Dziś spóźniłam się do pracy 2 godziny. O, nie ma to jak dojazdy do Wawy ze wsi... Cały weekend tak koszmarnie wiało, że nasza droga znów we fragmentach pokryta jest nieprzejezdnymi zaspami... Oblubieniec wczoraj wieczorem porzucił samochód u sąsiada (gwoli ścisłości: sąsiad mieszka około 1 km. od nas) i przydylał po ciemku przez śniegi na piechotę. Wywołał małą psią awanturę, bo psom nijak nie mogło się w głowach pomieścić, że ta chybotliwa wędrująca latarka to ich Ukochany Panuś. Panuś zajeżdża przecież, jak Półtora Pana, zawsze autem... I ruszyły z rykiem do ataku...
Z końmi w końcu coś się ruszyło. Znaczy w kwestii mojej końskiej aktywności się ruszyło... Sprowokował mnie Fisiek. W sobotę od samego rana był NIEZNOŚNY (nie bez powodu taka edycja: DRUKOWANYMI; samo pogrubienie to za mało). W boksie się tłukł, żeby szybciej, szybciej (zostawiłam go sobie na koniec, wszyscy już wyszli...), więc złośliwie przetrzymałam go chwilę dłużej, niż zwykle... Gulgotał pod nosem, ale w końcu grzecznie się wycofał od drzwi boksu i opuścił głowę, mimo, że przez chwilę udawał, że będzie się wspinał. Gdy pokazałam mu ręką, że może dołączyć do stada, wypruł wściekle z miejsca (o mało nie glebnął pod stajnią, bo w drodze na padok wymagany jest zwrot o 90 stopni) i pognał za kolesiami. Polazłam zamykać bramki, postać, popatrzeć, jakieś fotki cyknąć, bo rano zawsze jest trochę fikania-kwikania i przepychanek. A tu nic. Towarzystwo gapi się i czeka, stercząc przy padokowych wrotach do stodoły, kiedy zacznę tamtędy siano podawać...
Poszłam sprawdzić poidło (kastrę), czy trzeba lód wywalić a tu nagle Fisiek odłącza się od sterczących pod stodołą i maszeruje żwawo w kierunku wyjścia z padoku. Zoczył na ścieżce pojedyncze sianka... I dawaj nura pod bramką (góra taśma pastuchowa, po środku sprężyna); gadzina pokapował się, że nie słychać pykania, znaczy prąd niepodłączony... Ja za nim z okrzykiem Ej, gdzie??? a ten zagęścił ruchy, kłusikiem na podwórko i azymut na stodołę. Po drodze zakręt w lewo, bramka zamknięta wiszącym łańcuchem (elegancka stylizacja przez Oblubieńca - stary łańcuch od psiej budy odmalowany i postarzony specjalną farbą). Fisiu w locie łańcuch złapał w paszczę, zdjął z haczyka, odrzucił na bok i oto już tylko 5 m. metrów dzieli go od stodoły... A tam 6 dużych kostek siana (ostatnie na-padokowe zapasy)... Nie zdążyłam dopaść gada, zanurkował do stodoły. Wrzasnęłam, zaraz wyleciał, zobaczył, że gotuję się najeżona do ataku i skruszony, lekko pękając (głowa opuszczona, jęzorem mieli, chód niepewny) podszedł. Z powrotem zapakowałam go na padok. Jeszcze nie doszłam do stajni (10 m.?) a ten znowu myk dołem. I ponownie: łańcuch w gębę, z haczyka, na ziemię... I tak cztery razy. Cztery razy!!! Zeźliłam się, zamknęłam dodatkowo padok drągiem. Odchodzę. Jeszcze nie doszłam do... (tak, do stajni... około 10 m.), słyszę trzask i łomot: Fisiek taranem, drąg złamany a ten dołem... Aaaa, skapitulowałam. Wyniosłam kostkę siana, rozrzuciłam. U Fiśka mina triumfująca: patrzecie, jak potrafię ją załatwić...!!! Oczywiście kolejnego wyłamu z padoku nie było... ;-)))
W niedzielę przybyła Ala. Zawieja, śnieg mimo, że nie pada, to sypie się z dachu stodoły, zawiewa z pola... Ala twardo wali na padok, pozabawiać się z Nikiem. Noga Nika już ok, opuchlizna zeszła, kolega zachowuje się energicznie, przegania Fiśka, wymienia brzydkie miny z huckiem, pobrykuje...
