"Pracuj nad sobą a z koniem się baw" Pat Parelli

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Ależ było jeździectwo...

...do rozpuku. Pod siodło poszło nawet Siwe :-) Tym samym pierwsza profesjonalna naturalna jazda Siwki za nią :-)
Gwoli ścisłości: swojego wsiadania na Siwe i Szamana nie liczę, bo mam o sobie obecnie bardzo kiepskie zdanie jako o jeźdźcu i staram się za wiele z siodła nie robić, żeby czego nie skiepścić... Pierwszą profesjonalną naturalną jazdę na Siwce odwaliła za mnie Ala ;-)
Wyszłam z jeździeckiej wprawy, bo niestety jak się regularnie nie jeździ, to się nie ma ani umiejętności, ani odpowiedniej dawki pewności siebie... Moje jeździectwo za każdym razem ogranicza się więc na posiedzenia i pokazywania, że człowiek na górze to fajna rzecz. Poza tym jak mi się zachce, to mam do wożenia się małego hucka. I tym samym motywacja, żeby rzeźbić w swoich pierwszych koniach mizerniutka...
Co innego Ala; jej się chce, ona jeździ regularnie i z zapałem, ona nie jest obarczona psychicznym bagażem obcowania z moimi końmi od ich dziecięctwa... Do tego stopnie nieobciążona, że widząc moje sobotnie siedzenie na Siwej (stacjonarne ;-) zaproponowała, że może wsiądzie? Ala jeździ bardzo ładnie; na Niku pomykała ostatnio galopkiem po okrągłym wybiegu, pasażersko niemalże, trzymając wodze-linę za sprzączkę. Pomyka też na dwóch carrotach z wodzami spoczywającymi na końskiej szyi... Wędzidła w ogóle u nich w pysku nie widziałam...

Siwe miało w sobotę dobry dzień, nie robiło na niej żadnego wrażenia ściąganie padu przez zadek oraz przez głowę z zatrzymaniem na uszach (!!!) Przez głowę było po raz pierwszy w życiu zwieńczone sukcesem; wcześniej Siwe wypruwało mi na linie, furkało, protestowało... Więc zaprzestałam na bardzo długi czas usiłowań; teraz był jeden mały podskok za pierwszym razem, za kolejnymi dwoma jedynie podrywanie głowy, a potem już tylko czujne stanie, ale bez paniki. W sumie z 5-6 powtórzeń tylko :-) Znaczy kolejna rzecz, która się sama naprawiła ;-)
Wsiadłam, było oczywiście mega spokojnie, poprzestawiałyśmy trochę przód, Siwe wyraźnie miało ochotę pochodzić...
Ala wsiadła w krótkich spodenkach, ale za to w kasku ;-) Sama wsiadła, bez trzymanki. Tym razem z rozmysłem zrezygnowałyśmy z oprowadzanki na linie, bo ostatnio Siwe się oprowadzanką stresowało... Skoro ja wsiadam bez trzymanki i Siwe nie wyczynia, to i Ala da radę ;-) Zwłaszcza, że Siwe Alę zna, Ala gada z Siwcem zrozumiale, tym samym językiem co ja, więc czemu miały by się nie dogadać...?
Zgodnie z przewidywaniami Ala wsiadła i po prostu... pojechała. Siwe bardzo spokojne, głowa cały czas na wysokości kłębu... Na początku co i raz się zginała (moja szkoła profilaktycznego wygaszania prawopółkulowca ;-), gdy tylko poczuła boczny nacisk od side-pulla, ale szybko załapała, co jest komendą do skrętu a co do zgięcia bocznego :-) Za chwilę wędrowała noga za nogą, skręcała, szła wzdłuż ogrodzenia, stawała na WHOA! i cofała. Zatchnęło mnie po prostu, ot co! Gdzie się podziała wariatka?????
Kolejne dnia Ala wsiadła (tym razem w ruch poszło siodło klasyczne, bo Ala zdecydownie takie woli) i Siwka trzaskała nawet chody boczne pod jeźdźcem. Na drugiej jeździe! A, koń-geniusz, że o Ali nie wspomnę ;-)))
Głupio mi się zrobiło, że ja od paru lat taka niejezdna fujara jestem (a kiedyś co? mówili o mnie, że wsiadam na wszystko, co się da osiodłać ;-) i ogarnąwszy się intelektualnie (rozmowa z samą sobą) postanowiłam się reaktywować jako jeździec. Regularnie i systematycznie. W tym celu w sobotę o 21.10 zatargałam na padok siodło i zawezwałam hucka. Przybył ochoczo z powodu ROJU komarów. Nawet wyglądał na zadowolonego, że mimo późnej pory zakładam mu siodło, bo od razu pół hucka okazało się mechanicznie zabezpieczone przed owadami. Przez chwilę walczyłam ze sobą, czy nie dać se siana (gryzło mnie zarówno pomarańczowe diabelstwo, jak i to tradycyjne, szare), ale hucek zaraz by sobie pomyślał, że jestem cienias, więc wsiadłam na 15 minut. Postępowaliśmy, pozatrzymywaliśmy się, pocofaliśmy, na koniec hucek dostał ciasteczko i pochrumkując zadowolony poszedł do koni.
W niedzielę wsiadłam na małego na całe 50 min., trochę pokłusowaliśmy, trochę porobiliśmy esy-floresy (chodzenie na focus, wygibasy z obiektami etc.) a trochę eksperymentowałam z jazdą na wodzy casual. Do tej pory raczej tego unikałam, wodze trzymałam w sposób nijaki (ni to krótko, ni to długo), czyli asekuracyjnie na wszelki wypadek a tu się okazało, że niepotrzebnie, bo hucek wcale nie jest taką niedobrą łajzą, na jaką wygląda ;-) Jedyne, co mu można zarzucić, to łażenie tuż przy samym ogrodzeniu, co grozi zdjęciem jeźdźca o płot.
W ogóle fajnie się bawiliśmy, także z ziemi (włażenie na opony, proponowanie pacania w różne miejsca na oponie - pomysł hucka :-) i mały zaczął za mną łazić, pokazywać gdzie końska mucha gryzie, gdzie komar siedzi i nawet podskubywać mnie pieszczotliwie po kłębie przy czochraniu grzywy w swędzących miejscach :-) A mówiłam, że nie ma między nami tej chemii, co z Siwką i Fiśkiem...

