"Pracuj nad sobą a z koniem się baw" Pat Parelli

środa, 8 września 2010

Mały rozwój

Powolutku obrastamy w kolejne sprzęty około-końskie. Ostatecznie ma się tych dwóch pensjonariuszy, trzeba więc robić dobre wrażenie ;-)
Wzbogaciliśmy się ostatnio (a raczej zubożyliśmy finansowo, aczkolwiek zakup był OKAZYJNY ;-) o przecudny mobilny wózek do siodeł westernowych (mój odwieczny przedmiot pożądania, odkąd ujrzałam takowy na obozie w Długosiodle), 2 składane stojaki na siodła z półeczkami-wieszaczkami, 2 srebrzyste regaliki do siodlarni i uwaga! 2 kostki przeszkodowe EQUIPHORSE (również przedmiot pożądania; nabyte OKAZYJNIE, dotychczas poza moim zasięgiem z powodu powalającej ceny). Kostek jeszcze nie rozpakowałam, wygrzebałam jednakowoż dziurę w opakowaniu i przez ową dziurę dostrzegłam, że najbliższa dziurze kostka jest koloru czarnego... Może nie jest to szczyt urody, ale w ostateczności może być. Sklep jest w likwidacji i taka okazja cenowa zapewne już się nie powtórzy...

...dziś po pracy na wieś; w planie rozładunek wozu z sianem, bo pogoda wyjątkowo sprzyjająca, a jutro znów ma padać... A koniom może ugotuję na kolację mesz, pierwszy raz w tym sezonie...? Niech mają radochę :-)

poniedziałek, 6 września 2010

Pożar kontrolowany

Po raz kolejny hucyk okazał się koniem jak złoto :-) Jeździ się nam coraz fajniej, mały zaczyna robić prawie sliding-stopy (w stępie i kłusie, póki co), w 99,9% na wodzy casual. Wystarczy usiąść na kieszeniach i powiedzieć WHOA! A nawet samo WHOA! Spraktykowałam na tzw. lonży ucząc lokalne dzieciaki. Huc komendę głosową przyswoił śpiewająco :-) Przy zatrzymaniu prawie siada na okrągłej dupce i pyta cofamy...?A cofa świetnie, energicznie, w tempie wedle mojego życzenia. Czasem tylko trochę się skrzywi (może siedzę krzywawo...? muszę się pofilmować...) A czasem wykona manewr a la roll-back. Nad tym będziemy niedługo pracować. I nad cofaniem w esy-floresy. Może nawet jakiś patternik tyłem opracujemy, żeby się popisywać ;-) Dzieciaki już teraz patrzą na nasze jeździectwo z zachwytem a co to będzie, jak zaczniemy cudować... ;-)
Przejścia w dół grubasek robi elegancko, na mini-zgięcie boczne (bywały z tym lekuchne problemy; mimo, że LBI, hucyk ma w sobie popęd do ruchu. Nie wykluczam, że nawykowy, z dawnych czasów, o których nic nie wiem...)
A turlaniem rury zabawia się i na komendę, i bez komendy też. I paca nóżką, gdy ja pacam. Całkiem jak kiedyś Siwka (którą porzuciłam, i którą teraz zajmuje się Ala...) Czyli nadprodukcja koni własnych, niestety, u nas panuje. Brak czasu dla wszystkich
:-(
Fisiek leży takim odłogiem, że aż wstyd. Taki koń...! W sobotę chwilę pogawędziliśmy, ale to tylko kropla w morzu potrzeb, jeśli chodzi o kontakty Fiśka z człowiekiem... W końcu muszę się wziąć w garść i zająć także cudakiem. A nie tylko hucek i hucek. W Fiśku drzemie potencjał mistrzowski :-) A tymczasem Mistrz Niedoszły paraduje z kupą rzepów w grzywce i sfilcowanym ogonem ;-) Na zmartwionego, oczywiście, nie wygląda :-)

Weekend zapowiadający się na w miarę spokojny, skończył się wariacko: zwózką siana. W piątek skosiliśmy podarowany kawałek łąki a w niedzielę po południu zapadła spontaniczna decyzja: zwozimy. I całe szczęście, bo dziś leje...
W trybie ekspresowym opróżniliśmy eks-boks Nika (pełnił rolę siodlarni i psiej spalni) i dawaj ładować luźne siano... Psy oszalały z radości (siano jest ukochanym legowiskiem), były hopla, ganianki, polowanie na wiszący w boksie baniaczek (stara zabawka Szamana), który nagle znalazł się w zasięgu psiej gęby...!
Zwaliliśmy i załadowaliśmy do stajni jeden wóz a drugi stoi przykryty plandeką i czeka na zanik opadów...