Chciał nie chciał wytargałam z szafy carrota i poszłam za Alą. W sumie odgrażałam się od kilku weekendów, że koniom pokażę (zwłaszcza huckowi), ale zawsze tak jakoś zeszło na pracach obowiązkowych i na pokazywanie nie starczało czasu...
Przy okazji wydobywania z szafy carrota, dokopałam się do dwóch słoików z żelaznymi zapasami kończących się ziołowych końskich ciasteczek... Wypchałam kieszonkę i hajda na padok. Najpierw sprawdziłam, czy najfajniejszy z moich koni przyjdzie z połowy padoku na przywołujące kiwania paluszkiem i szept Siwka, chodź... Przyszła. Równocześnie z nią jednakowoż wystartował z odległej części padoku... hucek i maszerował szybciutko niemalże caplując... Jaką toto ma pamięć... Z nim też bawialiśmy się w chodź i wołanie paluszkiem, ale nie za często i dawno temu... Oczywiście ciasteczko dostał do pyszczka i ani myślał się odczepić...! Siwe sobie poszło a jej miejsce zaraz zajął Fisiek (ooooo, co tam rozdaje ??). Ustawił się grzecznie obok hucka (żadnych przepychanek, dziw...!), więc pomyślałam, że może by tak spróbować Panami synchronicznie posterować...? O, jak fajnie było! Najpierw oba, jak w zaprzęgu, szły do przodu i cofały na komendę (ze strefy 1 wydawałam rozkazy, żeby było im łatwiej załapać...) Potem prosiłam, by jeden stał w miejscu a drugi cofał. Potem zmiana. Grzeczni byli jak diabli, obaj. Tylko uporczywie wpatrywali się w kieszonkę. Czy sięgam... I do kogo kieruję dłoń z wiadomą zawartością. Interesowne te lewopółkulowce, że hej ;-)
Po przerwie (godzina przy piecu) druga porcja zabaw. Z każdym po kolei, na okrągłym wybiegu. Sesyjki 5-minutówki, na wolności...
Najpierw Fisiek. Aaa, jak ładnie kłusował, na słowo GALOP i wskazanie kierunku zagalopowywał, na WHOA i blok carrotem stawał. A na BACK cofał, na NAPRZÓD ruszał. Za każdym razem, przy zmianie polecenia, odwracał głowę, patrzył na mnie, żeby się upewnić, czy o to chodzi a potem znów spoglądał w kierunku ruchu, dopóki nie zachciało mi się, by zrobił coś innego... Wtedy znów spoglądał, upewniał się, że tak, o to mi chodziło...
Jaki on cudny :-))) Nic tylko wsiadać. Tylko po co, kiedy na ziemi nam tak fajnie :-)))))
Siwka na początku zjeżyła się ciut na widok zbudowanego wcześniej przez Alę obiektu: niebieskich zaśnieżonych beczek i położonych na nich żółtych podstawkach pod kawaletki... Parę razy czmyhnęła koło nich nieufnie, ale gdy podeszłam i pogłaskałam beczkę Siwe natychmiast podeszło a, to moje moje beczułki! i zaczęło obgryzać korek :-) A potem zaparkowało w wąskim przesmyczku, w głębokim śniegu pomiędzy beczkami... Poprosiłam o parę kółek galopu (Siwka nie zasuwaj tak, bo sie wywalisz) i gdy tylko Siwe ustabilizowało chód i zwolniło galop, skończyłyśmy :-)
Na koniec przyszła pora na hucka. Bez przekonania, bo przewidywałam spektakularną ucieczkę połączoną ze zrywaniem zamykającego sznura (było, było... Nawet to, że był na linie go nie powstrzymało... Linę mi wyrwał, zamknięcie staranował i zwiał...) Teraz poszliśmy na okrąglak na stringu. Trochę się hucek zdziwił, że chcę go gdzieś na carrocie prowadzić, ale po chwili wahania grzecznie podążył. Dałam ciasteczko i wysłałam na koło wskazując ręką kierunek. Pokłusował ładnie po obwodzie. Minął bramkę nawet nie zerkając w jej stronę (dziw!!!). Spróbowałam zatrzymania na obwodzie przez blok przodu carrotem i WHOA. Przyspieszył, ale zaraz na mnie zerknął i stanął przy beczkach. Przywołałam (chodź paluszkiem) i dałam ciasteczko. Od tej pory hucek za każdym razem proponował stop przy beczkach :-) I chód boczny koło beczek. I usiłowanie postawienia nogi na beczce :-)
Wystarczyło tylko reaktywować ciasteczka, by wykrzesać z hucka chęć współpracy...
