardzo, szedł na koło na pierwszą fazę, nawet carrota z taczki nie musiałam pobierać :-)
Były też huckowe propozycje pacania nogą w mega-opony zwieńczone wdrapaniem się na ich szczyt i kopanie w beczkę.
Wlazłam na kolesia na środku padoku, ale zaraz zlazłam, bo Siwe tak się zainteresowało tym niecodziennym widokiem (o matko, a co Wy robicie właściwie...???), że przymaszerowało do nas i zaczęło trącać hucka nosem w słabiznę :-) Hucek zagulgotał ostrzegawczo 2 razy (ni to warknął, ni to kwiknął), wolałam więc nie narażać się na porażkę (vel glebę) i widok pogardy w oczach całej końskiej widowni (bo i Szaman nas bystrze obserwował)... Patrzcie, jaka frajerka! byle co i od razu spada!
Poszliśmy na okrągły wybieg (Siwe oczywiście za nami, zaparkowało przy drągach na zewnątrz, bo zamknęłam jej bramkę przed nosem). Tutaj hucuś zaprezentował technikę odangażowania zadu przy próbie włożenia stopy z strzemię, więc podchwyciłam ochoczo jego pomysł każąc mu odangażować się biegiem 3 razy dookoła. Raz, drugi... trzeciego razu już nie było, bo hucusiowi nagle znudziła się taka zabawa, stanął jak wmurowany i przy próbie strzemiennej ani myślał się ruszyć :-)
Popracowaliśmy w stępie z 15 minut. Było sporo stania, cofanie na BACK (przeniesienie ciężaru na zad, wodze do góry, łydki popukujące), małe koła w wygięciu, skręcanie od dosiadu. Mały jest genialny! Chodził jak bardzo dobrze ujeżdżony koń westernowy, wodze** luz, główka w dole... Coś mu się stało czy co?? Był wyraźnie zadowolony z naszej wspólnej aktywności :-) Oczywiście mam mocne postanowienie rzeźbienia w hucku regularnie :-)

** loop rein ze skórzanymi łącznikami otrzymane w podarku od Pana Podkowy z dedykacją wytłoczoną na skórce. Za wyzywanie się od DYSKRYMINATORÓW westernowców na forum SPNH ;-)))

Zbyn najpierw się zadziwił (jeździłaś??) a potem się rozochocił (dobrze, dobrze, poducz go, fajne zdjęcia się porobi i da ogłoszenie...) A guzik! Teraz to hucek nie jest na sprzedaż ;-)

Cholera, gdzie mój zdrowy rozsądek?? 3 końskie gęby na utrzymaniu... Żebym znowu nie zaczęła snuć przemysleń na temat sprzedaży Wielgachnego Fiśka-Figlarza...

 photo HPIM7224_zps06cd2c14.jpg

 photo HPIM7220_zpsf5fe1117.jpg

 photo HPIM7238_zpsb3e1fa13.jpg

 photo HPIM7250_zps60195148.jpg