A w sobotę urządziliśmy pożar. Postanowiliśmy spalić to, co zostało po rozbiórce stodoły, czyli stertę starej, częściowo zbutwiałej słomy. Zadymiliśmy całą okolicę, dzieciaki z sąsiedniej wioski (te, które nam pomagają) zaraz przygnały na rowerach, bo słusznie domniemywały (trudne słowo), że Wujo stodołę pali ;-) A konie miały okazję do friendly z dymem. Było trochę cudowania, nawąchiwania, pochrumkiwania, ale generalnie towarzystwo podeszło do tematu ze zrozumieniem i spokojnie konsumowało siano, mimo, że dym walił prosto w stronę ich ulubionego kasztanowca. A hucek to nawet pod jeźdźcem-Oblubieńcem przez dym przeparadował :-)

 photo HPIM8037_zps4ede3683.jpg

 photo HPIM8041_zps94ac43c4.jpg

 photo HPIM8042_zps95c97154.jpg

 photo HPIM8056_zps6556b8a0.jpg

 photo HPIM8064_zpsc5ff1a54.jpg

Po stodole, która dymiła przez 2 dni, zostało wspomnienie i kupka popiołów. Stawiać prawdziwą końską wiatę czas zacząć :-) Bo póki co, mamy daszek na 1,5 konia (czyli mieści się pod nim 1 duży + hucyk), który objął w posiadanie Heniek (który jest właśnie rozmiaru 1,5 konia ;-) Reszta koni przebywaniem pod dachem, gdy pada, w ogóle się nie interesuje... Wolą sterczeć na otwartej przestrzeni albo (i to najczęściej) obżerać się na łące...
Heniowi chyba jest czasem trochę głupio, że on taki z cukru, bo chwilę postoi, ale zaraz wyłazi spod zadaszenia i wędruje do stada :-)

czwartek, 2 września 2010

Wesołość

Po dwóch dobach nieustannych opadów w końcu zaświeciło słońce...! Oblubieniec donosi, że bezstajenne puszczone skoro świt na łąkę, odtańczyły taniec radości: Fitek, Siwka i Niko zapodali serię pokwików, popierdów i wyskoków z 4 kopyt w górę.
Hucyk nie uczestniczył w ogólnej wesołości, co jest dla mnie lekko niepokojące. Czyżby magazynował energię na weekend?? Mam nadzieję, że w poniedziałek nie pochwalę się jakimś gipsem ;-)

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Fajnie-fajnie, choć jesień-jesień...

Trochę się ocknęłam i wzięłam za robotę. Deski częściowo pokorowane (nowa partia, 2 kubiki), nowa stajnia-wiata-stodółka prawie pomalowana, regały także.

W sobotę
deszczowo-listopadowo, konie mokre i sterczące pół dnia pod prawie-bezlistnym kasztanowcem. I drące się siana-siana (Fisiek co mnie widzi, to ryczy). A na łąkę pójść to niełaska? Nic tylko gotowe pod gębę podtykaj... Zrywać im się nie chce, ot co...

 photo HPIM8026_zpsdd757b07.jpg

 photo HPIM8023_zpsb011c081.jpg

Późnym popołudniem najazd gości - Asia od Morsa (kopę lat) z kolegą . Pochichrałyśmy się jak młodzież jaka, fajnie było :-)

