"Pracuj nad sobą a z koniem się baw" Pat Parelli

wtorek, 18 listopada 2008

Kurs werkowania, naturalnie

Z. uczestniczył. Mądry teraz, wyedukowany. Chodzi i emanuje wiedzą, dyplom w kuchni wisi na honorowym, widocznym miejscu.
Teraz mamy jasność, co i jak z nie-fajnymi kopytami Szamana... Czekamy tylko na sprzęt i zaraz bierzemy się do roboty... Piszę my, bo ja oczywiście zostałam wyznaczona do trzymania zwierza, ewentualnie kopyta - w zależności od rozwoju wypadków. Taki zaszczyt :-)

Photobucket

Zdjęć z kursu nie wstawię (materiał szkoleniowy pozyskany z rzeźni... ;-( Jeszcze ktoś nie doczyta i pomyśli, że urżnęłam Sz. nogę z zemsty... Czasem mu się bęcki należą, ale nie aż takie ;-)

środa, 12 listopada 2008

Długi weekend

Cztery dni na wsi... To lubię :-)

Zaczęło się nieciekawie – w piątek nie mogłam z pracy wcześniej, potem koszmarny korek, nie zdążyłam na autobus późnopopołudniowy i jechałam ostatnim, o 20.00. Dwie godziny przesiedziane na walizkach (plecaku) na dworcu… Na wsi o 22.00. Do koni oczywiście nie poszłam, nie będę siać zamętu po nocy…
Zdecydowane postanowienia były, co do edukacji koni… A guzik! Zwyciężyła opcja prace budowlane, bo straszą, że za tydzień zima, śnieg, mróz…
Zamki w stajni zrobione, okienko u Siwki wstawione, parapet piękny drewniany (funkcja półeczki na szczotki), malowany na palisander… Za pierwszym razem, gdy Siwe spostrzegło mnie za szybką (plexi przezroczyste niby, ale nieco obraz zniekształca…) zamarło… Ale szybko przeszło do porządku dziennego, zadowolone, że w końcu nie zasłaniam na noc okienka styropianem (oj, oj, oj, biały! skrzypi! chrzęści!!) i deską…

W sobotę rozpoczęłam akcję pod kryptonimem enteroferment. Celem ataku: brzucho Szamana (burcząco-biegunkowe, od nowości). Pierwsze podejście: rozpuszczone, dodane do śniadania. Gruby zaprotestował. Stanowczo. Wiaderko od razu wywalił, paszę rozsypał, musiałam zbierać i karmić z ręki. Grymasił, krzywił się, ale jadł. Nie wszystko, część gębą poroztrącał po ziemi… Bobek tylko na to czekał. Fućka zresztą też. Oba psy zawsze czekają w gotowości bojowej na resztki z końskiego stołu… Konie na padok a psy na wyścigi do boksów. Szczególną popularnością cieszy się boks Siwki, która notorycznie coś tam uroni zdatnego do konsumpcji…

…Siwa przy plandece odstawiła mały bunt. LEWOPÓŁKULOWY. Mała Gadzina. Oj, odczep się już z tą plandeką. Ile można? Nie wejdę! Już właziłam, tyle razy! Spokojnie, bez bicia piany, odsuwanie się, uniki głową, dryfowanie, miny… Walczyłyśmy z 5 min., bez żadnych pomocy (ni liny, ni carrota, ni ciasteczka). W końcu weszła, zerknęła na mnie, poprosiłam o squeeze, podziękowałam i dałam jej spokój. Coś tam chwilę jeszcze pod nosem wydziwiała, zerkała, czy aby na pewno sobie idę...? bo może znowu czegoś się uczepię...? ...i zaczęła skubać, co tam jeszcze zostało na padoku...

...niebieska piłka-reaktywacja. Wyciągnęłam z odmętów końskiej szafy. A co! Lekko podflaczała, ale zdatna do uzytku. Szaman od razu aaaa, moja piłeczka! i dawaj w te pędy zębem, głową, kopytem... Poturlałam po nim, poodbijałam od cielska, od czółka nawet (malutka kwaśna minka)... Powrzucałam na grzbiet między uszami: piłka turlała się po Panu Sz. przez szyję, wzdłuż kręgosłupa i spadała za zadem... Nuda, panie. Gada nic nie rusza ;-)
Siwe oczywiście aaaaa! nie podchodź!!!! (ręce mi czasem opadają), dość szybko doszłyśmy jednak do dotykania piłki nosem w wersji:
1) trzymam piłkę pod pachą, wykonuję pół-obrót jak przy zarzucaniu liny-czapraka-siodła na grzbiet - Siwka widzi piłkę raz w strefie 1, raz w strefie 3 - dotyka, gdy piłka znajduje się przed jej nosem
2) piłka leży nieruchomo na ziemi - na wskazanie ręką Siwka podchodzi - dotyka nosem - mówi daj ciasteczko ;-)
Stanie z piłką w strefie 1 i 2 - do przyjęcia; w strefie 3 zaczyna się lekki niepokój i próby blokowania głową (a Ty po co tam Z TYM idziesz???) Turlająca się po ziemi piłka jest bardzo podejrzana, podskakująca jeszcze bardziej... Poletko do obróbki.

Wieczorem uknułam podstęp na Szamana z tym nieszczęsnym enterofermentem. Do wody dolałam. Bidul, ale miał minę! Co nos wsadził do wiaderka, zaraz go wyciągał, wargą wywijał, niuchał, patrzył na mnie z wyrzutem! ...ale rano wiaderko było puste...

