"Pracuj nad sobą a z koniem się baw" Pat Parelli

środa, 30 września 2009

Drugi pokos & info w pigułce

W poniedziałek skosiliśmy łąkę... Wzmiankowany drugi pokos, prawie w październiku... Świat się kończy... Ciekawe, czy uda się nam zebrać siano czy nie (prawidłowo zadane pytanie brzmi: zgnije czy nie zgnije...?)

A Gośka cały czas nieodmiennie zakochana w Szamanie... Ogląda fotki z weekendu, wzdycha (jak on mi pasuje, mój rozmiar, sam się zbiera, jaki ruch...) Zobaczymy, jak długo potrwa to zauroczenie tym razem (przypominam, że już kiedyś dostała Fiśka pod choinkę... ;-)
W weekend oczywiście znów jedzie ze mną (cud, Panie!!!) i znów zamierza wsiadać na figlarza...

Dziś urodziny Oblubieńca - po pracy dygam na wieś z prezentami (gadżety dogo canario, naturalnie ;-)
A jutro wyjeżdża od nas Mona :-(((( Nasza ukochana mała psia... A już miałam nadzieję, że jednak powiększy nasze psie stado na stałe... W Gawłowie zostaną sami starzy zgrzybiali opuszczeni rodziciele: Fućka i Bobuś...

poniedziałek, 28 września 2009

Fisiek rokuje jeździecko

W weekend raczyła pojechać na wieś Jaśnie Dziedziczka zwana Potomstwem vel Bebo czyli Gośka W. Wydarzenie nie-byle-jakie. Dla towarzystwa wzięła sobie koleżankę Ewkę. Obecność koleżanki zmotywowała Gośkę do czynów około-konnych (nie ma to jak popisywanie się ;-) zwieńczonych jeździectwem. Ponieważ dziecię w zasadzie od 2 lat nie jeździ konno (postawiło na lekką atletykę, mimo, że durne, do szeroko pojętego jeździectwa ma talent... w kogo to się wdało...? ;-) zaczęłyśmy od Myszka. Przygotowałam go z ziemi (oczywiście po-popisywaliśmy się wchodzeniem na podest, stawianiem nogi na czym się da etc.), m.in. po raz pierwszy poprosiłam o galop na linie, trochę mu się to nie spodobało (pochrumkiwał & podskakiwał niezadowolony, co Gośka skwitowała mruknięciem: ta, ja bym go raczej wyciszała, jakbym miała na niego wsiadać - znaczy lekko cykornięta była po przerwie w koniowaniu :-). Wsiadłam na chwilę, sprawdziliśmy zgięcia i odangażowanie zadu z siodła; zgięcia coraz fajniejsze (żadnej walki, główka od razu idzie w bok, choć nie przesadnie daleko, póki co ;-) Potem wgramoliło się Bebo, trochę się pobujało stępem, skrytykowało poziom wyszkolenia Myszka (jak on krzywo łazi... i w ogóle jakie pomoce stosować...?) - fakt, koleś na wodzy casual zupełnie nie wie, co ze sobą zrobić... najchętniej staje :-)

 photo HPIM6464_zps4e716ae2.jpg

 photo HPIM6467_zpsabbb6073.jpg

 photo HPIM6471_zpsf060d5e8.jpg

 photo HPIM6480_zps797faafe.jpg

 photo HPIM6484_zps1992618a.jpg

 photo HPIM6486_zps08c5a67a.jpg

 photo 26092009265_zpsa0e3f0f4.jpg

Potem Myszek zaliczył kompletną świeżyznę jeździecką, czyli koleżankę Ewkę. Bardzo elegancko się sprawdził jako konik do oprowadzanek, czyli możemy rozkręcać w Gawłowie jazdy dla milusińskich :-)
A Gośka tak się rozochociła, że wsiadła na koniec na oklep, co Myszek tolerował dopóty, dopóki nie zażyczyła sobie zakłusować: zadrobił kilka kroczków z położonymi uszami, ewidentnie niezadowolony (czego się na mnie telepiesz, chuda jedna...? chcesz mi kręgosłup poobijać??)