Fisiu się naprawił, już nie kuleje, zachowuje się jak zwykle, czyli z charakterystyczną dla siebie flegmą, łazi za człowiekiem czasem nawet zbyt nachalnie, więc z niedzielę wieczorkiem poszedł na 5 minut pod siodło klasyczne, żeby sobie nie myślał...

Nie mogę się doczekać, kiedy znów pojadę na wieś... Knuję, normalnie, żeby na hucku w teren pomknąć, do lasu, który podobno jest nieopodal... Wystarczy skręcić za sąsiadem G. Ala prawie już tam była. A ja co?? Siedzimy w Gawłowie z końmi 2 lata (tak, tydzień temu niepostrzeżenie miała miejsce rocznica) a jełopy znają tylko podwórko, nasze łąki i zastodole... Fisiu nawet na drodze głównej nigdy nie był...

czwartek, 10 czerwca 2010

U Fisia poprawa

Fisiek wczoraj dostał drugi zastrzyk przeciwzapalny, akuratnie nadjechałam chwilę po tym incydencie. Gruby doczłapał się do mnie całkiem ochoczo, w stępie kulawizny w ogóle na pierwszy rzut oka nie dostrzegłam... Po jakimś czasie postanowiłam podać suplement, konie na drugim padoku, hen za wewnętrznym kręgiem (zaimplementowałam pomysł z koncepcji PADOCK PARADISE: wybieg wewnątrz wybiegu, żeby konie musiały więcej wędrować). Nieopatrznie (głupia ja) zagwizdałam, Fisiu kwiknął, wykonał roll-back i przygrzał do mnie galopem! Dawałam mu z daleka rozpaczliwe znaki, żeby gad zwolnił, bo przecież chory, chromy, kulawy, olaboga, ale gdzie tam! wyhamował dopiero tuż przed moim nosem. Wzięłam kulawca na sznurek i pod stajnię, podać glukozaminę+chondroitynę+MSM+dodatki witaminowe, czyli Syrop Cartilage Officinali. Pożarł porcję granulatu skropionego preparatem, nawet nie miauknął, że nowy smak i zapach (a nowych smaków i zapachów Fiś nie lubi i na nowe smaki i zapachy zawsze grymasi...). Zerkał za to co i raz za siebie, w stronę koni, czy są i czy widzą, że ON DOSTAŁ treściwe a ONE NIE (znaczy zdecydowanie wraca do normy ;-) Potem zabrałam kolegę za bramę na koszenie gębą trawy i przy okazji budowanie większej pewności siebie, bo kolega jest fafarafa w swoim obeznanym środowisku; jak się go gdzie indziej zaprowadzi, cykorzy bardziej od Siwki (mimo, że bije mniej piany, bo temperamentu flegmiastego). Długo się nie paśliśmy, bo KOMARY (te pomarańczowe) chmarą nad nami krążyły i dziabały... O ile Fiś to może i z komarami jest blisko obeznany, to ja niekoniecznie życzę sobie się z nimi obeznawać, więc odprowadziłam kolegę do koni. Opierał się jak mógł, ale w końcu uległ i dał się wepchnąć (za tyłek!) na padok. Wystarczyła jednak chwila mojej nieuwagi (prąd niepodłączony, dolna sprężyna niezamknięta) i Fisiu z gracją baletnicy wcale-nie-kulawej myknął pod taśmą pastuchową i powędrował na łąkę. Sam. Znaczy, zdrowy jak byk (przynajmniej na umyśle jest w 100% formie, skoro kombinuje :-)
Siwe urządziło brawerie, że jak to?? nie dość, że treściwe dostał pokątnie, to jeszcze na trawę sobie polazł??? i przyznając jej rację, musiałam wszystkie konie na łąkę puścić... Łaziły do samej ciemności (po 22.00) a i wtedy miałam problem, żeby je zgonić z powrotem za stodołę... Tak fajnie było brodzić w trawie do połowy grubaśnych brzuchów...

wtorek, 8 czerwca 2010

Szaman chory!!!