Zaczęłam implementować Siwce nowe zadanie na końską cierpliwość - poranne czyszczenie przy otwartych drzwiach boksu... Siwka sama to sprowokowała wymyślając sobie taką oto zabawę: wchodzę do boksu (czy to rano, czy to wieczorem), drzwi zostawiam zawsze uchylone. Siwe chwilę stoi, po czym podchodzi do drzwi, popycha je nosem i otwiera na szeroko... Stoi i patrzy. Czasem zrobi malutki kroczek i czeka, co będzie. Jeśli odpowiednio szybko nie zareaguję, tup-tup-tup i już tylko ogon zostaje w boksie... Wtedy do akcji wkracza Szaman (korytarzyk dość wąski jest) i zagania Siwkę z powrotem do boksu wydając jej zębami komendę BACK. Siwka się złości i tyłem wraca do boksu, robiąc do Szamana groźne miny :-)
Siwe przy porannym czyszczeniu stoi grzecznie, drzwi otwarte... A jeszcze niedawno dawało się odczuć lekka poranną niecierpliwość... Konsekwentnie ćwiczyłyśmy przy wychodzeniu do przodu-do tyłu oraz jojo. Teraz wychodzę z boksu, drzwi otwarte a Siwe się waha: ale mogę? ale na pewno?

Poniedziałkowe drobnostki:- cofanie Szamana za ogon - działa z obu stron :-)
- przestawianie zadu ze strefy 5 jeżem - ładnie oba koniska, Szaman ciut un-confident (jak na niego, o wiele za szybko to wykonuje)
- przymiarki 2 tranzelek westernowych pięknych, galowych (no i czego nie zrobiłam zdjęć??) - Szaman się mieści na ostatnie dziurki, ale podgardla za krótkie (zgroza!), Siwka bardzo elegancko - zdecydowanie bordo będzie dla niej :-)
- OBOP wędzidłowy - Siwe lubi dość ciasno zapięte wędzidło! luźniejsze ją irytuje; międli, próbuje wypchnąć językiem
- Szaman zaproponował zabawę z językiem :-) On zawsze na masowanie pyszczydła i warg reaguje wywracaniem oczami, ziewaniem i wywalaniem jęzora. Teraz dodał wystawianie języka bokiem, po parellowemu. I sam na to wpadł :-) Raz nawet udało mi się cały jęzor wyjąć delikatnie i przytrzymać. Ale zaraz zażądał zwrotu, więc mu go oddałam :-)

Poniedziałkowy trening:
Z założenia miało być krótko... Nic z tego. Siwka zdziczała. Zatargałam nową linę 3,7 m., nową linę 7 m., starą podkładkę, stary carrot… Powiesiłam wszystko na płocie, poszłam po Siwkę… Ależ było wydziwiania! A czego te liny takie białe?? A co to tam wisi?? A czego tego tak dużo jakoś?? Szaman od razu podszedł zbadać, nową linę w gębę (aaaaaa, skórka markowa zagrożona!!!!!)… musiałam walczyć na 2 fronty: Szaman przyjazny, ale namolny oraz zdziczała Siwka… Dobra, podkładka po długich bojach założona (approach & retreat, approach & retreat, approach & retreat…), wygibasy na krótkiej linie przerobione, pora na dłuższą… Siwe od razu na koniec liny 7 m. pognało przy okrążaniu, napierające, chętne do ucieczki…Walałyśmy się za stodołą, wśród klamotów placykowych-zabawowych… Siwe wybitnie prawopółkulowe, żwawe, ruchliwe… Szaman ospale włażący co chwilę w strefę rażenia… Był traktowany jako obiekt (7 games with obstacle)
Strategia let me help You be right brain skutkowała do momentu któregoś tam ustawienia się Fisia na trasie przelotu… Siwe myknęło mu za zadem (nawet nie specjalnie, żeby uciec, tak jej po prostu wyszło…), Fisiu popchnięty liną za zadek zagalopował zgrabnie, Siwka po zewnętrznej za nim… Aaaaa, moja piękna markowa biała lina…! Już po chwili utytłana w błocie, czarna… Szaman latał za Siwą, przydeptywał jej tę linę, Siwka przyjmowała piękną postawę westową (wspomnienie chambonu) i tak sobie ganiały… Szaman się oczywiście szybko zasapał i zakończył wygłupy, więc i Siwka pokornie do mnie wróciła… Poszłyśmy na okrągły wybieg, pobawiłyśmy się energicznie a od czasu do czasu robiłyśmy sweet spot przy strasznej piłce… Do tego stopnia sweet, że gdy wiatr odtoczył kawałek piłkę, Siwka podążyła za nią :-)
Na koniec wgramoliłam się na piramidę z 3 opon, średnio stabilną, i po-pokładałam się na siwym grzbiecie i zadku. Grzecznie, ale gdy poprosiłam o zgięcia boczne z podwyższenia, Siwka zaczęła się lekko spinać no co Ty? Leżysz to leż, czego głowę ciągniesz…??Puściłam (najpierw jojo tyłem przez bramkę – ostatnio zawsze tak wychodzimy), powlokła się pod stodołę, ZERO adrenaliny, głowa zwieszona do ziemi prawie… Wykończyłam Siwe… Chciała prawą półkulę, to ma… ;-)

Szaman wkroczył na wybieg zadowolony no nareszcie! Poszlifowaliśmy chody boczne na dłuższych odcinkach (20-25 m.) Zachwytów, że taki kawał trzeba bokiem chodzić, nie było, ale grzecznie. Oczywiście trochę okrążania w galopie (o, jak on się pięknie rusza w galopie! jaki talent do pleasure’owego lope !), choć galop nie jest ulubionym chodem Szamana… Przynajmniej on wyznaje zasadę lepiej za wolno, niż za szybko :-) I też wyszedł z wybiegu tyłem. Spokojnie. Z godnością osobistą. Ale ciastko daj!