 photo HPIM6505_zps7bceeace.jpg

 photo 26092009236_zpsf69b76e6.jpg

A, ale żeby nie było, że używam do własnych widzi-mi-sianych jazd cudzych, pensjonatowych koni: nie wdając się w meandry sprawy: Myszek jest już prawie mój, wystarczy podpisać odpowiednie papiery :-) Właściwie nie wiem, czy się cieszyć, czy smucić (3 końskie gęby do wyżywienia!!!)? Zbyn trochę psioczy, ale chyba nie wywali malutkiego-grubiutkiego hucka na zbity ryjek za bramę naszego skansenu...??? Psy bezdomne zbiera okazjonalnie, to i konika chyba przygarnie... ;-)

...a Gośka znów zapałała afektem do Fiśka-Szamana... Jaki on miły, jaki on grzeczny, jaki on mądry etc. I dawaj mi go przygotuj z ziemi, to na niego wsiądę...
Pobawiliśmy się dosłownie chwilkę (na dużej łące: travelling circling game w kłusie, chody boczne precyzyjne, galop na długiej linie zwieńczony złapaniem w locie leżącej brzozowej gałęzi, czyli CG z obiektem w gębie ;-) Fiś emanował skupieniem, wpatrzony we mnie jak w obrazek (fotki cudne mam i wstawiam sukcesywnie na foto-blogu; mogę tylko 2 dziennie wystawić, więc trochę to potrwa...), Gośka zdecydowała, że wsiada. Wrzuciłam ją za kolano (na oklep), bebo trochę pozwisało leżąc na brzuchu, poleżało wzdłużnie na Szamańskiech pleckach (nogi razem, jak Pan Parelli przykazał ;-). Fiś wyjątkowo kompatybilny był, bo ani razu niepróbował jej ściągnąć za kolano, co ma we zwyczaju :-)
Ponieważ Bebo nie chciała wodzy do kantarka (bo on będzie je zaraz łapał w gębę... fakt, Fisiek zawsze na wodze poluje... na nim można tylko na kontakcie, póki co ;-) najpierw były więc oprowadzanki na krótkiej linie a potem, gdy Gośka nabrała wiatru w żagle, zrobiłyśmy z wodzy finess stringa na szyję i puściłyśmy gada luzem :-) Proszę państwa, niezajeżdżony Fiś wykonywał cudnie ruszanie, cofanie i skręty :-) Fiś, którego nikt nigdy tego z grzbietu nie uczył :-) Oczywiście na początku głównie za sprawą sygnałów, jakie dawałam mu z ziemi (tak był we mnie zapatrzony, że ledwie zauważał, że ktoś na nim siedzi :-) Równocześnie z moimi sygnałami Gośka stosowała odpowiednie pomoce i już po chwili okazało się, że Fisiu przyswoił i sygnały od-górne :-)
Jest silne postanowienie jeździeckiej obróbki Fisia. Niezmiennie nie mogę wyjść z podziwu, jak on się cudnie rytmicznie porusza. Jazda na nim to będzie czysta przyjemność :-)