Siedzę w pracy z zawałem. Fisiek ledwo łazi (wygląda, jakby kulał na oba przody), ma temperaturę, na początek dostał zastrzyk przeciwzapalny... Jutro po pracy gnam do niego ze wspomagającym preparatem na stawy (nie zaszkodzi, nie pomoże; brałam coś w podobie po wypadku, niby-szybciej regenerowały mi się uszkodzenia stawowo-kostne).
A taki był gad niezniszczalny... I z czego mu się to coś przyplątało?? Żadnych zgrubień, opuchlizn, cieplejszych miejsc... Nic, do czego by się można przyczepić...

Up-date: Oblubieniec donosi, że po zastrzyku trochę się poprawiło...

sobota, 5 czerwca 2010

Siedzę na wsi...

...od tygodnia. Przyjechałam, oczywiście, z entuzjazmem. Czego to ja nie dokonam! Budować będę, porządkować, zagospodarowywać... Konie zabawiać... A jeździć... Ho-ho, codziennie i na kim się da... Dziś sobota (dzień ósmy) a ja zaliczyłam jedną (sic!) jazdę na hucku, posiedzenie na Siwce i wsiądnięcie na Szamana. O, tak to wyglądają w praktyce te moje plany i postanowienia ;-)

W piątek (28 maja) wyprawa na wioskę po pracy razem z Alą. Ala ambitnie obładowana notatkami (sesja), ale do chudego twardo jedzie, bo mięśnie trzeba zwierzakowi budować ;-)
Sobota - 29 maja - Dzień Konia. Tak to u nas DAWNO nie było... Przed południem w planie jeździectwo (dziw, bo zazwyczaj zabieram się to tego typu przedsięwzięć pod wieczór, po robocie, podpierając się nosem i padając na ryło, w oparach komarów, co generalnie skutkuje tym, że zanim się dobrze rozkręcimy zapada zmrok i czas kończyć... Ku mej radości zresztą... Czy to aby nie jakiś rodzaj unikoholizmu z mojej strony? Hmmm... ;-)
Pora przedpołudniowa niektórym koniom wydała się bardzo niestosowna; hucek udawał bardzo zajętego (na wszelki wypadek ustawił się do mnie tyłem: nic nie widziałem, nic nie słyszałem) a Siwe zintensyfikowało pasienie się na piachu (i po cholerę ja im ten SAND GARD kupowałam ;-).
Fisiu tylko od razu podszedł. O, siodełko masz... To i ciasteczka pewnie w zanadrzu... Minę zrobił zadowoloną i ustawił się do siodłania. Dziwoląg. A zapraszał go kto? Na hucku miałam się zamiar na początku powozić...
Osiodłaliśmy się prowokacyjnie na golasa (znaczy bez niczego na głowie. Ani nawet bez żadnego sznurka na szyi...), Fisiu stał z godnością osobistą, ciut zadryfował przy dociąganiu latigo, ale zaraz się wygasił, bo rozkazałam WHOA! Przy zakładaniu kantarka oczywiście miała miejsce ulubiona Fisiowska zabawa, czyli łowienie paszczą sznurków. Króciuteńka, bo Sz. wie, że nie wypada... Ech, gdzie te czasy, gdy zakładanie kantarka trwało u nas 10-15 minut i zajmowało całą sesję zabawową, bo gdy Fiś dawał sobie w końcu kantarek grzecznie założyć, wypadało zakończyć (wygoda), a jak miałam gorszy dzień, to puszczałam go, by sobie poszedł precz i brałam się na pocieszenie za dzikie, ale bardzo grzeczne Siwe...
Fisiu osiodłany prezentował się majestatycznie, godnie, elegancko. Chwilę się pobawiliśmy w małe przestawianki, kółkowanie, zmiany kierunku (a, perfekcyjne konisko, tyle, że z małą tendencją uch, ja wolę stać sobie koło Ciebie a nie latać na sznurku jak jaki głupi koń... To oczywiście aluzja do Siwki eks-latawicy ;-) Mamy z Fisiulem zdecydowanie za mocne przyciąganie. Ale za to wita mnie ostatnio już nie tylko chrumkaniem, ale rżeniem pełną gębą :-)
Umyśliłam, że będę się gramolić. Z ziemi! Zwierz grzeczny, liny w paszczę nie łapie, czyli szczyt kooperatywności, szacunku, opanowania i pozytywnego podejścia u Pana Konia (jak łapie linę paszczą, a łapie często, znaczy chce figlować, wygłupiać się, negocjować swoje wersje zabawiania się... Wtedy nie kwapię się wsiadać, bo ulubiona zabawa Szamańska przy wsiadaniu to kto szybciej: czy Ty szybciej wsiądziesz, czy ja szybciej Cię za nogę capnę. I wtedy, zamiast wsiadania, wyczyniamy niezłe harce z ziemi. Aż wióry lecą a Fisiu dziób ma uśmiechnięty od ucha do ucha z uciechy :-)
...Wgramolić mi się udało, uwiesiłam się w poprzec Fisia (w poprzec czyt. w poprzek - powiedzonko babci, rodowitej Warszawianki, która tylko 2 wojenne lata spędziła na wsi... ;-). Nic. Grzecznie stoi. Wsiadłam. Siedzę. Fisiu stoi, nie cuduje, za nogę nie łapie... Koń ideał... A ileż to razy ja na nim zasiadałam do tej pory? Ze 3 razy na krzyż? I wtedy napatoczyła się Ala... Akuratnie skończyła mordować Nika ćwiczeniami budującymi plecki i dupsko... Czemuż by więc nie wykorzystać młodzieńczego entuzjazmu do jeździectwa? Ja w wieku podeszłym, jeździć to owszem (choć bez większego zapału, nie to, co kiedyś), ale na gotowe, i to najchętniej na wędzidle, precyzyjnie, na koniu przyuczonym, przynajmniej wstępnie... Kiedyś miało się ambicje i młode konie się układało osobiście, (można się było chwalić, satysfakcję się miało ;-) teraz już chyba z tego wyrosłam... Tylko Siwka mnie nie minie, bo na spokojnie może na nią wsiadać tylko ktoś, kogo Siwe dobrze zna, kto się z nią bawi z ziemi a że tylko ja się z nią wygłupiam od 6 lat (!!), to padło na mnie. Nie ma sensu wsadzać na nią pozoranta (ja na ziemi obok, pozorant z duszą na ramieniu na Siwce, Siwe z jeszcze większą duszą, spięte jak diabli i robimy oprowadzankę...). Za każdym razem My Troje: Siwka, pozorant i ja, mieliśmy zawał.
Ala przejęła Fiśka na okrągłym wybiegu, chwilę się pobawiła i wsiadła. Na wszelki wypadek trzymałam gada na linie (7 m.), ale z lekkim fantazjowaniem, że lina nie istnieje. Zrobiłyśmy lekuchną niby-oprowadzankę, potem mini-niby-lonżkę i Ala kazała się puścić ze sznurka. Do kantarka miała dopięte wodze od Pana Podkowy i hajda przed siebie. Fiś na początku mocno się zdezorientował, gapił się na mnie nie rozumiejąc, że teraz nie ja rozkazuję, tylko ktoś-nie-wiadomo-kto i to jeszcze nie po bożemu z ziemi, ale tam hen z wysoka... Musiałam usiąść na ziemi, bo inaczej gadzina za nic nie chciał ode mnie odejść a gdy próbowałam się oddalić, lazł za mną. I co to za jeździectwo takie... Niby jeźdźca się ma, a jakoby go nie było... Idealnym rozwiązaniem byłoby auto-klonowanie, wtedy mogłabym być równocześnie i na ziemi, i na koniu... Gdy usiadłam i parę razy chmajtnęłam liną, by Fiś do mnie nie podchodził, ten w końcu zaczął skupiać się na tym, na kim powinien, czyli na jeźdźcu. Ależ to jest bystrzacha! Już za moment prezentował folow the rail, skręcanie, zatrzymania (WHOA!) i cofanie. Oto jak procentuje praca z ziemi! Niby-niezajeżdzony a jakobKursyway zajeżdzony :-) Po prostu wsiadło się i pojechało... Lekcja trwała w sumie ze 20 minut (po chwili doszła jazda z carrotem, m.in. friendly z grzbietu i skręcanie), w międzyczasie pognałam po aparat (Ala została z Fisiem - a raczej na Fisiu - sam na sam), bo przecież trzeba pofocić takie wydarzenie: pierwsza jazda naturalna na Szamanie...