We wtorek wizyta Pani Mamy i Bratowej Oblubieńca Z. Było wesoło. Panie bez wcześniejszych kontaktów z końmi. Szaman upodobał sobie Panią Mamę! Cyrk po prostu. Wodził za nią oczami, wpatrywał się, podłaził. Miłość od pierwszego wejrzenia. Pół biedy, gdy za drągami, ale gdy weszła na padok, ten do niej kłusem! Pani Mama oczywiście przestraszona i nic dziwnego... Jakby za mną latało biegiem po padoku takie 700 kg. żywego zwierza, które pierwszy raz widzę z bliska, też bym przypękała...

Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket

...najpierw trochę podkładkowo pobawiłyśmy się z ziemi z Siwką (energicznie, żwawo)
Potem wzięłam się za dokręcenie śrubki Szamanowi. Po ściganiu Pani Mamy po padoku, trącaniu głową i przesuwaniu na prawo i lewo, obrósł w pióra Króla Zwierząt i paradował zadowolony z siebie z zadartym nosem. Nie łatwo było go sprowadzić na ziemię! Nieźle musiałam go przegonić, zanim nasze relacje wróciły do normy! A i tak z podkładką wykonał serię niezadowolonych bryków w galopie! Proszę, jak szybko zasmakował w byciu chwilowym liderem człowieczym!

czwartek, 6 listopada 2008

Zwariowałam!

W obliczu nadchodzącej zimy, konieczności ocieplenia stajni, gromadzenia zapasów opału etc. czyli EKSTRA WYDATKÓW (!), kupiłam Siwce siodło... BIG HORN ENDURANCE, 15''... Absolutnie niezbędne... Bo już kombinowałam, jakby tu się pozbyć hornu w siodle, które Siwce przypisane...
Taki emergency dissmount w przypadku siodła z hornem nie wygląda na zbyt bezpiecznie... Wprawdzie Szaman znosi go w moim wykonaniu z godnością osobistą i stoickim spokojem, ale jakby tak chciał zaszaleć...
A tu nagle taka okazja się napatoczyła...
Moje marzenia o Parelli Natural Performer nie mają szans na realizację, niestety... Niech zatem będzie BIG HORN :-)
Jedno malutkie ale... waży 9 kg. Czyli ze 2 razy tyle, ile dotychczasowa westówka Siwki...



PhotobucketPhotobucket

PhotobucketPhotobucket

poniedziałek, 3 listopada 2008

Atak na siwy grzbiet...

...postanowienie zapadło w sobotę (zobaczymy, jak będzie z jego realizacją ;-) zabawiamy się teraz za każdym razem z czymś na siwym grzbiecie... czas definitywnie odwrażliwić strefy 3 i 4. Strefa 4 zawsze była u Siwki newralgiczna. Nie daj boże jakiś czaprak na zadku, podkładka jakaś, derka, cokolwiek... choć zarzucanie liny, stringa - bez problemu... stanie za zadkiem, czesanaki ogona, zadnie kopyty - bez problemu. Ale przykrywki na zadek - oj, oj, nie!
Mamy takie różne swoje małe luki w odwrażliwianiu. Raz jest całkiem o.k., innym razem lekka panika. Niektóre takie luki samoczynnie się wypełniły, odeszły w niepamięć… Inne sobie są. Taki zadek nie lubiący, jak coś z niego zwisa…

Piątkowy wieczór bardzo pozytywny: kopyty bardzo ładnie podane, bez wiązania (Siwki nigdy nie trzeba było do tego wiązać, ale Szaman był na tyle nieznośny, że jego wiązałam… ganianie za nim dookoła boksu, żeby raczył podać nożysko, to nie na moje nerwy było…)
Jedyny problem mamy u Szamana z prawą przednią: na ściśnięcia kasztana zaczyna się grzebanie zamiast grzecznego podania. Typ wybitnie sprzeciwny i testujący. Poprzednio dostał ode mnie solidnego klapa w ramach fazy 4.444, co okazało się bardzo skuteczne. Teraz jego testy są bardziej symboliczne, na lekkie ściśnięcie kasztana przenosi ciężar na przeciwną nogę a na dotknięcie pęciny podnosi łaskawie nożysko. I (raczej) nie próbuje dyskutować… Na koniec dostaje ciasteczko. Na ciasteczko liczy, cwaniak, przy każdej grzecznie podanej nodze; za każdym razem robi piękne lateran flexion (a na linie to się zapiera, Gamonisko!) i zerka wymownie na moją kieszonkę…

