"Pracuj nad sobą a z koniem się baw" Pat Parelli

czwartek, 23 lipca 2009

WARSZAWSKI PIKNIK NATURALSÓW

Może napiszę (a raczej zacytuję) tylko tyle:

data: 25 lipca - sobota
miejsce: stajnia Olender pod Warszawą
godz: zaczynamy od 11.00
wstęp: wolny

przewidywane atrakcje:

- pokazy - wszystkie 4 savvy na różnych poziomach
- zawody naturalsów
- prezentacja siodeł bezterlicowych Barefoot, możliwość jazd testowych
- Pan Podkowa ze swoim kramikiem sznurków, linek, toreb i wszystkiego co mu się uda do lipca wytworzyć
- loteria
- muzyczka
- wieczorem ognisko i grill (składkowe - prosimy wszystkich o przywiezienie produktów spożywczych stałych i płynnych)
- super zabawa

Żeby nie zapeszać nie napiszę, że się wybieram w swojej autorskiej koszulce (Rancho Bella Gracja, EDKA)...
Nie napiszę też, że zapisałam się i wpłaciłam zaliczkę na kurs PNH z Berniem we wrześniu, w Celbancie... tym razem jest to kurs nie wypadający w weekend...

poniedziałek, 20 lipca 2009

Padało :-(

...jednak padało... W nocy z środy na czwartek... I po festynie...

W czwartek nie dało się prasować i zwozić (siana), więc - skoro już byli chłopacy do pomocy - wzięliśmy się za zrywanie podłogi w pokoju... O, nawet mi się nie chce pisać, co to było... Nasz jedyny pokój bez podłogi... Pod spodem piach...
Na szczęście tego samego dnia udało się wylać chudziak (do 23.00 chłopacy zasuwali!!!) , czyli są powidoki na cywilizowane warunki bytowe...
Zwózka była w piątek... Też mi się pisać nie chce... Zaczęliśmy o 14.00... Chłopacy (duzi) nie mogli pomóc, bo wezwało ich miasto, Zbyn skombinował więc dwóch małych tubylców (14 i 16 lat)... A o 18.00 musiał pojechać do Wawy, bo też go miasto wezwało... Zostałam sam na sam z traktorem + przyczepą (Pan Rolnik nam pożyczył) i chłopakami...
Powiem jedno: dzieci ze wsi a dzieci z miasta to niebo a ziemia... Zasuwali jak niejeden dorosły...
Do 21.00 zwoziliśmy siano we troje i układaliśmy na skraju pola w sterty. Potem mocowaliśmy plandeki... Skończyłam o 23.00...
I tak oto pożegnałam się z wyprawą na kurs SILVERSANDA :-(((((
W sobotę moim głównym zajęciem było podpieranie się nosem, z wycieńczenia...
W niedzielę dochodziłam do siebie a jak juz doszłam, okazało się, że jest poniedziałek i oto siedzę w biurze...

No dobra, w czwartek w międzyczasie, była sesja z gniadym hucułkiem (Wigwamem). Jakoś go sobie upodobałam, bo w wariatach się specjalizuję, choć wcale za takimi nie przepadam, teoretycznie ;-)
Aaa, cudowny jest :-) Zaczyna się powoli zachowywać jak koń (odangażowuje zad; rusza i staje, gdy się go o to prosi; stoi spokojnie przy siodłaniu; nie startuje biegiem, gdy włoży się nogę w strzemię, choć nadal się wtedy lekko spina; stick to me na linie używanej jedynie jako SAFETY NET...).
Ale i występy prezentuje niezłe: zwłaszcza przy odesłaniu w circling game, gdy dochodzimy do fazy 4.1, 4.2, 4.3... Hucek stoi, stoi, stoi podrygując jedynie i kierując się w stronę presji (opossition reflex jak byk), po czym rzuca się panicznie na koło we wskazywanym kierunku (istny wybuch - wygląda naprawdę na panikę), ale po jednym dzikim skoku (trudno to nawet nazwać foule, bo to raczej jakiś dziwny szalony sus), następuje trzepanie głową, chrumkanie złowieszcze pod moim adresem i spokojny kłusik (aczkolwiek nogami przebiera jak robak, bo nóżki ma się krótkie, jak to hucek ;-)
Sesja ŚWIETNA, konik rewelacyjny... A cwaniutki...