W niedzielę
- końsko. Pojawiła się Ala, czyli było jeździectwo. Najpierw na tapetę poszedł upasiony Niko (od dwóch tygodni gruby jak byczysko, ku naszej radości - w końcu widać, że tyje :-) Za bramę, jeździć i obżerać się łąką koniczynową. Fisiek wpadł w szał, przygnał za nim korytarzami rajsko-padokowymi na skraj łąki i odstawiał brawerie: czemu on może TAM, a ja muszę TU???? Latał wściekłym galopem, kwikał, zadem wywijał na wszystkie strony.
Modelowy przykład wyciszonego konia chowanego bezstajennie, który dostaje ZERO treściwego ;-)
W końcu walnął zadem w pastucha (niby celował w Bułkę, która z nim latała), zaplątał się, ogrodzenie wywalił. I pognał. Na szczęście z powrotem w padokowe korytarze :-) Polazłam za nim, psiocząc, zatargałam za bródkę pod kasztana, dałam siana. Oczywiście od razu się uspokoił. Dziad Żarłoczny Jeden ;-)
Potem wzięłam się za malowanie stajni. Ale zaraz zaprzestałam, bo Ala szykowała się do jazdy na Siwce, więc zgramoliłam się z drabinki i poszłam po hucyka. W myśl zasady: dla towarzystwa Cygan dał się powiesić ;-)
Hucyk
od razu zarejestrował, że niosę linę z halterkiem i mam saszetkę z ciasteczkami. Nie zdążyłam nawet kiwnąć przywołująco paluszkiem a już stał na baczność z nosem celującym w kantarek :-) A jazdę jaką mieliśmy...! 2 tygodnie przerwy w jeździectwie a hucyk chodził jak marzenie :-) WHOA! robił takie, że niech wymiękają wszelkie konie-reinery ;-)
Pojeździliśmy sobie na placu wspólnie z Siwką, zwierzaki miały od czasu do czasu lekkie tendencje do dryfowania w swoim kierunku, ale bez żadnych ekscesów. Ot, delikatne sugestie: a może by tak gęsiego, hę? Potem myknęliśmy samotnie w mały terenik i ćwiczyliśmy kłusowanie od stajni - w stronę stajni. Hucyk sprawował się bardzo ładnie, zasuwał bez różnicy w obie strony. Co najwyżej drałował z nosem przy ziemi próbując łapać w locie trawę spod nóg. Przy okazji wyglądał wybitnie GOOD BANANA :-)
Skoro szło nam tak elegancko, puściliśmy się na szerokie wody, po zaoranym. Stopniowo proponuję huckowi w terenie coraz to nowe aktywności, bacząc jednakowoż, aby nie nadepnąć mu na odcisk (czytaj: huckowe progi respektuję).
Po powrocie na podwórko puściłam małego luzem i wzięłam się za korowanie desek. Mały popasł się na trawniku (he-he, kto był w Gawłowie, ten wie, jak ten trawnik wygląda ;-) przez godzinę, po czym grzecznie stanął przed sprężyną i grzecznie czekał, aż zauważę niemą prośbę i puszczę do koni.
Pomyślałam, że miło by było, żeby ktoś kontunuował strzyżenie trawy i wzięłam Fiśka. Fisiu lekko zerkał za siebie (chodźcie, chodźcie ze mną... ja nie chcę sam...), ale gdy skapował, że chodzi tylko o żarcie, zaraz gębę ucieszył i dawaj łobzować. Siwe zawołało go raz z padoku, nawet głowy nie podniósł, więc zaraz przywędrowało pod sprężynę (bramkę) i grzecznie zarządało ja też, ja też...!
Potem wróciły do koni (bo chciały, wcale nie kazałam), ale Fisiek zaraz się rozmyślił; nie zdążyłam jeszcze dojść do korowania a słyszę, że sprężyna za mną wydaje odgłosy. Odwracam się, a Fitek jak baletnica: przeleciał pod sprężyną z prądem, zawieszoną na wysokości około 1 m. Fitek, który jest kawał Wielkiego Konia! A proszę, jaki zwinny :-) Mina niewinna: no co? przecież jeszcze nie skończyłem...
A już myślałam, że wyrósł z figli i psot. I wsiadać chciałam. Chyba jednak pozostanę jeździecko przy statecznym hucyku :-)

czwartek, 26 sierpnia 2010

Nalocik

Wczoraj po pracy wpadłam na wieś z małą wizytacją... Oblubieniec nie próżnuje: stodoły już nie ma (w poniedziałek rano 2/3, mimo, że podupadłe, jeszcze stało), została sterta słomy i parę desek na krzyż... Nowa stajnia-wiata w większości pomalowana (kolor palisander), wygląda cudnie :-)
Konie na łące, poszłam na inspekcję obejrzeć, pomacać, pogłaskać - każdego po kolei. Chyba zima idzie, bo jakieś takie upasione się zrobiły, nabite w sobie, mocarne... Ani chybi, wiedzą, że zimowanie pod wiatą je czeka ;-)
Humory dopisują, pod wieczór koniska urządziły mega-wygłupy (daaawno nie widziałam u nich takiego ożywienia), o dziwo zaczął Niko. Zaczepiał Szamana, podbiegał, głową wywijał. Stado błyskawicznie podchwyciło: były galopy, kwiki, wierzgi zadkami, boksy przednimi nogami a hucek zaproponował dęba z galopu z podskokami na zadnich nogach :-) Najstateczniej (co nie znaczy, że nie latali) zachowywali się emeryt Henio i Siwka. O dziwo, bo eks-wariatka też lubi (lubiła) pobrykać ;-)

 photo SNV19807_zps54bc963c.jpg


 photo SNV19890_zps28a8cc21.jpg

 photo SNV19820_zps5b6ef1b2.jpg

A na weekend mam umówione dzieciaki na jazdę. Zamierzam wyhodować sobie lokalny naturalny narybek jeździecki, żeby mieć towarzystwo do jazd. Może w końcu przesiądę się z hucyka na jakiegoś większego konia ;-)