Sobota fajna. Pogoda piękna. Rano Siwe na kantarku za stodołę, Szaman za nami grzecznie, ale humor podszczypliwy. Czyli ganianki dyscyplinarne. Proszę mi tu biegać. Najpierw dostał życiową szansę: trochę się poprzestawiamy, pocofamy, może Panu przejdzie. Nie przeszło. Jak skubał, tak skubie. Złapał mnie za kurtkę i dawaj miętosić paszczą (poprzednio przegryzł mi guzik na pół!)
Przy pierwszym odgonieniu wierzg. Z przyzwoitej odległości, ale zawsze wierzg. Przegoniłam parę razy Gada po padoku, ale za dużo musiałam się przy tym nalatać, więc poszliśmy na okrągły wybieg. Podążył grzecznie, ale przechodząc koło mnie przez bramkę (squeeze) już paszcza się wyciągała do skubnięcia. Typ niepokorny…
Na okrągłym wybiegu zrobił kilka kółek w prawo, kilka w lewo i zabłagał o litość. Daj spokój, zasapałem się… jeszcze mi na płuca padnie… Grzeczny się zrobił. Wypuściłam. Wcale się nie kwapił do wyjścia. Na okrągłym wielka plandeka, opony, drągi… Tyle rzeczy do skubania i przesuwania…
Me łaskawe oko padło na Siwkę. Trochę udawała, że jej tu nie ma. Gdy zobaczyła skierowany na siebie wzrok, lekko zaczęła dryfować w kierunku drugiego padoku, ale wystarczyło, że zrobiłam w jej stronę kilka kroków, natychmiast ruszyła w moja stronę. Poszłyśmy na okrągły wybieg za bródkę (tudzież ganasz – trzymam Siwkę delikatnie za głowę od spodu, w ten sposób się prowadzamy, gdy jestem bez sprzętu a mamy się gdzieś przemieścić. Jakoś samo się nam to wypracowało…)Do plandeki. Minimalne wahanie, wyciąganie głowy, niuchanie... nooo, nie wiem... Weszła. Na plandece novum: kałuże. Kałuże próbowałyśmy kiedyś rozpracować, w pensjonacie jeszcze. Nie udało się. Stanowcza odmowa. Paniczna. Ale po padoku się po wodzie brodziło... nawet do stawku się wchodziło (how interesting...)
Siwe weszło na plandekę i od razu do pierwszej wody... poniuchało, poszorowało wargą prawo-lewo...

(fazy stosowane przez Siwkę odnośnie wszelakich obiektów:
1. wyciągnięcie głowy
2. dotknięcie nosem
3.warga prawo-lewo 
4. gryźnięcie... )
...pochlapało wodą na boki, popiło. Całą jedną małą kałużkę wypiło. A w następną, dużą, weszło, spojrzało na mnie i zaczęło pacać. Woda chlapnęła, Siwe się lekko zaniepokoiło, popatrzyła i znowu pac! w wodę :-)
Porobiłyśmy jojo przez kałuże na plandece, Siwe bezproblemowo moczyło kopyta idąc zarówno w przód, jak i w tył... Kawałek chodów bocznych wzdłuż plandeki - propozycja Siwki (a może tak się przejdę...?)
…poszłam skontrolować stan ogrodzeń na ostatnim padoku (w każdy weekend z rana robię obchód stanu posiadania), Bobek przodem (bażanty, kuropatwy i synogarlice – odlot. Lisek – kryj się!), konie za mną. Bobek w zakole rzeczki (krzaki, chaszcze, gęstwina), konie się pasą… Po jakimś czasie wracam, wołam Bobka… Nie kwapi się za bardzo, słychać tylko przewalające się w chaszczach cielsko… Konie – panika. Chodu pod stodołę! (Szaman rzucił hasło…) Pognały… Bobek z krzaków wylazł w końcu, wracamy… Ale konie nabrały w międzyczasie wigoru… Siwe rozkręciło ganianki radosne, Szaman wierzga, bryka, dokazuje… W którymś momencie patrzę, a gniade cielsko pędzi prosto na mnie… Ale nie na mnie patrzy… Zerkam za siebie – Bobek… Podniosłam ręce do góry, Grubas ciut wyhamował, ominął mnie zgrabnym łukiem, i dawaj na Bobka. Zaraz za nim Siwka. Rozbuchana. Przeleciała wściekle, w pościgu, jakiś 1 m. ode mnie, wręcz poczułam muśnięcie mojej osobistej bubble ;-)
…a Bobek pobił swój życiowy rekord na setkę – tak szybko uciekał; zęby Szamana były z 10 cm. od jego grzbietu… Oczywiście wrzasnęłam na Szamana, zaraz wyhamował, Bobek zdążył dopaść ogrodzenia… Uff, po raz kolejny udało się ujść potworom… Tak oto wygląda zemsta moich koni…
Ale żeby zgrabnie przejść do tytułowych plecków..., po tym przydługim zagajeniu...