 photo HPIM7791_zps3df3fd20.jpg

 photo HPIM7789_zpsae81a053.jpg

 photo HPIM7782_zps24216575.jpg

 photo hpim7781_zps28c4d5ef.jpg

Gdy wracałam, Fiś rozdarł się na mój widok, czym mnie rozczulił i dostał do gęby ciasteczko. Skończyliśmy mega-pozytywnie, Sz. zadowolony, nie chciał od nas odejść... Sielanka. Zdecydowanie Fisiu zrobił się chwilowo moim Pupilem Numer Jeden i w nagrodę poszedł na spacer za bramę, do Nika, który już się tam obżerał super-trawą.
Jako, że należy być sprawiedliwym, po jakimś czasie wymieniłam Fisia na Siwkę a na końcu wzięłam hucka. Ponieważ planuję w końcu wybrać się w jakiś teren, postanowiłam pokazać małemu okolicę. Rok już u nas mieszka, a jeszcze nigdzie od domu nie odchodził... I powędrowaliśmy a za nami Ala z Nikiem. Ustawiłam się w strefie 3. i kazałam iść. Że niby on prowadzi. Mały szedł, gały wytrzeszczał, od czasu do czasu trawę skubnął, ale był mocno podekscytowany. Parę razy zrobił stopa, Kursywaale dość szybko doszliśmy do drogi głównej. I poszlibyśmy dalej, ale najpierw napatoczyła się Pani na Rowerze, potem Sąsiad na Traktorze i trzeba było powymieniać konwencjonalne uwagi na temat, jaki to wypoczynek na łonie natury, jak to fajnie mieć konika etc. Konie grzecznie się pasły. Do czasu. Zagadana z sąsiadem straciła czujność i nie spostrzegłam, że hucuś wziął linę pomiędzy przednie nogi i postanowił wrócić do domu: miło było, ale ja spadam na chatę. Puściłam falę, ale kolega nic sobie z niej nie zrobił, uznał natomiast, że lina pacająca go po boku to na pewno sygnał do zagęszczenia ruchów i ruszył kłusem. Odpadłam od liny po jakichś 10 m. a kolega pognał przez jęczmień sąsiada (na szczęście nie tego od traktora ;-) na skróty do domu. Niko tylko popatrzył za oddalającą się małą łajzą i spokojnie wrócił do skubania trawy. Oczywiście nie dałam za wygraną. Z powrotem pod chałupę, hucka za głowę (znaczy za linę, co ja za sobą powlókł do domu; ma szczęście, ze nie urwał skórki, bo by była kijoterapia ;-) i z powrotem na spacer. Tym razem byłam czujna jak ważka i gdy hucuś próbował w połowie naszej drogi zawrócić, doigrał się intensywnego cofania a la Bernie ;-)Kursywa Oczywiście w stronę domu, skPogrubienieoro mu tak zależy, żeby wracać ;-)
Poszliśmy, minęliśmy trefne miejsce (prowokacyjnie dałam się tam chwilę popaść, a nóż będzie okazja do poznęcania się, naturalnie, gdyby mały chciał się znowu zabrać ;-) Jak się można było spodziewać, ten spacer odbył się bez sensacji. Bestia jest cwana...
Musiała jednak moja charyzma jakoś na hucka podziałać, bo następnego dnia po raz pierwszy pozwolił mi do siebie podejść i się wygłaskać podczas leżakowania :-)