Dzięki Ci Panie, żeś mnie pokarał moimi końmi... Dzięki szkole, jaką mi dały, taki hucek to mi może co najwyżej... podskoczyć na linie ;-)
...bo bez liny, ja mu chcę zrobić odangażowanie zadu a on sobie po prostu odchodzi z godnością osobistą (ne-ne-ne-ne, skwasiłaś! głowy mi do siebie nie zgięłaś!)Ale do czasu Kolesiu, do czasu :-)


 photo HPIM6160_zpsc47b0b2e.jpg
podłoga na gruncie... - pokój w stanie rozkładu

środa, 15 lipca 2009

Spiętrzenie

Najbliższe dni zapowiadają się nad wyraz intensywnie:
dziś wieczorem na wieś (dzieciak Gośka W. jako tania siła robocza),
jutro (czwartek) zwózka siana (oby nie padało-oby nie padało-oby nie padało...),
piątek skoro-świt Zenkiem Dalekobieżnym do Warszawy, pakowanie się galopem i koło południa z Koleżanką Aśką od Morsa wyruszamy do Suchedniowa na kurs Silversanda...

poniedziałek, 13 lipca 2009

Reinkarnacja

Tak, zdecydowanie powinnam zacząć wierzyć w kolejne wcielenia... Bo za tego żywota jeździectwo chyba już mi nie pisane ;-)

W sobotę rano z hucułkiem Wigim zabawa w kroczki. Takie what You do, if I... Ma mały poczucie humoru i wytrwałość... Otwieram boks, mały już sterczy tuż przede mną, nos w nos. Poprosiłam - cofnął. Ja półobrót, żeby otworzyć szerzej drzwi i zaczepić haczyk, mały krok do przodu. Ja z powrotem przymykam drzwi, proszę o cofnięcie. Cofa. Obracam się bokiem, mały kroczek do przodu. Przymykam...
I tak w koło Macieju, ze 20 razy. W końcu dał, mały gad ;-), za wygraną... Normalnie gorszy od Szamaniska-Kombinatora ;-)
...a myszek grzecznie stał i czekał na rozwój wypadków. Bo gdyby Wigi po mnie przeleciał, myszek oczywiście zrobiłby to samo. Ale póki trwała intelektualna potyczka, lepiej było nie wychodzić przed orkiestrę... bo w końcu nie było takie oczywiste, kto zwycięży i po czyjej stronie należałoby się opowiedzieć ;-)

Koło południa przyjechał Pan Rolnik i skosił nam łąkę. Tak się tym faktem przejęłam (pierwszy pokos w połowie lipca!!! czegoś takiego to chyba najstarsi Górale nie pamiętają...), że wzięłam się za pielenie drzewek i tak się urobiłam tym pieleniem (efekty spektakularne, drzewka w końcu widać w trawie po pas...), że konie nawet się na czyszczenie nie załapały. Ba, nawet kopyt nie tknęłam (hańba!). Rzucałam tylko im zielsko przez pastucha, zwłaszcza Siwej, która pełniła dyżur i lazła za mną krok-w-krok wzdłuż ogrodzenia, w miarę postępów w pracach pieląco-wyrywających. Tyle naszego, że zrobiło się z tego friendly ekstremalne, bo część zielska lądowała a to na siwym grzbiecie, a to na siwej głowie, a to na siwym zadku... Na początku przydarzyło się Siwce zakłusować i zgubić balast w ruchu; potem przestała się przejmować, że coś z niej zwisa, zwłaszcza, że Fisiek zaraz ją z zielska zwisającego objadał, zadowolony, że żarcie pod samym nosem, nawet garba nie trzeba schylać ;-)
W związku ze skoszoną łąką odczuwam lekki niepokój: w piątek mam przecież jechać na 3-dniowy kurs SNH a tu ani chybi wypada kole tego terminu zwózka!! Oby w czwartek-oby w czwartek-oby w czwartek... Urlopu się zażąda i zwiezie... A potem, na pysk padając, pojedzie się na koński kurs...