No i wyszłam przed Alą na kłamczuchę, że gadam na hucka, że łajza i niegrzeczny ;-)
Stajnia powolutku się buduje, lada moment będziemy kłaść dach a potem już tylko deski fantazyjne przybijać (obladry) i kosmetyka (wrota, boksy, drzwiczki etc)...
O, z tym pewnie będzie trochę bujania się... No i na razie nie możemy zrobić dołu ścian z kamieni polnych, bo mróz trzyma... Tak oto stajnia, która miała stanąc w październiku, stanie pewnie finalnie na wiosnę...
A wczoraj odebrałam 2 opakowania końskich ciasteczek (4 kg!) Już widzę ten koński entuzjazm w wykonywaniu poleceń ;-) I oddolną inicjatywę końską też widzę, oczyma duszy :-))
Chyba trzeba będzie wrócić do nauki różnych sztucek, skoro mamy tyle motywatorów ;-)
"Pracuj nad sobą a z koniem się baw" Pat Parelli
poniedziałek, 18 stycznia 2010
wtorek, 12 stycznia 2010
Zima
...u nas taka, że dopiero wczoraj po południu udało mi się wydostać z obejścia i z buta (bo samochód uziemiony) powędrować na PKS do Świerkowa... Raptem ze 2 km., ale jak uroczo brnąć w śniegu po pas (no dobra, konfabuluję, ale jakbyśmy nie zapłacili gościowi, żeby w niedzielę po nocy przeleciał naszą drogę pługiem, to rano byłby śnieg po pas... a tak przez noc dopadało tylko ze 30 cm.)
Niemniej jest uroczo i gdyby nie to, że muszę pracować w tej durnej Wawie wcale bym się nie martwiła (mimo, że skończyły się nam zapasy żywności, czyli chleb i... piwo ;-)

W kwestiach końskich zaistniały pewne incydenty:
incydent pierwszy:
w czwartek Fisiek otworzył padok za stodołą i wypuścił się, i przy okazji Siwkę, na podwórko. Hucek z Nikiem poszli w ich ślady i wypuścili się z dużej łąki, bez otwierania swojej prądowej bramki, czyli pewnie dołem... I całe towarzystwo spotkało się oko w oko na podwórzu... Oblubieniec zaraz jednak przybył zbrojnie i zaprowadził porządek, czyli porozdzielał kolesiostwo z powrotem...
incydent drugi:
dnia kolejnego nasi poszli dla odmiany na dużą łąkę. Fisiek znudzony życiem postanowił jakoś ożywić swój monotonny żywot i gdy Oblubieniec wyszedł na obchód, znalazł cwaniaczka tłukącego się po chaszczach nad rzeką (tak, po tych samych chaszczach, w których siedzi koński dziad i do których Fisiek się na wszelki wypadek przez całe lato nie zbliżał. A jak już się nieopatrznie zbliżył w feworze komsumpcji trawy, to zaraz zadzierał kitkę, kwikał i wracał galopem na środek łąki). I teraz nagle Fisiek nabrał końskiej odwagi, rozwalił ogrodzenie (połamał plastikowe słupki - te beznadziejne, o przekroju kwadratu, bo te okrągłe się nie łamią...) i wylazł... Zbyn zagonił więc puchatego dziada z powrotem na padok, ogrodzenie powiązał jako-tako i wraca. Jeszcze dobrze nie wyszedł z padoku a za sobą słyszy pękające słupki... To Fisiu z powrotem taranem nad rzekę się pcha i kolejne słupki łamie... Że nie wspomnę, że wcześniej rozwalił też ogrodzenie przy drzewkach owocowych i połowę młodych badylków zeżarł! I jednego świerka na dokładkę. O!
Siła wyższa: trzeba było zrobić z koni jedno stado...