 photo 26092009269_zps9dc74f51.jpg

  photo 26092009270_zps32fbec20.jpg

 photo 26092009280_zps4fea75f8.jpg

 photo HPIM6529_zps9dce6b7f.jpg

 photo 26092009290_zps5bdc1e65.jpg

 photo 26092009294_zps9bac534e.jpg

 photo DSC00330_zps95ded214.jpg

 photo DSC00331_zps88a71e42.jpg

 photo DSC00332_zpscaf5858d.jpg

W niedzielę nasi tak byli kontaktowi, tak się kleili do mnie i radowali, że zaproponowałam im, obojgu równocześnie (!) zabawę w cutting. Ależ było fajnie, wesoło! Na wszelki wypadek ganialiśmy się zza ogrodzenia, wściekle (cutting w galopie był, a co!), nasi rozbuchani, robili do siebie groźne miny, nie mogąc się najwyraźniej dogadać, kto ma mnie bardziej wycianać ;-) Fisiek aż pokwikiwał z uciechy, gdy robiłam im nagłe zmyłki i leciałam w drugą stronę :-) Siwka dała się nieźle wkręcić w zabawę. Do tej pory to Fisiek przodował w tego typu wygłupach, teraz okazało się, że i Siwe ma radochę szczurząc się do mnie w pościgu... Potyczka została zakończona remisem: wszyscy troje się zasapaliśmy i daliśmy spokój :-)
Potem jeszcze wzięłam na chwilę samą Siwkę, już bez ogrodzenia, i pobawiłyśmy się dynamicznie, ale nie w galopie, tylko w kłusie. Siwe robiło miny, prężyło kark, wężowało szyją... Ależ ona fajna, gdy czuje się pewnie :-)

 photo 25092009228_zps2aee3276.jpg
Monusia-Widmo na legowisku Państwa...

 photo 26092009240_zpsebd122c6.jpg


poniedziałek, 21 września 2009

Weekend nie-konny

Koszmarnie nie-konny. Całe 2 dni na budowie :-( Oj, z rozrzewnieniem zaczynam wspominać czasy pensjonatowe (oczywiście TYLKO pod względem ilości czasu, jaki mogłam spędzać z końmi. Czasu było tyle, że i jazdy na cudzych nawet były... a TU co...???)
Mieliśmy robić betonowe ścieżki przed domkiem i kończyć zewnętrzną izolację anty-wilgociową, a zeszło się na walce z hydroforem! Po dwóch dniach symulacji, prób i podchodów w końcu wiemy, czemu nie mogliśmy doprowadzić wody do domu! Summa summarum hydroforek zamieszka w ocieplonym bunkrze tuż przy studni, który właśnie jest budowany... Za jakieś +/- 2 tygodnie (??) skończy się targanie wiaderek do chałupy :-)

W sobotę hucek szurnięty przeleciał po mnie przy porannym wychodzeniu ze stajni. Gwoli ścisłości: po mnie oznacza, że wyginając się w łuk, przemknął mi błyskawicznym chyłkiem za plecami, gdy mocowałam haczyk blokujący drzwi... Z zemsty zdążyłam go pacnąć w uciekający zadek uwiązem, co zresztą nie zrobiło na nim większego wrażenia, bo nawet nie raczył przyspieszyć (frajerka! wykiwałem cię... teraz to mnie możesz cmoknąć...) Myszek nieco się zawahał, ale uznałam, że lepiej się jednak odsunąć i przepuścić kolesia, niż wejść w ewentualną konfrontację z huckowym ciałkiem narażając na szwank swoje liderostwo (ciałka huckowe są teraz odpasione jak należy, więc niekonieczne chciałabym znaleźć się na trasie przelotu takiego ciałka...)
Gdy hucki wpadły na swój padok, nasi na swojej łące zapodali brawerie. Zaczęło Siwe. Dawaj swoje wygibasy prezentować: wściekły galop z waleniem z zadu co foule, trzepaniem głową, nagłe zatrzymania ze stawaniem dęba, przeskokami w miejscu przody-tyły i tym podobne.
Fisiek podłapał błyskawicznie: stał przy mnie, gdy Siwe zaczęło, zerknął na mnie, potem na Siwe i wyrwał z miejsca z kwikiem. Dognał Siwe i zaczęły się wyścigi! Rozpędzały się głupie niemiłosiernie, szczurząc się do siebie w locie i wierzgając synchronicznie w swoim kierunku zadkami (zasady fair play w czasie wyścigu są im najwyraźniej obce ;-) Hamowały tuż przed pastuchem, tylko czekałam kiedy który w niego grzmotnie, wywali i zwieją w pole...
Hucek szurnięty popatrzył na te wygłupy z politowaniem i wziął się za konsumpcję trawy, ale Myszek przyglądał się z wyraźnym zainteresowaniem i nawet dał się przez chwilę porwać zabawie, gdy nasi przelatywali koło niego: trzepnął łebkiem i rzucił się kłusem za nimi, ale zaraz zastopował, bo skończył mu się pierwszy padoczek (hucki chodzą po trzech mniejszych, połączonych ze sobą, padoczkach przelotowych)... Popatrzył smętnie za szalejącymi i wziął się za konsumpcję... Nasi od razu się wygasili, poparskali i po zabawie :-)