W poniedziałek (31 maja) znów nas zalało. W stajni ponownie 30 cm. wody, w studni równo z gruntem, w każdym zagłębieniu terenu woda a rzeka tak wylała, że aż poleciałam z Bobkiem filmować topiel, bo by mi nikt nie uwierzył, że ta zanikowa struga tak potrafi buzować... Przy samym padoku płynęła i zatopiła część końskiej łąki...

 photo HPIM7818_zps5d73f515.jpg

 photo HPIM7814_zps2eadeeb3.jpg

W czwartek (3 czerwca) dziecię Gośka, które pojawiło się na wsi wraz z Narzeczonym, wsiądnęło na Szamana. Na oklep. Najpierw zaliczyła hucka, który bardzo niezadowolony, że chude wsiada na niego bez siodła i odgniata mu plecki, parę razy zapodał protestacyjny bryk z pokwikiwaniem, kulenie uszu i ogólnie epatował bardzo zniesmaczoną miną. A dziecię z duszą na ramieniu pomykało na kantarku, więc kontrolę nad cwaniakiem miało nieszczególną. Gadajta co chceta, co wędzidło, to wędzidło ;-)
Przesiadło się więc dziecię na Szamana, nie bez pewnego niepokoju, bo jakby tak wielki zaczął pobryki to gleba murowana... Fiś jednakowoż ani myślał wydziwiać, chodził bardzo grzecznie. Wtedy po raz pierwszy zauważyłyśmy, że coś jakby nie tak z jego chodem. Sztywny jakiś, niby nie-kulejący, ale lewa przednia jakoś tak jakby krócej idzie...
Kolejnego dnia (piątek) Szaman zaczął wyraźnie kuleć na lewy przód i ogólnie jakoś tak dziwnie chodzić... Początkowo szczególnie mnie to nie zaniepokoiło, zakwalifikowałam sprawę jako uraz po-huckowy (tłuką się, aż wióry lecą, Szaman ma całe łopatki i boki pogryzione i okopane), ale w sobotę było jeszcze gorzej... Fiś raczej stał niż wędrował, a prawą przednią najchętniej opierał na pazurku... A niby kulał na lewą, czyli tę powinien odciążać...
W niedzielę przy powrocie z padoku odmówił pójścia za końmi za stodołę, tylko został ze mną na podwórku... Stanął pod wiatą nowo-stajenną i przyglądał się drzemiąc, jak noszę deski... Tym mnie najbardziej zaniepokoił, bo instynkt stadny to on jednak ma i raczej nie przepada za samotnością (bez koni)... Tym razem nawet nie zerknął, gdy jego stado zniknęło za rogiem stodoły... Pozwoliłam mu na asystę, ale w końcu musiałam go na padok odprowadzić, bo psy tylko czyhały, żeby urządzić polowanko; Fiś nie reagował na prowokacyjne zerki i podchody Bobka, więc drapieżniki robiły się coraz bardziej śmiałe... Krzywdy by oczywiście nie zrobiły, ale z pewnością musiałby Fiś wiać...

Teraz siedzę w biurze i oczywiście się zamartwiam. Mam nadzieję, że to tylko objaw po jakiejś bójce i wkrótce ustąpi... Raz byłam świadkiem, jak hucek atakuje Szamana, ten się wspina a hucek wisi w powietrzu uwieszony zębami na Fisiowej łopatce...
Na wszelki wypadek poprosiłam Koleżankę z Gołębi o zastrzyk przeciwzapalny, zainwestuję też w jakąś glukozaminę z MSM-em... Oby tylko nie było to coś gorszego...

4 czerwca - budowa ni to stajni, ni to stodółki...
 photo HPIM7828_zpsdd712ccc.jpg

 photo HPIM7832_zpsf33c423e.jpg

 photo HPIM7827_zpsc8c71ddc.jpg

 photo 0c980219-d4e7-4a51-a3cc-0f53a2ae20df_zps60f0743c.jpg

6 czerwca
 photo HPIM7852_zpsdff39403.jpg

 photo HPIM7838_zps1fd4efc0.jpg

 photo HPIM7839_zps4df72969.jpg

 photo HPIM7842_zps006d4b4e.jpg






środa, 26 maja 2010

Woda, znowu woda...