W niedzielę reprezentowałam sobą jeden wielki zakwas (ciekawe, po co się na tę siłownię chodzi...?), w końcu pieliło się i rwało zielsko kilka godzin! Mowy nie było, żeby coś z końmi porobić, bo nawet liny bym nie utrzymała, co tu dopiero mówić o jakiejś aktywności... Nie będę się hańbić jako lider; to już lepiej udawać, że nie mam dla koni czasu... I wzięłam się za czyszczenie Puchaczowych płytek z fug i starego kleju. Guzdrałam się z tym ze 2 godziny, tym razem w towarzystwie hucków, które naprzemiennie sterczały nade mną pilnie obserwając, co robię. I zerkając na saszetkę, którą zawsze mam ze sobą... One już wiedzą, że w saszetce są łakotki... Wystarczyło, że RAZ wzmocniłam przybiegnięcie galopem na gwizd... Od tamtego czasu saszetka stanowi zdecydowany obiekt pożądania :-)
Przy okazji ja też jestem darzona pewnym zainteresowaniem. Ale, bynajmniej, nie jako lider ;-)

czwartek, 9 lipca 2009

Nalot

Wczoraj wieczorem króciutki nalot na Gawłowo... Godzinka z końmi w stajni, po nocy, ale i tak zdążyło się wydarzyć...
Fisiek notorycznie wyłaził z boksu na wąski stajenny korytarzyk (tylko hucułek jest w stanie się obrócić, ewentualnie Siwka, gdy mocno się skuli) i wędrował prawie pod szafę z końskimi klamotami, pokonując po drodze ciasny skręt (L-shape). Potem, dureń, musiał wracać tyłem. A wcale się nie kwapił do powrotu, bo w korytarzyku sterta siana... Świetna okazja do popracowania nad subordynacją oraz cofaniem... Cofanie było w wersjach rozmaitych:
- wersja za ogon (ze strefy 5)
- wersja werbalna, z synchronizacją tempa do wypowiadanej komendy (BACK-BACK-BACK...) (ze strefy 5)
- wersja przywołujące kiwanie dłonią (ze strefy 5)
- wersja boczna (z boksu Siwki, z Fiśkowej strefy 4-3-2)
Potem było też jojo paluszkiem na odległość zatrzymujące kolegę w boksie, gdy szykowałam mu porcyjkę paszy z BIOGENEM (biegunka w lekkim odwrocie). Fisiu otwierał głową drzwi zamaszyście i wysuwał subtelnie z boksu jedno kopytko, sprawdzając, czy zauważę... Gupi, takiej wielkiej giry nie zauważyć...?
Bardzo Wesoły Figlarny Koń :-) Chociaż ostatnio wyjątkowo zdyscyplinowany... Chyba powinniśmy wrócić do spraw siodlanych...

Siwka natomiast, zaprezentowała znienacka swoją poranną sztuczkę, czyli ukłon :-) Po czyszczeniu kopyt pogłaskałam ją po nodze a ona wysunęła ją daleko do przodu, dostawiła do niej drugą i zeszła przodem do parteru :-) A łasiła się, a główkę wyginała, miziała mnie po głowie i ramieniu...
Zdaje się, że moje konie domagają się uwagi. Czas porzucić nową fascynację (hucułki) i wrócić na stare śmieci ;-)

