"Pracuj nad sobą a z koniem się baw" Pat Parelli

poniedziałek, 21 marca 2011

Kopyta i nie tylko

Jeździectwa znów nie było :-(
Były za to kopyta (Fisio - 4 sztuki, Siwka - 4 sztuki, Hucyk - 2 sztuki). Towarzystwo paraduje teraz ładne (wcześniej też było ładne, ale teraz jest ładniejsze ;-) Swoją drogą spodziewałam się u nas większej tragedii, ale jak porównałam nasze kopyty z różnymi zdjęciami kursowymi i książkowymi nieładnościami, jesteśmy cudni. Fisio jedynie jak na swoją opasłość ma kopytka malutkie (i ścieśnione), ale za to ma sam z siebie naturalnego mustang-rolla ;- I tak jest już lepiej, bo odkąd mieszka na dworze, przynajmniej strzałki ma niegnijące...
Przy werkowaniu Siwego oczywiście małe ekscesy w postaci nagłych dygów-wypłochów, co Oblubieniec skwitował: ale sobie konia kupiłaś...! No cóż, ładna była ;-) I niedroga :-)
Przyznaję, że można przy Siwej nabawić się lekuchnej nerwicy, choć ja tam do niej przywykłam (i ona do mnie też); mało tego: jest Moją Zdecydowaną Faworytą ;-)
Aczkolwiek klasyczne porady typu zanim kopnie, poczujesz drgnięcie mięśni można sobie na półkę odłożyć. U Siwki od dygu do akcji upływa ułamek sekundy; nie ma szans, żeby się człowiek uratował. Na szczęście Siwe na dygu-wypłochu poprzestaje :-)
W niedzielę w ramach oddziczania wyszłyśmy na spacer za bramę. Tak, czasy, gdy Siwe wędrowało ze stoickim spokojem aż do drogi głównej, odeszły w niepamięć :-( Już w połowie podwórka Siwej włączyły się wszystkie czujki alarmowe. Poszłyśmy na sienną łąkę, na której stoi jeszcze jesienne ogrodzenie (czeka, aż się zbiorę w sobie i wezmę za demontaż ;-). Jakieś niemrawe kępki trawy się puściły i postanowiłam zająć siwą uwagę konsumpcją. Pomijając fakt, że Siwe żarło łapczywie prawopółkulowo, nawet się momentami udawało ;-) Co i raz podrywała jednak głowę sprawdzając, czy wałachi znajdują się w zasięgu wzroku. A wałachi, zbite w stadko, sterczały drzemiąc na kamiennej części padoku zastodolnego (nie w ciemię bita, pozostawiłam je zamknięte nie pod wiatą, ale na padoku. W razie draki musiałyby sforsować 2 bramki z prądem). Rozpaczy nie było; ani Siwe się nie darło, ani wałachi nie nawoływali.
Po południu wzięliśmy się z Oblubieńcem za kopanie rowu wzdłuż padoku i sypaniu koniom podwyższonej ścieżki. Ścieżkę się obłoży agrowłókniną (lub czymś w podobie), utwardzi kamieniami, zasypie żwirem... O, plany są ambitne...! Mam już zamówione 4 wywrotki żwiru na padok zastodolny, które przyjadą, jak tylko ciężki sprzęt da radę do nas dojechać i nie ugrzęznąć po drodze w błocie... Okrągły wybieg i ring zewnętrzny nabiorą nowego jeździeckiego wymiaru :-) Planuję też małą arenę stworzyć na padoku za-zastodolnym (czyli środkowym)... Coś czuję, że na 4 wywrotkach się nie skończy... ;-) Poza tym będziemy kopać trójkątne (a co! ;-) oczko wodne odciągające wodę z okolic okrągłego wybiegu...! A brzegi zabezpieczać kłodami drewna (technika sprawdzona przy usypywaniu górki), żeby go zaraz konie nie zakopyciły... O, tak Oblubieniec powymyślał :-)
Tak się rozochociłam, że do zmroku doleciałam z kopaniem do drugiego padoku! Aż Fisiu się lekko ożywił, zaciekawił, odłączył od drzemiącego stadka i przyszedł popatrzeć, co wyczyniamy... Oczywiście ustawił się centralnie w miejscu, gdzie ziemię rzucaliśmy... :-) Na nic moje usiłowania odsunięcia ciekawskiego się zdały; co chwilę łapał gębą trzonek szpadla i proponował, że też będzie kopał... ;-) W końcu zrezygnował, bo dostrzegł kawał perzu (może jadalne...? hę...?) i nim się zajął... Skończyło się jednak na trzepaniu kępą z niezadowoleniem, że niesmaczna... Całą głowę sobie zapiaszczył, w oczy nasypał i odszedł z kwaśną miną ;-)

piątek, 18 marca 2011

Trening biegacza

Dziecię Moje, Gośka W., oszalało. I nie chodzi mi bynajmniej o fakt, że porzuciła konie dla lekkiej atletyki ;-)
Oprócz sportu wyczynowego zaczęła oto uprawiać sztukę pisarską... Tylko co my tam robimy z Pusiołkami?? Jacy tam z nas biegacze ;-))
http://treningbiegacza.pl/