Przy okazji dopełniania poideł podszlifowaliśmy w Fiśkiem zabawę WEŹ-DAJ z wiaderkiem. Fiśka właściwie żadnych zabaw uczyć nie trzeba. On je zna z natury. Sztuka tylko, żeby chciał się bawić wtedy, kiedy ja chcę :-)
Zabawa WEŹ-DAJ wygląda następująco: stawiam wiaderko, pokazuję palcem, mówię WEŹ. Fisiek od razu cap wiaderko w zęby. Cofam się, kiwam przywołująco paluszkiem (zaczynaliśmy od bujnięcia się w moim kierunku, potem od jednego kroczku, teraz zasuwam po linii wygibaśnej, umykam, skręcam, robię zmyłki), Fisiek żwawo zasuwa za mną z wiaderkiem w gębie, na komendę DAJ, oddaje :-) Oczywiście z oddawaniem był problem największy. Gad brał wiaderko ochoczo, ale oddawać nie chciał za chiny luda... Załatwiłam go ciasteczkami: teraz wie, że za oddanie, dostanie końską łakotkę :-)
Zbyn się kiedyś napatoczył na padok w trakcie naszej zabawy: pokazał wiaderko, zawołał paluszkiem, Fisiek przydygał z wiaderkiem natychmiast. Zbyn zadowolony drugi raz - Fisiek zareagował z mniejszym entuzjazmem. Za trzecim razem w ogóle nie zareagował; masz mnie za frajera?? sam sobie podawaj... bez ciasteczek! Taki cwany lewopółkulowiec :-)

A z Siwką mamy od kilku weekendów nocne rytuały (bo czas dla koni mam teraz, gdy zrobi się ciemno i nie można robić nic innego, budowlanego): zaczęło się od wieczornego wychodzenia samopas w ciemność, teraz jest wieczorno-nocne czyszczenie przed stajnią, łącznie z podawaniem kopyt (na wolności!)... Że niby czym ja się tutaj wzniecam, co...? A my na takie wychodzenie w noc pracowałyśmy ponad 4 lata! Pamiętam, jak kiedyś w czasach pensjonatowych, jeździłam do Siwki także w jakiś dzień powszedni, po pracy. Z zimie taka 18.00 to boża noc... Wymyśliłam za którymś razem wyprowadzanie Siwki na podwórko... Okolica oświetlona, można potrenować... Siwe oczywiście było innego zdania - za pierwszym razem odstawiła mega-panikę, zwieńczoną zaatakowaniem mnie, gdy uparłam się, żeby pochodziła po kole: odwróciła się zadem i cofała waląc w moją stronę kopytami! W taki amok ją wpędziłam swoją głupotą! Teraz wiem, że przekroczyła wtedy wszystkie progi!
A teraz proszę: Siwe samo naprasza się, żeby wyjść, trąca nosem swoje drzwiczki, żeby sprawdzić, czy otwarte... Wychodzi spokojnie i najczęściej stoi sobie przed stajnią z odstawioną zadnią nogą i patrzy w noc... A czasem nawet sztuczki pokazuje sama z siebie (a to łebkiem, a to nogą coś tam zaproponuje ;-) Takie momenty w naszym obcowaniu - bezcenne. Warto się mordować z PNH :-)

piątek, 18 września 2009

PhotoBlog

...mam, coś tam wrzucam, ale w sumie to samo, co i tutaj...

poniedziałek, 14 września 2009

Działo się...

...a mnie się jakoś wyjątkowo pisać nie chce...