poniedziałek, 6 lipca 2009

Z gęby cholewa

I czego to się było odgrażać? Spełzło na jednej solidnej sesji treningowej i tyle. Jednej dla każdego z hucków, czyli dla mnie były to 2 sesje :-) Ale nie o ilość tu idzie, a o jakość przecież...Czwartek nieciekawy, bo Szamanisko znów ma biegunkę. Dużą. Oto skutki zaprzestania podawania BIOGENU-K (mam nadzieję, że to nic poważniejszego, niż zwykle????). A już było tak cudnie... Wróciliśmy do malutkich treściwych kolacyjek z BIOGENEM (odnotowana lekka poprawa, kolega prezentuje mniejsze samo-obesranie). A może to protest, że od kilku tygodni w ogóle brak u nas treściwego?? Siano i łąka tylko...
Poza tym wygląd w normie, tłuścioch z
cellulitem, ale bez rozdętego brzucha - znaczy rusza się (owady wieczorem nie dają postać spokojnie). Humor też dopisuje, jak zwykle u Fiśka :-) A to przechodząc, do komórki zajrzy, a to poidło przestawi w inny kąt na padoku, a to poudaje, że się chce przymilić i znienacka zębem próbuje w kark mnie skrobnąć... Znaczy jest kolega we formie ;-)Piątek - hucułkowy. Cały dzień przewałęsały się miniatury po podwórku w charakterze wygryzaczy trawy a po południu poszły tyrać na okrąglak (pierwsza sesja na naszym okrągłym wybiegu).Niwecz-Mysz. Osiodłaliśmy się przed stajnią (w myśl zasady: lider nie będzie targał siodła; od tego jest Pan Koń) - tym razem bez-hornową kulbaką, co pasuje i na Siwkę, i na hucułka :-) i powędrowaliśmy na okrąglak. Tu siodło zostało zdjęte, co wywołało u Mysza widoczne ożywienie intelektualne (hę...? nie jeździmy? a już miałem nadzieję, że pokaże Ci, kto tu NAPRAWDĘ rozdaje karty... - bo kolega podobno potrafi nieźle posłać człowieka na glebę, bez łeb ;- )

1)
Zaczęliśmy
po bożemu od friendly z carrotem:
-
głaski po ciałku - wyraźna tężyzna (bat to bat, nie oszukasz mnie...)
- zarzucanie
stringa na grzbiet - nienajgorzej
- uderzanie w ziemię - najpierw pozorny spokój (
introwertyk), ale nos zmarszczony bardziej niż zwykle (on ma zmarszczki! jakiś taki utrwalony na pyszczku grymas, co nadaje mu wygląd zgorzkniałego złośliwego staruszka...). W końcu rzucił się znienacka*, wyrwał mi linę, staranował zamknięcie round-penu (wyrwał hak) i zdylował na podwórko (oczywiście nie zamknęłam padoku, żeby drugi hucek mógł swobodnie wędrować w te i nazad ;-)

*
żadne znienacka to nie było; widziałam co się święci, ale (zadufana w sobie) myślałam, że mały dureń ;-) po pierwsze się nie wyrwie, a po drugie nie będzie się rzucał na bramkę... A to hucek przecież... Co dla niego znaczy moja symboliczna bramka z liny...