wtorek, 15 marca 2011

Advanced to Hackamore

Wczoraj niespodziewanie zastałam w domu przesyłkę z US. Ki diabeł?? Zamawiałam coś? Za darmo tak, bez pobrania...??
A to ETMIKA przysłała mi płytkę bosalową Advanced to Hackamore :-) Częściowo przestudiowałam. Dooglądam, przetrawię, powyciągam wnioski i dawaj hucyka w obroty :-) Choć nie wiem, czy nie powinnam od Siwki testy zacząć, bo ona grzeczniejsza i nie będzie kwestionować nowości ;-) A Pan Hucyk może się zemścić za niedzielne ganianki do zasapania :-))

poniedziałek, 14 marca 2011

Zagruzowywanie

Weekend pod znakiem zagruzowywania błotka pod kasztanowcem. Natyrałam się jak dzika; Oblubieniec pojechał werkować a ja walczyłam z gruzem.
Dobrze, że nie zaczęłam z samego rana w sobotę, bo gdy przed 11.00 pojawiła się Beata od Henia, miałam jeszcze na tyle pary, żeby (pozazdrościwszy jeżdżącej Beacie) osiodłać hucyka i pojeździć. Usiłowałyśmy stworzyć zastęp, ale szło nam nieszczególnie, bo hucyk za ogonem chodzić nie chce. Taki samodzielny ;-)
Odkąd zaczęłam kultywować jazdę w stylu a la western, skończyło się jeżdżenie koń za koniem. To i skąd taki hucyk ma wiedzieć, co znaczy podążać za ogonem ;-) A na czołowego, w porównaniu z Heńkiem-Wielkoludem, ma zdecydowanie za krótkie nóżki...!

 photo HPIM8449_zpsp0aohshw.jpg

Nasza jazda trwała, mecyja, ze 30 minut a hucyk o mało nie padł na zawał. Tak bokami robił po paru kółkach niespiesznego kłusa...! Taką się ma oto kondycję...! A mówię za każdym razem, żeby tyle nie żarł. I żeby się przebiegł, od czasu do czasu...!
W zamierzeniach była też jazda na Siwce. I na zamierzeniach się skończyło. Głupia Ja, wyczyściłam Siwkę z rana, na trzy podejścia. Taka była utytłana, że za pierwszym razem nie dało się jej doczyścić do stanu pozwalającego na założenie siodła. Tuż przed jazdą na hucyku, patrzę ci ja, a Siwe majestatycznie układa się w największym błocie i tytła na nowo. Powolutku, z rozmysłem. Legła jako siwka, powstała jako srokacz :-)

 photo HPIM8441_zpsonudzb19.jpg

 photo HPIM8444_zpssqollxfh.jpg

W niedzielę zarządziłam trenowanie. Po naszemu ganianki. Wprawdzie hucyk prezentował się w porównaniu z pozostałymi końmi czyściutko (kładzie się na brzuszku, tarza w suchych miejscach) i można by wsiąść, ale jakoś mi się nie chciało... Wzięłam linę i dawaj drygować stadem. Wystartowały ochoczo, ale zaraz próbowały przekształcić ganianki w catching game. Jakby się umówiły, zaczęły się odangażowywać i sugerować, że może do mnie podbiegną...? Gdy załapały, że to nie ustalanie hierarchii, ale trenowanie były małe fochy; łebkiem najbardziej wywijał hucyk i coś tam gulgotał pod nosem (ani chybi były to inwektywy pod moim adresem). Fisiu ze 2 razy walnął z kwikiem barana i już sama tą ewolucją tak się umęczył, że ledwo parę foule zagalopowywał i od razu przechodził do kłusa. Siwe tylko dzielnie zasuwało zerkając tylko co i raz, czy już odpuszczam (presję) czy jeszcze nie... Odpuściłam po 10 minutach, bo mało się nie pozatychały. Żeby tylko grubasy...! Siwe też nieźle dyszało...! Wyścigowe, myślałby kto...!

Kopyt oczywiście nie tknęłam :-(
Z zadowoleniem stwierdziłam jednakowoż, po gruntowym oglądzie, brak jakichkolwiek pierścionków na kopytach... Może te moje weekendowe porcyjki treściwego nie są wielką szkodą dla zwierzaków ;-) Nad innymi aspektami musowo będzie jednak będzie się pochylić...

czwartek, 10 marca 2011

Niko odjeżdża

Stado nam się zmniejsza, Niko właśnie pakuje się do przyczepy i wraca do domu... Przykro, zżyliśmy się z węgorkiem :-(
I kto teraz będzie wymuszał ruch na Szamanie...?? Hucyk ma aktualnie fazę na ustępowanie Fiśkowi a Siwka dyscyplinuje go mało zdecydowanie... Heniu czasem się na niego zamachnie ze zadu, ale tylko wtedy, gdy Fiś nie trzyma się matczynego boku Siwki, co zdarza się nad wyraz rzadko ;-) Całkiem nam się stadko zamuli i znieruchawi...