Ostatni tydzień zdecydowanie pod znakiem kursu z Berniem w Celbancie. Byłam jako słuchacz, niestety, tylko na zaawansowanej jedynce, ale miałam także okazję obserwować lekcje prywatne. Na kursie zobaczyłam dokładnie to, co chciałam zobaczyć, czyli podstawy jazdy naturalnej rozłożonej na czynniki pierwsze. Teraz tylko przetrawić, rozpisać na krok-po-kroku i do dzieła...
Chyba jednak wezmę się za Siwkę, bo ten zwierzak rokuje, nieskażony trefnym jeździectwem, w przeciwieństwie do hucków, które mają kupę swoich nawyków... Za dużo musiałabym włożyć w nie pracy... A przecież to nie moje konie, więc nieszczególnie chce mi się w nie inwestować mój wysiłek i czas... Oczywiście nie znaczy to, że hucki legną teraz odłogiem... O nie. W niedzielę nawet wgramoliłam się na Myszka dokładnie na 13 minut... (bo przyjechał Pan Sąsiad, który nas wspiera w remoncie i trzeba było wziąć się za sensowną robotę - izolowanie fundamentów naszej glinianej chałupiny), ...ale jakiejś szczególnej finezji w jeździe nie osiągnęliśmy ;-) Mysz oczywiście chciał wleźć ze mną najpierw do taczki a potem na naszą wielgachną oponę-podest. Taki pomysłowy... Żeby tak jeszcze słuchał, co się do niego mówi, jak się na nim siedzi...

Pomysł, żeby wziąć się jednak jeździecko za dziką, powstał w mojej głowie w niedzielę. Albo mi padło na łeb, albo niebezpiecznie wzrosła mi po kursie samoocena ;-)
Wymyśliłam obchód dużego padoku (rutynowe sprawdzanie stanu ogrodzenia) z Siwką w charakterze towarzystwa na sznurku. Po drodze robiłyśmy sobie a to nagłe zatrzymania (na początku Siwe ze 2 razy skwasiło i zaparkowało bródką na moim ramieniu), a to cofanko, a to boczkiem-boczkiem, a to wężyk za plecami prawo-lewo (odmiana tylnego drivingu: idę sobie a za plecami pokazuję Siwce carrotem, że ma zmieniać stronę, po której za mną maszeruje. I Siwe dryfuje za mną po falce. Taki nasz pattern :-) Uuu, Siwe jest przegenialnie grzeczne! Zdyscyplinowane! Milutkie! Komunikatywne! I tylko te jej błyskawiczne reakcje lekko mnie niepokoją...
I prawie, że bym na nią wlazła na oklep, ale nie chciało mi się iść po schodki... A po płocie się nie dało, bo po primo z płotu nie próbowałyśmy jeszcze wsiadania, a poza tym wymyśliłam, żeby pociągnąć wierzchem pastuch, w celu zniechęcenia grubego Fisia do przegryzania drągów (prądem Bohatera)... Okrągły wybieg prawie mi przegryzł na wylot w kilku miejscach, gadziuk! zanim wpadłam na pomysł odgórnego okablowania obiektu...
A skoro już tak zgrabnie przeszliśmy do tematu FIŚ... Fisio zdziadział ostatnio. Stracił pazur. Skończyło się podszczypywanie mojej osoby, przy wieczornym czyszczeniu stoi rozmamłany jakiś, grzeczny, ze zwieszoną dolną wargą i maślanymi oczkami... Zakochany czy co...? Aliści w niedzielę, gdy brałam go na krótką linę, nie odmówił sobie subtelnego skubnięcia kantarka przy zakładaniu ;-) ale jakoś tak bez entuzjazmu to zrobił...

A teraz news nad newsami: właśnie dostałam kredyt na remont stodoły!!!! niebawem będziemy mieli w Gawłowie miejsce dla 3 nowych koni :-))) Tylko proszę się za bardzo nie pchać, Szanowni Klienci :-)

wtorek, 1 września 2009

Wielkim Krokami...

...nadciąga kurs PNH, na który się wybieram!!!!! w końcu, po 3 latach przerwy...
Tak się cieszę, że aż musiałam się tu wyformułować :-)
Wyjazd już w najbliższy poniedziałek (7 września) i to w nie-byle-jakim Towarzystwie: Jaśnie Panującej Pani Prezes SPNH i Samego Berniego... I co, poopadały szczęki Szanownym Czytelnikom??