Wiejąc parę razy przydepnął sobie linę (
a dobrze Ci tak, a miej niewygodę! aczkolwiek z niepokojem spoglądałam na markową linę wlokącą się za kolegą... a urwij mi, dziadu jeden mały, markową skórkę, to ja Ci pokażę friendly z carrotem ;-), nawet przystanął przy takim auto-przydepnięciu ze 2 razy, ale gniady go podparł kłusem i poleciały...
Na podwórku
deja vu... skąd ja to znam...? (mina przypękana... czeka, co będzie)... Mała kopia Szamana mającego świadomość, że chyba przeholował i oto lider się wkurzy ;-) Pogłaskałam, wrócił grzecznie na placyk... Dałam spokój z zamykaniem... Kontynuowaliśmy otwarci.
Co ja się w tę ziemię
namajtałam tym stringiem... Rytmicznie, spokojnie, ze sflaczałą mową ciała... Oj. Mysz szarpał się, wspinał, latał (błyskawicznie przyswoił ćwiczenie opadający liść vel C-pattern) nawet warczał! (chrumknięcie-warknięcie ze złością, jak prosiak...) Próbował wlatywać w moją przestrzeń... Ze 30 minut jak nic... W końcu chyba skapował, że pacanie sznurkiem w ziemię nie oznacza komendy do wpadania w amok (lewopółkulowy) ani od ruchu naprzód, ani nie oznacza, że nadchodzi łomot.
Stanie za moimi plecami i podążanie za mną (
zero pępków) znosił spokojnie, stanie bokiem (pępki wprawdzie są, ale patrzą sobie w inną stronę) lekko go niepokoiło, ale nie latał (głowa wyżej, ciałko napięte). Całkiem godnie znosił patrzące pępki, ale wycofujące się; stanie na wprost (pępki czyhają, oj!) udało się zakończyć parę razy pozytywnie - wyłapywałam momenty, gdy myszek przystawał, i kończyłam pacanie stringiem... Uf, jakoś przeżyliśmy...
2) ochrona strefy osobistej człowieka - o, tu mamy POLETKO! taki hucek-myszek zdaje się w ogóle nie wiedzieć, co to takiego strefa osobista (człowieka)... Ale wystarczy, że gniady tylko się skrzywi a myszek już 3 m. dalej... I to jest interesujące...
Zaczęłam używać wszelakich sposobów (
adekwatnie do okoliczności), żeby oznajmić małemu, że ja TU jestem... TO MOJE miejsce... Z wolna zaczyna działać (bloki, driving, fala liną, machanie kończynami górnymi, grożenie zadem...)3) ustępowanie od stałego nacisku- jeż na klatce BARDZO ładnie, na nosie - leciutki opór. Przestawianie przodu - OPORNIE. Raczej próbuje uciekać do tyłu, albo się modelowo zapiera. Zadu jeszcze nie robiliśmy.4) ustępowanie od sugestii - driving przodu - haniebny. Walka zajadła (jak z Szamanem na początku, tyle, że bez agresji ze strony myszka), w końcu uległ wobec przemocy, ale kilka razy 4. faza musiała dojść do głosu...
Za to
schowaj zadek - prawie idealnie. Czasem tylko kolega uznaje, że nie musi. I zagapi się w dal... albo (szczyt bezczelności!) ja mu looong phase 1, looong phase 2. looong phase 3....... a ten głowa do trawy i spokojne skub! nie żadne tam zachowanie zastępcze... pojeść chciał akurat teraz... niech on sobie nie myśli, że jak ciamkam i miziam co i raz (zakochana, zależy jej na mnie...), to można mnie olać... Nastąpiło bliskie spotkanie z zadkiem (z impetem), skoczył jak oparzony i więcej na trawę nie spojrzał... Śledził za to każdy mój ruch ;-) a zadek chował, gdy tylko robiłam kroczek po łuku w bok :-)5) stick to me - zaczątki bardzo szybko zaawansowane do luźnej liny! Taki bystry. I nawet umie się postarać, jak chce. Jeszcze będzie z niego koń :-) Zatrzymania gwałtowne ze stępa i kłusa, podążanie w kłusie, zmiany kierunku, cofanie...6) takie niby-jojo - póki co uczymy się ustępować od falującej liny. Jeszcze nie takie klasyczne paluszek-nadgarstek-łokieć... Raczej jako praktyczna, przydatna końska umiejętność pt. nie zbliżaj się do mnie... odsuń się ode mnie...7) okrążanie - pół kółka udaje się nam zrobić, aha! I zaparkować za moimi plecami. Taki chytry plan Pana Konia Niwecza :-)Wigwam-gniady.
w porównaniu z
myszkiem - cudny koń. Przypominający Siwkę, tyle że w wersji Siwka odważna. Czujny, skupiony, uważny. Wszystkie ćwiczenia robił 2 razy lepiej. Nie walczył, nie sprzeciwiał się... Czyli nie bardzo jest o czym pisać ;-)1) friendly z carrotem: żadnych szaleństw czy galopów; lekkie dyganie przy zarzucaniu stringa na grzbiet.2) ochrona strefy osobistej człowieka - wprawdzie włazi, owszem, ale łatwo wyłazi (bardzo ładnie odpowiada na driving)3) ustępowanie od stałego nacisku- nienajgorzej. Najlepiej na klatce.4) ustępowanie od sugestii - driving bardzo piękny (np. schowaj zadek :-) Już po chwili miluś robił ósemki! ósemki, proszę Państwa, na samą sugestię liny :-)) i w ciasne miejsca dawał się wmanewrowywać bez problemu (drivingo-squeeze)5) stick to me - podobnie jak myszek, czyli bardzo ładnie :-) luz na linie...6) okrążanie - wystarczyło pokazać kierunek liną i poszedł sobie na koło. Ale za plecami się wygaszał. Kolejny mały spryciarz :-) Czego oczy nie widzą...