W studni woda znowu prawie równo z gruntem, stajnia zalana (ponownie wybiły wody gruntowe, nie zdążyliśmy z wylewką...) Dodatkowo definitywnie runął dach nad 1/3 stodoły. Szczęście, że nie na siano a tuż obok :-) I jeszcze, dranie, zdjęły 3 drągi z okrągłego wybiegu (słupki jako czochracze na muchy).
Konie wysmuklały (wędrują non-stop z powodu chmary różnorodnych gawłowskich owadów), gubią zimówkę; Siwe już w letniej odsłonie, Niko prawie-prawie, Fisiek sfilcował się miejscowo i zaczyna ukazywać letnią, jaśniejszą odsłonę (piękny, piękny). A hucek nadal puchaty. Niby coś tam zrzuca, ale podszerstek jak u wilcura na wszelki wypadek zachowuje. Cwaniak wie, że z tą pogodą naszą to nigdy nic nie wiadomo ;-)

W sobotę rozpoczęłam koński program odpiaszczający (SAND GARD); mocno nas zaniepokoiło nieszczęście Marty & Latawca. Nasze konie bytują za stodołą na piasku... Niby jeszcze w zeszłym roku była to łąka, ale kwatera nie jest szczególnie wielka a 4 konie robią swoje... Nie ma szans, żeby tam cokolwiek odrosło... Hucek w szczególności z uporem maniaka śledzi wszelaką aktywność roślinności i gasi ją w zarodku...
Konie preparat podany z paszą przyjęły początkowo bez focha; hucek i Niko wtrąbili całe swoje porcje bez szemrania, nasi po pierwszych łapczywych kęsach zaczęli lekko wydziwiać, próbowali zamieniać się na wiaderka, musiałam wykarmić oba egzemplarze po kolei z ręki, jak niemowlęta jakie...
Kolejnego dnia oczywiście to samo - zwierzaki tak zaawansowały zabawę zamieniamy się na wiaderka, że musiałam wkroczyć zbrojnie z patykiem i pilnować towarzystwa, bo każdy ma swoją indywidualną porcję paszy i ma nie być zamieniania się! Z Nikiem tylko nie ma problemu, bo tego z największą porcją żarcia, zamyka się na okrągłym wybiegu. I tylko gruby hucek (porcja symboliczna, żeby nie miał przykrości, że inny jedzą a on nie) sterczy u bramki i wpatruje się, jak eks-węgorek zajada...

Zaczęłam robić przymiarki do pielenia, pierwszego w tym roku.... Trochę się zagapiłam i drzewka zniknęły w zielsku... Konie czynnością pielenia zachwycone, wędrują wzdłuż ogrodzenia w miarę postępów w pracach wypleniających, bo zielsko ląduje oczywiście na padoku :-) Jest podbieganie, przeganianie się, miłosne pochrumkiwanie pod moim adresem, że taka fajna jestem :-) Tak, wystarczy reglamentować zielone żarcie i zaraz jest uwielbienie... Bo jak się gady puści na łąkę (póki co chodzą 2 razy dziennie po ok. 2 godziny) to szukaj wiatru w polu... Można sobie gwizdać i nawoływać; głowy wprawdzie się podnoszą, ale zaraz z powrotem nurkują w trawę ;-)

Z huckiem zabawa dawaj głowę i dawaj gębę. Huckowa głowa należy do kategorii Yeah, but spot... (w wolnym tłumaczeniu: niekoniecznie życzę sobie, żebyś mnie obmacywała akurat po głowie) i od czasu do czasu z pozycji lidera żądam trzymania głowy spokojnie, gdy o to proszę (np. przecieranie oczu) a nie wyczynianie uników. Huckowe uniki to zupełnie co innego, niż niegdysiejsza nieśmiałość Siwki, wynikająca z niepewności. Hucek po prostu robi foch (nie wykluczam, że wynika to z jakichś wcześniejszych niemiłych przejść z człowiekiem). Ostatnio po raz pierwszy (dawaj głowę robimy od jakiegoś czasu) poprosiłam o dawaj gębę i zaproponowałam zabawę z wnętrzem pyska. Hucek podskoczył jak oparzony za pierwszym razem, ale chyba mu się spodobało, bo zaraz wargę dolną zwiesił i bez problemu mogłam mu wymasować dziąsła :-)

Ze spraw budowlanych:
- na łące wykreowałam kolejną cudną drewnianą bramkę, dzięki której powstaną 2 kolejne pastwiskowe kwatery,
- dokonałam korekty okrągłego wybiegu; wymieniłam 3 kolejne drewniane żerdzie na białe taśmy pastuchowe; konie nie będą obgryzać, czochrać się, rozwalać, demolować a koń-hucek przestanie pod siodłem kombinować blisko-bliziutko przy dragach, co uwielbia (a że prądu się boi, skończą się umizgi do płotu ;-)
- rozpoczęłam przymiarki do wdrażania u nas koncepcji PADOCK PARADISE; stopniowo zamieniamy padok zastodolny w koński survival :-) Mamy już górkę, kamienie, pnie drzew... Będziemy jeszcze preparować w przejściach końskie oczka wodne do moczenia kopyt, podwyższać górkę i budować kolejne...

poniedziałek, 17 maja 2010

Woda z nieba

Skandal jakiś z tymi opadami... Konie-bidaki sterczą na tym deszczu, wiecznie mokre, zaraz im zaczną rosnąć skrzela (bo błony pływackie już prawie na kopytach mają od tego ciągłego brodzenia po wodzie :-) Jednakowoż, żeby wyglądały na nieszczęśliwe, to nie bardzo. Wystarczy bramkę zastodolną otworzyć i pokazać, że mogą na łąkę powędrować ;-) Jak jest trawa, może sobie lać...