up-date: stadko sterczy i śpi. Tak się przejęło odjazdem kolegi...!

poniedziałek, 7 marca 2011

Wiosna, Panie Sierżancie

Czuć w powietrzu wiosnę. Ziemia jeszcze u nas twarda, coś tam po wierzchu w dzień rozmarza, ale powietrze już zdecydowanie inne a słońce w końcu zaczyna grzać. Konie jeszcze nie zaczęły linieć, ale zauważyłam już wiosenne symptomy chudnięcia u bezstajennych; Fisiu ładnie wyszczuplony (jak nie on ;-), Siwce też spadło lekko ciałko na pleckach (cóż, zarzuciłyśmy ostatnio nasze spacerowe jeździectwo więc i mięśnie się pochowały ;-). Huc jedynie trzyma fason i brzuchem na boki buja ;-) Ale żeby to był jaki mięsień, to ja bym nie powiedziała ;-)

Ostatnio jestem trochę nie w formie, więc w kwestii kopyt poprzestałam jedynie na przeglądzie technicznym. Cóż, cięcia w żarciu treściwym, żwirki-kamyczki i 24h na dworze niestety sprawy kopytnej w 100% nie załatwiają i będzie trochę grzebania pod zwierzakami. Tarnik już mi Oblubieniec wspaniałomyślnie podarował (lekko zużyty, niby żebym się nie pokaleczyła; chyba w podzięce za ten nowiutki, co mu go przywiozłam z Krakowa... po drodze do Stokrotki zaliczyłyśmy z Kelly sklep Amigo...)
Typy zdecydowanie za mało ruchu mają; aktualnie obmyślam, jak jeszcze bardziej uprzykrzyć im życie i padock paradise zintensyfikować... Padok stokrotkowy jest dość fajnie zaaranżowany, ale u nas taka wersja odpada (na stoku), zaraz by wykopyciły błotne korytarze i więcej by było dla kopyt szkody niż pożytku... :-(
Aczkolwiek Oblubieniec zdobył ostatnio górę gruzu i oto możemy kolejną górkę i twarde ścieżki na zastodolnym padoku produkować... Może z czasem i stok u nas powstanie ;-))
Poza tym zamówiliśmy piacho-żwir na drogę dojazdową; mam nadzieję uszczknąć z jedną wywrotkę na porządny placyk do jazdy ;-)

A co zrobił w niedzielę rano hucyk! (przypomniało mi się). Zamknęłam Nika, jak zwykle, na środkowym padoku z sianem (tuczenie na życzenie właścicielki) a hucyk podszedł pod sprężynę i na baczność wpatrywał się w konsumującego Nika. Zawołałam go hen z końca padoku (hucyk!) a ten zerknął przez ramię, odwrócił się i... pacnął do mnie nóżką :-) Taki koleś...

Na weekend szykuje się na wieś moje Bebo... Może fotki fajne będą... (cicho, bo znowu zapeszę ;-)

środa, 2 marca 2011

Warsztaty w Stokrotce

Opadły emocje, więc piszę.
W weekend byłyśmy z Kelly na Warsztatach Naturalnej Pielęgnacji Kopyt w Stokrotce. Wypad z gatunku wariackich. Jestem zdecydowanie za stara na takie eskapady... Z 1600 km. w ciągu 3 dni...
Co do samych warsztatów...
Część teoretyczna zrobiła na mnie duże wrażenie. Może nie było to nic nowego w stosunku do tego, co serwują na swoich kursach i w literaturze inni naturalno-kopytni, ale sposób zaprezentowania do mnie przemówił.
Natomiast część praktyczna... Być może miałyśmy z Kelly pecha ;-)
W warsztatach brało udział 10 osób z czego 6 miało werkować. Zostaliśmy podzieleni na 3 grupy a wykładowców było 2. Każda grupa miała werkować pół konia (przód-tył). Nasza dwójca została przydzielona pod opiekę innemu kursantowi, zaawansowanemu...
Cóż, po namyśle stwierdzam, że raczej nie tego oczekiwałyśmy po tzw. części praktycznej...

A koniki z Stokrotce śmieszne: całe stado hucyków ;-) No może nie wszystkie są czystej krwi hucykami, ale ten, który nam się z Kelly trafił, był hucykiem pełną gębą :-) Na dokładkę okazał się typkiem o charakterze o wiele gorszym od naszego małego, bo zamiast współpracować, cały czas pokładał się na człowieku. I weź się tu ucz, jak ci obiekt utrudnia ;-) Chylę czoła przed naszym egzemplarzem; postaram się już na niego nie psioczyć ;-)

...w środę po nocy z ciekawości sprawdziłam przy czołówce to i owo w naszych kopytach... O, kochani...! Zdaje się, że będziemy żegnać się z treściwym... W weekend wszyscy staną do gruntownego przeglądu technicznego...

A, no i zaliczyłam już też pierwsze kopytne wymądrzanie się przed Oblubieńcem ;-)