Zakończyliśmy siodłaniem (
lider nie odnosi siodła do stajni, siodło odnosi Pan Koń). Wigwam zrobił mały teścik, od razu zaliczył jedno BUMP! liną i stał grzecznie jak trusia :-)
Przed stajnią włożyłam nogę w strzemię, Wigi zaproponował zabawę w okrążanie, zaliczył drugie
BUMP! i natychmiast zrezygnował z aktywności ruchowej (żartowałem! na żartach się nie znasz???) Rozsiodłałam. Nie wierzył, że może sobie pójść... Stał wyczekująco i obserwował... nawet powędrował za mną do stajni, żeby pomóc mi mentalnie odnieść siodło...

W sobotę jedyne wydarzenie to mycie i pędzlowanie koni anty-owadem. Wszystkich 4. Całe towarzystwo bardzo grzeczne, Siwe coś tam mruknęło na pierwsze dotknięcie wodnistej gąbki, ale potem stało rozanielone bez trzymanki, z liną spoczywającą na ziemi (tzw. tying to the ground).
Hucki nadzwyczaj grzeczne i kooperatywne przez cały dzień, ustępujące pokornie miejsca, a jednocześnie chętne do kontaktów z człowiekiem :-) znaczy wczorajsza sesja nie była dla nich szczególnie traumatyczna... mimo, że zaobserwowałam dużo ziewania, krzywienia szczęk i wywalania trzeciej powieki :-)

Wydarzeniem nie-końskim była popołudniowo-wieczorna wizyta Rodziny Puchaczy (niestety, były robione kompromitujące zdjęcia... kiełbasy, kaszanki i inna tym podobna zdrowa żywność... a ja rzekomo jestem kulturysta i stosuję dietę treningową ;-)
Puchacze przywieźli nam piękne płytki ceramiczne do ganku i kuchni, może w końcu zapanują u nas w skansenie luksusy ;-)


 photo P1030324_zpse059f489.jpg

 photo P1030326_zps036e7323.jpg

W niedzielę przez pół dnia padało, więc BACK TO BASICS: szkoliłam się teoretycznie (Bernie 2007, level 1) celem re-edukacyjnego ożywienia umysłu (jak to się robi z surowymi końmi...), bo moje finezyjne dyskretne sygnały są bezbłędnie czytane przez naszych; hucki zdają się ich nie dostrzegać (Are You talking to me?????) Znaczy, muszę się cofnąć w rozwoju i powrócić na level 1 ;-)

Po południu kończyłyśmy z Beatką szykować stodołę na tegoroczne siano (póki co wirtualne, bo cały czas pada...) A miała być prezentacja, jak walczę naturalnie z jej końmi... oczywiście nie wyrobiłyśmy się z czasem...


 photo P1030330_zpsbc7245f2.jpg

czwartek, 2 lipca 2009

Drżyjcie...

...hucki - w piątek mam urlop, czyli przybywam dziś do Was na całe 3 dni... Ja Wam pokażę ;-)

mam tyle fajnych fotek i nic nie mogę tu wstawić :-(
Zaczynam łaknąć netu na wsi, jak kania dżdżu... (
tfu, byle nie padało).