W sobotę o poranku trochę pochrumkaliśmy z Fiśkiem. Wydałam z siebie chrumk, Fisiek głowę poprzekrzywiał, odchrumknął. Za chwilę słyszę, chrumka Niko. A za chwilę Siwka. Istna epidemia zachrumkanych. Tylko hucek majestatycznie milczy (ale za to powarkuje. Tego żaden inny koń nie potrafi ;-)
Od rana towarzystwo było mocno ożywione. Uznałam, że łakną kontaktu z liderem i zabrałam wszystkich na podwórko. Jakże mylne to było przekonanie... Szaman natychmiast obrał azymut na bramkę nałąkową a reszta kolesi żwawym gęsim chodem za nim. Wydałam z siebie wrzask Fisiek, gdzie??? (bynajmniej nie było to przyjacielskie chrumkanie), na co Szamanisko zagęściło ruchy i poprowadziło stadko energicznym kłusem pod bramkę.
Tamże nastąpiło demonstracyjne wyrażenie złego humoru (nie dość, że krzyczą na konia, to jeszcze bramka zamknięta) polegające na pokwikiwaniu, próbach delikatnego (na szczęście!) taranowania bramki, pobrykach a na koniec małym kółku galopu ze wspinaniem się w locie i boksowaniem przednią nogą! Kiedyś w życiu bym do gada nie podeszła w takim stanie, ale teraz ruszyłam w jego kierunku z miną bojową i z Fiśka szybko zeszła cała para... Zaraz głowę spuścił (no co Ty? mały koński żarcik taki...), gębą zamemlił a gdy pokazałam władczym gestem, że mają z ekipą kosić podwórko, zanurkował gębą w roślinność... Ale już za chwilę znów spróbował, czy bramka aby się nie odemknęła (sama z siebie chyba ;-) w międzyczasie... Zeźlił mnie, bo zamiast zająć się czymś pożytecznym, musiałam obserwować, co ten znowu wykombinuje. I wygnałam wszystkich z powrotem za stodołę, na ganianki. Macie energię, proszę bardzo, będziemy latać. Latały, diabły, ze 20 minut, zadowolone. Nawet nieszczególnie musiałam poganiać zastęp. Co i raz zmieniałam im tylko kierunek latania, żeby było symetrycznie :-) I wtedy ponownie zaproponowałam podwórko. O, po ganiankach, to bardzo chętnie, spokojnie, na podwórku można pobytować... Fisiek rzucił wprawdzie tęskny zerk na bramkę, ale już nie próbował robić wyłamu...
Łaził za to za mną, jak najęty. Zaproponowałam więc zabawę włażenie na deski (sterta ułożona na środku podwórka), co Fisiek przyjął z wielkim zadowoleniem. Potem rozkazałam Siwej się z nami pobawić, choć na początku nieszczególnie przejawiała chęć. Zaraz się jednak rozkręciła i nawet zaproponowała pacanie naprzemienne (prawa-lewa noga), za co oczywiście przysługuje koniowi ciasteczko :-) Fisiek momentalnie pacanie po Siwce spapugował, mimo że nożnej kopaniny nigdy u niego nie wzmacniam. Wręcz przeciwnie: włosy z głowy rwałam w pensjonacie na to jego wieczne fajtanie nożyskiem. Jego koronny numer, to było wykopywanie pieńka spod siedzącej na owym pieńku Gośki W. Albo przynajmniej próba postawienia kopyta na Gośkowym kolanie (do dziś słyszę te lamenty dziecięcia Mamo, weź go!)
Po zabawie z deskami Fisiek tak się rozkręcił, że zaproponował zabawę ze studnią. Poziom wody znacznie się podniósł i Fisiek najpierw bacznie obserwował lustro wody, potem pochylił się nieco niżej i zaczął wydawać z siebie różne dziwne odgłosy-pomruki słuchając, co na to powie studzienne echo. Potem pomysły jego eskalować zaczęły w kierunku coraz głupszych: najpierw postawił kopyto na krawędzi, a następnie zaczął wkładać nogę do studni! W tym momencie moje nerwy nie wytrzymały i zakończyłam tę głupią Szamańską zabawę. Swoją drogą, ciekawe, co jeszcze to konisko wymodzi. Jego inwencja jest niesamowita ;-)
Potem konisko wymodziło łażenie za (mną). Pchał się nawet do domu (uroki parterowej chałupiny ;-) Całe szczęście, że zwierzak wyszkolony, bo ani chybi popękał-by płytki ceramiczne w ganku; w ostatnim momencie zaprotestowałam przy pomocy joja i BACK-BACK-BACK z kuchni (kuchnia jest w linii prostej z gankiem i drzwiami wejściowymi) i Szamanisko cofnął wiszącą nad płytką kończynę. A przecież mógł się wypiąć, bo byłam od niego ładnych oparę metrów i to jeszcze w pomieszczeniu. Mógł udać, że nie widzi jojowego palca i nie słyszy BACK-ania... Tak to my się jeszcze nie bawiliśmy... O błogosławione szkolenie naturalne :-)