Sesje z Siwką były 3. Krótkie i zwięzłowate, ale progresujące. Dzień piękny, słoneczny, Siwe w trybie oczki łagodne - maślane, wybrykane i wylatane na okoliczność casusu Bobek…
Pierwsza sesja z podkładką do jazdy na oklep. Kiedyś przedstawioną Siwej, na wiosnę, w pensjonacie, niezbyt przychylnie przyjętą… Tym razem było fajowsko; Siwe spięło się ciut na początku, pozarzucałam podkładkę dłuuugo, m.in. na wzmiankowany nie-do-końca-akceptujący zadek, potem podpięłam do podkładki popręg, potem zapięłam na trzy… Pobawiłyśmy się w okrążanie w ruchu z obiektami, czyli kłusowanie przez klamoty z naszego placyku zabaw. Bardzo dobra strategia! Siwe ładnie patrzyło pod nogi, omijało a to kłodę, a to podest, a czasem sobie hycnęło przez to i owo… Podkładka szybko przestała być w tych okolicznościach dla Siwki istotna; trzeba było skupić się na tym, co na ziemi leżało…Potem poskakałam koło Siwki z prawej i z lewej (bardzo, bardzo comfort zone) i powymachiwałam z obu stron nogą w stylu give a hug (jakbym miała wskoczyć po kawaleryjsku z ziemi). Ciasteczko od czasu do czasu.
Druga sesja, jak wyżej oraz poszłyśmy sobie pozabawiać się z podkładowymi pleckami na plandece wielkiej… Najpierw na linie, a potem liberty – bardzo ładnie było, spokojnie…
Po krótkiej przerwie od razu sesja trzecia, tym razem z siodłem (klasycznym)… Spodziewałam się większych protestów (poprzednio poprzestałyśmy na zapięciu popręgu i jeszcze szybszym odpięciu, po kilku kroczkach cofania, bo Siwe wyglądało, jakby za chwilę miało na Księżyc odlecieć…) Siwe siodło przyjęło grzecznie (ciasteczko), popręg Szamanowy 145 cm. zapięty na trzy (tylko trochę za długi okazał się… padł na mnie blady strach… czy to oznacza, że ten 125 cm., który mam w domu dla Siwki może być za krótki?? Mały koń i TAKIE brzucho??). Zabawy te same: circling w ruchu przez klamoty, plandeka i znane Siwce wygibasy
Bardzo, bardzo udany dzień… Siwe coraz bardziej zaczyna wyglądać rideable


Niestety, nic więcej nie byłam w stanie zrobić... Ni symulacji odrobaczania, ni zastrzyków... Rozłożyło mnie zdrowotnie (ledwo kopyty oskrobałam wieczorem). W niedzielę się oszczędzałam, czyli częściowo przeleżałam przed oglądając, wiadomo, płytki edukacyjne (konie za stodołą, siano rzucone, zapas wody - zajęcie na pół dnia - czyli święty spokój)...

poniedziałek, 27 października 2008

Prawie jak Aleksander Macedoński...

W piątek był incydent. Siwe się popisało z wieczora. Od południa nie było prądu, ktoś tam hen za lasem wycinał drzewa, drzewo na druty, druty się urwali
Poszłam z latarką konie karmić. Siwe oczy zrobiło białe, wgapiało się w snop światła… Szaman – stoicki spokój (oho, żarcie nadchodzi!). Weszłam do Siwej wody dolać do wiaderka, latarkę zostawiłam na stołeczku na korytarzu… Razem ze mną do boksu wszedł mój CIEŃ. Tego było dla Siwki zdecydowanie za wiele… Już jej własny cień był podejrzany, ale wystarczyło zamrzeć w bezruchu i cień też nieruchomiał… A mój nie dość, że pełzł po ścianie, to jeszcze targał ze sobą wiadro… Siwe usiadło w drzwiach boksu walcząc ze strachem przed cieniem (właściwie już dwoma cieniami, bo i jej cień się nagle ożywił) a strachem przed snopem światła… W ułamku sekundy zebrało się w sobie, zatupało panicznie w miejscu i wypruło w światło. Stołek wywalony, latarka poleciała prawie do Szamana, Siwe dumne z siebie na podwórku w egipskich ciemnościach… Pozbierałam po-siwkowe klamoty (stołeczek cały, latarka świeci), wycofałam się do stajennej części gospodarczej, a Siwka hyc i już jest z powrotem w swoim boksie! Sama się prosiła o friendly z cieniem. Ależ się przyglądała ścianie! Na wszelki wypadek zaczęłam stojąc na korytarzu, żeby w razie odskoku Dzikiej od ocienionej ściany nie znaleźć się w polu rażenia siwego ciałka… Poszło szybko. Cień pozostał wprawdzie lekko podejrzany (Siwka przypatrywała się z czujną uwagą mojemu wolno poruszającemu się odbiciu), ale latarka została gruntownie przebadana organoleptycznie (snop światła na początku był postrzegany jako ciało stałe i były próby powąchania go oraz odskakiwania :-)

sobota/niedziela
Rano Szaman zaczął grymasić przy śniadaniu. Zamiast wywracania oczami z zachwytu (jak dotychczas) machanie głową, rozsypywanie granulatu dookoła, w końcu zwalenie wiaderka na ziemię i badanie rozsypanej zawartości. Spojrzenie-wyrzut a to co ma niby być? Zaniepokoiłam się: chory? może zęby? wiaderko brudne? brzucho boli? Dałam garść samego owsa: pożarł błyskawicznie. Garść granulatu a fuj!
Nowa pasza – totalne badziewie. Twarda jakaś, zapach aromatyczno-jabłkowo-podobny... mnie osobiście też się nie spodobał… O dziwo, spodobał się Zawsze Grymaśnej Siwej a psy wprost zachwycił! Bobuś o mało do beczki nie wlezie z pożądania!
Na padok za stodołą wyszliśmy z Szamanem-Fisiem na kantarku. Tak eksperymentalnie. Żeby zobaczyć, jak to się zachowuje Pan Koń z rana… W pensjonacie było wylatywanie wszystkich koni na hura! i biegiem na padok. A tu pełna kultura: nózia za nózią, leniwie… Za stodoła czasem zaczyna się start galopem, czasem kłusem… Ale wychodzi się bez bicia piany (zazwyczaj, bo czasem kogoś poniesie...)
Szaman dodatkowo (nie wiadomo kiedy) nabawił się positive reflex: obniża głowę, sam wkłada nos w halterek, skubnie samą wargą leciutko (przepraszam, zagalopowałem się…) albo i nie skubnie wcale…