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Wielkie nic

Jakoś tak nic szczególnego się w weekend nie działo... Za bardzo nie ma więc o czym pisać... Ale notkę dla porządku sporządzam, żeby nie było gadek od Czytelników ;-)
W sobotę odrobaczyłam całe stado, więc przez 2 dni latałam z taczką-dwukółką i sprzątałam, z przeproszeniem, kupy... Jakieś tam deski poprzenosiłam z kupki na kupkę (te do zabezpieczenia roztworem soli, te do pomalowania olejem od spodu, te na wiatę, te na stajnię...). Trochę poczytałam. Nad rzekę nie chciało mi się iść, sprawdzać, czy woda opadła, bo i tak tamtejszy padok odłogowany obecnie... Jeździć też mi się nie chciało (a na dokładkę boli mnie kręgosłup. STAROŚĆ chyba), choć hucek coś tam sugerował...
Jakiś taki wybitnie rozmamłany weekend to był...

A, no i Szaman zgubił obrożę na owady... Też mi się nie chciało szukać... Mała strata; w obroży, czy bez i tak muchami był oblepiony ;-)

czwartek, 19 sierpnia 2010

Zapomniane opowiastki wakacyjne

Ot, skleroza. O końskich wyczynach bagiennych nie napisać...!
Któregoś dnia wychodzę ci ja rano, bo Bułce-Bibułce się zachciało siku (o chorendalnej 5.30) i przy okazji zerkam na konie. Pensjonaty ok, drzemią na okrągłym wybiegu, ale naszych nigdzie nie widać. Ki diabeł?
Zachciało się nam robić rajskie padoki to tak się ma ;-) Jakby siedziało toto zamknięte w jednym miejscu to by nie było problemu. A tak to może się rozłazić po ranchu i weź tu ich szukaj, człowieku...
Ocknęło mnie momentalnie, wróciłam do domu zmienić kapcio-klapki na kowbojki (co przy koszulo-sukience nocnej wygląda wcale-wcale oryginalnie), capnęłam saszetkę z łakotkami i dawaj w teren. Jeden zerk na łąkę wystarczył, by zauważyć, że słupki wzdłuż rzeki leżą. Koni ni widu, ni słuchu. Gwizdnęłam po naszemu. Najpierw nic, ale po chwili z trzcin wynurzyła się siwa głowa. I zanurkowała z powrotem. Powtórzyłam gwizd i po chwili usłyszałam, jak cielska przedzierają się przez chaszcze. Towarzystwo wylazło z szuwarów i przewędrowało grzecznie na padok zgrabnie przekraczając leżące taśmy z prądem. Na końcu przybył Fisiek; cały wytytłany w błocie, głowa w pajęczynach, w grzywie kupa rzepów, mina zadowolona: jam to, nie chwaląc się, sprawił :-)
Wyłączyłam prąd i z pół godziny bujałam się z naprawianiem ogrodzenia. Towarzystwo oczywiście znów polazło w bagno obżerać się nadwodną roślinnością, ale na moją prośbę grzecznie wrócili na padok. Te naturalne konie to są do niczego, nawet uciec porządnie nie potrafią ;-)
Scenariusz niby-uciekania powtórzył się jeszcze dwukrotnie a największy zapał do wycieczek przejawiał, oczywiście, Fisiek. Wypuszczał się najdalej, ale za każdym razem na gwizd grzecznie wracał na padok. W końcu mi się znudziło (a ponadto mieliśmy łączyć stado), przycięłam chaszcze, żeby elektryzator lepiej działał. Jednakowoż przesunęłam ogrodzenie częściowo w błoto. A niech mają to swoje bagno ulubione :-) Jak woda trochę opadnie, obejdę to ich uroczysko, bo coś mi się wydaje, że rzeka ma tam swoje zakole i jeśli nie ma brodu umożliwiającego prawdziwą ucieczkę, to zrobię zwierzakom stały dostęp do rzeki :-)