poniedziałek, 10 maja 2010

Było - minęło

Ależ cudne dni na wsi miałam...!
Lało, jak cholera, wszędzie błoto, konie kombinowały, gdzie by tu stanąć, żeby nie we wodzie cały czas... Całe szczęście, że Oblubieniec małe pasmo górskie na padoku usypał, tam towarzystwo z upodobaniem koczowało... Szamanisko wręcz tam sypia w ciągu dnia, na podwyższeniu, samotnie... Siwe staje na górce przodami, dupkę zostawia poniżej, i z tej pozycji obserwuje okolicę... Zaczęło się od wystawania przodami na oponie-podeście, teraz woli naturalną piaskową górkę...
A najeździłam się i natrenowałam koni do rozpuku... Raz woziłam się na hucku przez 30 min. i 2 razy posiedziałam na Siwce... A mięśnie jakie rozbudowałyśmy... Kręgosłup u Siwego na wierzchu, mowy nie ma o oklepowaniu, ot co :-(

Od 1 maja konie poszły na zielone. Stopniowo. Najpierw na dalsze padoki zastodolne (obżarły je w 4 dni), potem brałam je po kolei na sznurku na podwórko - każdy po pół godziny. Robiły za kosiarki. Potem mi się znudziło takie absorbujące moją osobę pasienie i puściłam całe stadko luzem. Przykazałam, że ma być spokój: żadnego włażenia w ogródek, rozwalania beczek z paszą (beczki stoją pod stajnią), włażenia do stodoły (z sianem), w deski czy do nowej stajni (szkielet + dach).
Na początku było grzecznie, zaczęło się drugiego dnia. Co i raz musiałam towarzystwo upominać, bo:
- Szaman właził do starej stajni (w te i wewte) denerwując Bobusia (w stajni nocują psy i teraz to ich gniazdo. Bobuś oburzony, że koń śmie mu się pchać do chałupy...)
- hucek demolował beczki z uporem maniaka; nauczył się ODKRĘCAĆ pokrywę (!!!) i dobierać do zawartości. Wystarczyło, że na chwilę zniknęłam w chałupie, już beczki zaczynały dudnić... Oczywiście całe stado kibicowało... Zaraz pojawiali się przy beczkach Niko i Siwka...
- Szaman kombinował, jak tu zeżreć rośliny ozdobne z ogródka, posadzone wzdłuż płotu, a w ostateczności chociaż podwórkową wierzbę (w zeszłym roku żarły ją oba hucki, o mało nie uschła!)
- Szaman z huckiem (ale głównie Szaman-Kombinator) pchali się do stodoły, mimo zasieków uczynionych z drąga i szeleszczącej plandeki (siano, siano, siano!)
- wszyscy kłócili się z psami; podłazili, prowokowali, robili miny... Nawet najgrzeczniejszej Siwce przytrafiało się robić do psów grymasy.

Jeździectwo było 2 maja; testująco siodłałam i Siwe, i hucka bez niczego na głowach i oba konie stały grzecznie :-) Hucuś jeden kroczek w bok na początku umyślił, zrobiłam małe retreat z siodłem (on jeden krok ode mnie, ja jeden krok od niego), mały gębę rozdziawił ze zdziwienia, że nie gonię go z siodłem i wrócił na miejsce :-))
A w ramach trenowania koni starałam się codziennie urządzać zwierzakom stadne padokowe ganianki... Czasem musiałam się wspomagać reklamówką-foliówką, bo te gady bezstajenne takie się wyluzowane zrobiły, że latać im się za bardzo nie chce bez dopalaczy ;-)

W sobotę (8 maja), korzystając ze słońca (resztki trawy obeschły) na wyjedzonych padokach zastodołowych, wysiałam saletrę. Ręcznie. A co, w końcu jest się rolnikiem z miasta, trzeba pole obrabiać ;-) W niedzielę skoro świt poleciałam sprawdzić, czy trawa już rośnie. Oczywiście nic się jeszcze nie zdążyło ruszyć ;-)

...I jeszcze zaczęłam budować bramki na łące - robię z łąki 4 stałe kwatery. Koniec z lataniem i przestawianiem słupków co weekend! Na razie zbudowałam 2 cudne bramki; profesjonalne drewniane słupy, zamknięcia na podwójne sprężyny... Konie zabrałam ze sobą na łąkę. Rzuciły się jak szalone do jedzenia mleczyków, ziółek i innych młodych badylków... Z dobroci serca trzymałam je na łące, póki nie skończyłam z bramkami (2 godziny), co zwierzaki okupiły potem lekką biegunką. Tak się obżarły! Ale mordy miały uśmiechnięte :-) Po powrocie do domu (za stodołę) od razu glebły się gromadą spać...

Z nowości zabawowych: uczymy się chrumkać na komendę.
Chrumkam - koń odchrumkuje. Koń oznacza w pierwszej kolejności Szamana (naturalnie - on to wymyślił ;-), drugi chrumkacz to - o dziwo! - Siwka :-)) Zabawa narodziła się w wyniku nawoływania mnie przez Szamana: koleś wystawał pod bramką i wrzeszczał, że chce na podwórko. Nie daj Boże, żeby do niego nie podejść, nie pogłaskać chociażby... Gdy oddalałam się, darł się wniebogłosy :-)
I tak oto wykluła się nam nowa umiejętność ;-)