…w ramach sprawdzania stanu zapasu siana na zimę wytargałam ze stodoły wielgachną plandekę niebieską szeleszczącą 5 x 8 m. – potężną. Wcześniej dałam koniom kostkę siana na padok. Czynnie pomagał mi Szaman: wypychałam siano przez wąsko przymknięte wrota, kiepsko szło, ale Szaman od strony padoku ciągnął zębami, więc jakoś się wspólnie uporaliśmy :-)
Plandekę wyciągnęłam, konie jedzą, Siwe ani głowy nie podniesie (a po historii z cieniami myślałam, że zapowiada się zwariowany weekend… zawiodłam się na Siwej... ;-) Szaman natychmiast zostawił siano i w te pędy na wizytację. Od razu wparadował na plandekę, grzebnął kopytem, złapał zębami… i został przegnany precz z plandeki. Jeszcze mi w niej tylko dziura potrzebna!
Spojrzałam na Siwą, zrobiłam w jej stronę DWA KROKI… Siwe niemalże westchnęło no dobra, idę… przyszła i położyła 2 razy nos na plandece (bez ciasteczka)… Wystarczy? i wróciła z powrotem do siana… Plandekę przeciągnęłam i zamknęłam na okrągłym wybiegu, bo licho (Szaman) nie śpi... Materac wiecznie skopany i przesunięty, więc i plandece nie podaruje...

…przymiarka derki była potem. Szaman oczywiście wymaga nowego odzienia (a kiedyś 125 cm. wisiało na nim jak na kiju) – 145, jak nie 155 cm. muszę Spaślakowi na zimę zakupić - na wszelki wypadek – nasza stajnia zimna :-(
Na Siwkę 125 cm jak ulał, choć ona niekoniecznie życzy sobie nosić kubraczki (dziwaczka… a tak jej ładnie w bordo… ;-) Pofriendlowałyśmy, derka przymierzona… Siwe doskonale zna schemat approach & retreat, śmiesznie to wręcz wygląda; to jej spinanie się, postawa alarmowa vs. wypuszczanie powietrza, przełykanie, opuszczanie głowy… modelowe. Mogę robić pokazy z prawej półkuli…Siwe nie ucieka, ale też wyraźnie pokazuje, gdzie jest granica jej wytrzymałości psychicznej… A czasem, gdy jest tylko lekko zaniepokojona, podchodzi blisko i wciska mi głowę w brzuch, pod pachę albo, jak ostatnio, mocno opiera na moim ramieniu i wciska mi pyszczek w szyję… tak trochę nachalnie… to ja się tu schowam… za każdym razem mnie to rozczula…
Z derką oswajałyśmy się on liberty (ja z lenistwa robię zazwyczaj friendly na wolności… nie chce mi się chodzić do stajni po linę)… Zaleta taka, że uczę się nie przesadzać z presją... Bo Siwe po prostu zwieje...

...druga sesja z derką miała być po kilku godzinach, ale się nie odbyła, bo Szaman zafisiował i zaproponował ganianki, pobawiliśmy się więc w końskiego dziada...
Koński dziad to zabawa wymyślona kiedyś przeze mnie na okoliczność któregoś tam z naszych nieznośnych kotów… To akurat była zabawa pt. koci dziad, czyli niby-straszenie kota, gdy wyczyniał rzeczy niepożądane, np. właził na stół albo wspinał się po firankach… Jakaś psychiczna albo i fizyczna niewygoda (np. pac gazetą, rzucenie znienacka czymś nieszkodliwym …). Koński dziad to wersja zmodyfikowana – w zasadzie finalnie sprowadza się do friendly
Otóż idę z derką najpierw do Szamana, ten niby czeka, ale gdy jestem jakieś 2 m. od niego, nagle robi zwrot, kwik, wierzg i dzida! Zatacza koło galopem i staje patrząc wyczekująco. Dobra, rozumiem. Mają być ganianki. Rozwijam derkę, zaczynam nią wymachiwać. Niby taka straszna rzecz. Szaman UDAJE przerażonego (autentycznie widać, że udaje!), zrywa się galopem, Siwe oczywiście za nim, ogony po arabsku powiewają (u Siwki trochę prawa półkula, ale bardziej ekscytacja). Pognały na ostatni padok, zawróciły i wściekłym galopem z powrotem do mnie. Zataczają łuk i stają na wprost. Wystarczyło, że cmoknęłam i znowu start galopem z miejsca, wściekle. Błoto fruwa na wszystkie strony. Po drodze, wierzgi, potrząsanie głowami, wężowanie (i że to niby przerażenie ma być? prawa półkula? Kłamce Jedne…) W końcu się zasapały, Szaman głowę opuścił, Siwka podbiegła do mnie, stanęła, oklapła. Czyli basta

...na sesję z ogromną plandeką zaprosiłam na okrągły wybieg Siwkę. Musiałyśmy się na nim zamknąć, bo Szaman kategorycznie żądał, że on też wejdzie... Cały czas krążył dookoła (wydeptał dookoła round-penu ścieżkę, akuratnie na follow the rail or trail się nada...), podgryzał drągi... Musiałam go przegnać ze 2 razy; nie zrezygnował, ale kombinował sprytnie poza zasięgiem stringa ;-)
Plandeka na Siwej większego wrażenia nie zrobiła (dziwy, panie...). Ot, kolejne moje widzi-mi-się. Szeleści. Trudno, widać musi… Schemat Siwka zna: podejść - powąchać - pacnąć. Wystarczyło, że wskazałam palcem… Siwe od razu podeszło, położyło nos, za chwilę postawiło nogę. Poprosiłam o cofnięcie. Cofnęła. Poprosiłam o ruch do przodu. Poszła, weszła, stanęła… BEZ WAHANIA.
- 1, 2, 3, 4 kopyta na plandece - na prośbę
- pacanie nogą (z rozmysłem – bo szeleści, bo marszczy się… rozwaga, żadnej ucieczki, żadnego odskoku)
- głowa w dole, niuchanie, skubnięcie (ha! na sianie leżała kilka miesięcy)- jojo przez plandekę (czasem zerknięcie do tyłu przy cofaniu, gdy noga szurnie zbyt głośno…) – przez całą długość (8 m.), bez liny…
- squeeze przez plandekę
- friendly – uderzanie stringiem w plandekę ze stojącą po środku Siwką (ludzie, nie wierzę! comfort zone!)Obok plandeki mamy przeszkódkę z 3 opon i 2 drągów. Nieużywaną. Po prostu jest. Szaman czasem ją rozbuduje. Opony poprzesuwa. I tyle.
No to co Siwe, poskaczemy? Eee, pacnę może…? Przy przeciskaniu nad było trochę ekscytacji, trochę potykania się, trochę omijania przeszkody…
Zauważyłam, że Siwe bardzo lubi zabawy close contact, gdy stoję blisko, dotykam… Zdecydowanie ekscytuje się i robi się niepewna, gdy ją od siebie odsyłam… Jedynie jojo jest dla niej do przyjęcia – tutaj odesłanie nie jest dla niej większym problemem…

Gdy tylko Siwa opuściła wybieg, zapakował się do środka Szaman. A jakże, dawaj na środek plandeki. I pacać! I skubać zębem! I ciasteczko dasz??!! Dałam i wygnałam z wybiegu. Ten zaraz coś wymyśli ekstremalnego...

…ładuję na taczkę słomę do ścielenia ze stodoły. Szaman asystuje. Pójdziesz! Odejdzie, ale zaraz wraca. W końcu nie mogłam nawet podejść do słomy, bo cielsko blokowało dostęp. No dobra, sam tego chciałeś: wzięłam kosmaty ogon, delikatnie pociągnęłam w tył i wydałam komendę BACK-BACK-BACK. Cofnął. Gdy tylko puściłam, z powrotem powędrował pod stodołę. Przypadek. Biorę ogon drugi raz. Cofnął. Trzeci raz – to samo. Przeszłam na drugą stronę zadu (na prawo) – nie cofa: aj, aj, oddawaj ogon… I uciekanie zadkiem. No to mamy schemat – za dużo rzeczy robię przy koniach z lewej strony. Wyraźnie widać Szamanowy brak pewności siebie za zadkiem po prawej stronie. Trzeba popracować nad symetrią… (Siwe też mnie częściej blokuje na lewo, bo spodziewa się, że tam właśnie pójdę)…

Z Siwką zaczęłyśmy w końcu 2 nowe symulacje: odrobaczanie i zastrzyki. Wstyd przyznać; zabierałam się do tego od x-czasu... W Siwe na widok białej tubo-strzykawki latało po ścianach... 2 sesje wieczorne przeprowadziłyśmy. W sobotę i w niedzielę. Na sucho, czyli bez papki żadnej smakowitej. Na weekend zamierzam przygotować i zastosować tarte marchwio-jabłko.
Pierwsza sesja rozpoczęła się Siwkowym sprzeciwem. Aaaa!!! nie podchodź!!! zabieraj!!! nie dotykaj!!! Próby uciekania po boksie. Zastosowałam schemat głowa do mnie i w dół = strzykawka sobie idzie a pojawia się ciasteczko. O, to się Siwce zdecydowanie spodobało :-)
Mogłam wkładać tubkę bokiem do pyszczka, masować język…
Kłucie na razie też tubo-strzykawką, w weekend zacznę z wykałaczką. Na początku były podrygiwania przy każdym dziubnięciu, za każdym razem głowa szybowała w górę, szyja momentalnie robiła się twarda… Ale i ten problem wstępnie rozwiązałyśmy (do mnie, w dół, ciacho)
Dziwna ta Siwa… Jej koniobowość nie powinna się ciachami motywować. A motywuje… A może ona jest krypto-LB-intro?

P.S. Szamanowi nieopatrznie strzykawkę z bliska pokazałam... Nawet nie raczył powąchać, od razu do pyska i zębiskami... Ledwo mu odebrałam... O mało jej na pół nie przygryzł . I czym byśmy się z Siwką w weekend symulowały??


Photobucket
...a to jest Szaman w halterku warmblood size... taki jakiś ciut przyciasny mi się wydaje, ten kantarek, ledwo dało się zawiązać... a może to ta kupa zaczynającego się zimowego mamuciego futra?
A dziurę w plandece i tak Szaman wygryzł... W niedzielę po południu. Wszedł sobie na chwilę razem z Siwką na okrągły wybieg niby-popatrzeć, co robię... Za późno się zreflektowałam... A ta grzeczna mina powinna mnie była zaniepokoić...

środa, 22 października 2008

Kurs naturalnego werkowania

...tak, wybieramy się. Tzn. Oblubieniec Z. się wybiera, kategorycznie zażądał. On koni dogląda na co dzień - on jedzie. Taki kurs to dla nas konieczność, 2 miesiące czekamy na markowego kowala i doczekać się nie możemy... Ja się w sumie takiemu markowemu kowalowi nie dziwię - jechać kawał do 5 koni... (my - 2, Koleżanka z Gołębi - 3). Ale jak nie, to nie. Sami będziemy się skrobać :-) Zwłaszcza, że markowy kowal powiedział, że trzeba nas kuć. A ja do kucia zdecydowanie nie jestem przekonana ...

Photobucket
Naturalne kopyta dzikiego konia (fot. za Jaime Jackson)

poniedziałek, 20 października 2008

Jesień, jesień...

Ech, pogoda coraz bardziej jesienna... Brzydko-jesienna, podstępna. Niby słońce świeci, rano człowiek rześko wstaje, plany ma ambitne a tu wieje jak diabli, słońce znika, deszcz zaczyna siąpić i najchętniej siedziałoby się przy piecu...

Zabaw końskich w ten weekend nie było, małe incydenty tylko i spostrzeżenia. Główne, najgłówniejsze i najważniejsze spostrzeżenie to ugruntowująca się lewopółkulowość Siwki! Trwa to już od kilku weekendów (obserwacja moja), czyli od kilku tygodni (obserwacja Oblubieńca Z., doglądacza koni na co dzień). Siwe zdecydowanie spokojniejsze się zrobiło, zrównoważone, odważniejsze. Oraz dominujące Szamana!
Oczywiście Siwe nadal jest energiczne, high spirit, gdy coś ją zaciekawi i musi sprawdzić, co to, nie idzie, ale biegnie, żeby szybko, szybko, już, natychmiast zobaczyć… Ja oczywiście wykorzystuję to chociażby przy przywołaniu koni z ostatniego padoku, gdy proszę, by przyszły pod stodołę (mamy 3 padoki „przelotowe”). Siwka zazwyczaj przylatuje do mnie kłusem a czasem też galopem. Oczywiście z uczepionym u ogona Szamanem, który by sobie nie darował, gdyby Siwe się załapało na jakiś kąsek (chlebek? jabłuszko? ciasteczko ziołowe?) a on nie…

W sobotę zamiast iść z końmi na koniczynę (co oznacza deptanie łąki przeznaczonej na siano), wzięłam się za wycinanie koniczyny i wrzucanie koniom na padok. Przygnały od razu galopem z drugiego końca zagrody. Jedzenia było sporo, pokaźna kupka... Odwróciłam się, wycinam dalej a za plecami słyszę tumult. Patrzę, konie w fazie odskakiwania w tył. Uznałam, że dostały prądem. Tnę dalej. Tumult. Znowu prąd? Aż takie głupie to one nie są (no dobra, Szaman potrafi 3 x sprawdzić nosem, czy aby na pewno ogrodzenie kopie...?) Przypatruję się przez chwilę, Siwka je jak gdyby nigdy nic, Szaman stoi sztywny z boczku, oczy trójkątne, mina zbitego psa. Po chwili podchodzi, przyłącza się do jedzenia. Ki diabeł?? Odwracam się, schylam do trawy, ale pokątnie zerkam na konie. I co widzę: Siwka kładzie uszy, wywala na wierzch zębiska, błyskawiczny zwrot i siwy zad celuje w Szamana! Ten robi natychmiastowy odskok i znowu te trójkątne oczy i żałosna mina...
Na własnym łonie wyhodowałam małą siwą alfę! I oszukanicę, i kłamczuchę! Ładny, malutki, grzeczny koniczek. A wystarczy toto z oka spuścić... A jednak moje podejrzenia co do Siwki zaczynają się potwierdzać... Mądrzejsza, jak ładniejsza...

Kolejny obrazek:
...zwijałam taśmę biało-czerwoną z okrągłego wybiegu (za szybko się rwie, wymieniłam na taśmę pastuchową), kawałek ma z 50 m., powiewa przez pół padoku. Szaman oczywiście asystuje, pomaga, łapie paszczą, zarzuca sobie taśmę na grzbiet, wkłada pod nią głowę, taśma plącze mu się na uszach... Podchodzi Siwe, gryzie Szamana w zad, Szaman się odsuwa a Siwe zajmuje jego miejsce. Taśma fruwa, muska siwe brzucho, przednie nogi, zadnie nogi, wlatuje na grzbiet, muska uszy. Szeleści (dźwięki są bardziej przerażające dla Siwki niż ruch) a ta stoi i nawet nie chrumknie... I żeby jasność była: proszę mnie tym nie dotykać było zazwyczaj do tej pory...

...a przy podawaniu kolacji: Szaman dostał pierwszy, zajada, oczami ze szczęścia wywraca, Siwe w swoim boksie zaczyna cudować: nogą grzebie, głową trzepie (folblucie geny), szyję wyciąga jak żyrafa... Wchodzę do boksu z wiaderkiem, czekam. Pierwszy raz nie podaję kolacji od razu. Ooo, no co jest? Dawaj! mina zniesmaczona, pac! nogą niby po naszemu, ale z natężeniem o wiele większym... Czekam... No nie, nie wytrzymam!!! i małe dęba na ściankę sąsiadującą z Szamanem i gryz! zębiskiem w deskę! ZERO agresji w moją stronę, ale jakoś się przecież trzeba rozładować... Takie to Siwe się zrobiło! Za chwilę zacznie może decydować, na który padok wychodzimy, którą szczotką się czeszemy, w co się bawimy... ???