W weekend konie były już w miarę dogadane a Niko zaczął się obnosić ze swoimi ranami, czyli spuchniętą, lekko sztywną przednią nogą. Znaczy była jakaś bitwa.
Teraz jest tak:
- Niko odgania Fiśka (Szaman kwika, trzepie głową i ucieka); wczoraj uciekając przed Nikiem przyleciał prosto do mnie z miną mamo, a on się bije...!!!
- Fisiek walczy z huckiem (na poważnie: dęba i okładanie się kopytami z rozdziawionymi paszczami...); wczoraj zagrzewałam go do boju okrzykami dołóż mu, Fisiek, dołóż!!! wywal go w śnieg, wywal go!!! ale hucek, mimo, że sięga Fiśkowi do pachy, tłucze się jak stara wyga i cały czas jest remis...
- Siwka napiernicza wszystkich po kolei; zdecydowanie robi ohydne miny na hucka (hucek ustępuje), Nika odgania wybiórczo; raz się pasą główka w główkę, raz Niko przed nią zjeżdża, aż się kurzy... Na Szamana robi krzywe miny, gdy ten ją podskubuje, ale przed Nikiem go broni... W niedzielę, na widok Nika odganiającego Szamanisko od siana, błyskawicznie wskoczyła pomiędzy nich z groźną miną i zarządziła wspólne zgodne jedzenie siana :-)
A w kwestiach budowlanych: stoi już konstrukcja nowej stajni!!! I póki co tyle, bo plac budowy zasypany a Pana Wykonawcę, Józefa-Górala, pokręciły korzonki... Nic to, grunt, że w końcu się ruszyło...
Gliśka vel Glizda ma się dobrze, lata już w psim stadzie (na początku nie dawała się żadnemu naszemu psu dotykać, uciekała ze skowytem), uczestniczy nawet w gonitwach i psich nawalankach (tych subtelniejszych; gdy robi się za ostro, czmyha z piskiem, na wszelki wypadek). Zaczęła też poszczekiwać, gdy dzieje się coś podejrzanego na horyzoncie i próbować rządzić końmi. Finał taki, że hucek już 2 razy ją przyatakował w stajni, gdy burczała na niego podczas jedzenia siana a Szamanisko 3 razy wygoniło ją wściekłym galopem z padoku... Ledwo Glizda umkła. Fisiek i tak wykazał się dobrą wolą, bo walił kopytami obok Gliśki a nie w nią, mimo, że łatwo mógł ją dosięgnąć...
I na nic moje tłumaczenia i zakazy, że nie wolno szczekać na konie! I że nie wolno ganiać psów! Robią gadziny, co chcą, zero dyscypliny ;-)
A Oblubieniec właśnie mi doniósł (środa dziś jest), że Siwe przywaliło huckowi jak należy i mały uciekał na 3 nogach, kulejąc. Ale zaraz przestał. Jak go znam, symulował, mała łajza ;-) Może Siwe nauczy go moresu, skoro Fisiek nie daje rady...
Niemniej jest uroczo i gdyby nie to, że muszę pracować w tej durnej Wawie wcale bym się nie martwiła (mimo, że skończyły się nam zapasy żywności, czyli chleb i... piwo ;-)
W kwestiach końskich zaistniały pewne incydenty:
incydent pierwszy:
w czwartek Fisiek otworzył padok za stodołą i wypuścił się, i przy okazji Siwkę, na podwórko. Hucek z Nikiem poszli w ich ślady i wypuścili się z dużej łąki, bez otwierania swojej prądowej bramki, czyli pewnie dołem... I całe towarzystwo spotkało się oko w oko na podwórzu... Oblubieniec zaraz jednak przybył zbrojnie i zaprowadził porządek, czyli porozdzielał kolesiostwo z powrotem...
incydent drugi:
dnia kolejnego nasi poszli dla odmiany na dużą łąkę. Fisiek znudzony życiem postanowił jakoś ożywić swój monotonny żywot i gdy Oblubieniec wyszedł na obchód, znalazł cwaniaczka tłukącego się po chaszczach nad rzeką (tak, po tych samych chaszczach, w których siedzi koński dziad i do których Fisiek się na wszelki wypadek przez całe lato nie zbliżał. A jak już się nieopatrznie zbliżył w feworze komsumpcji trawy, to zaraz zadzierał kitkę, kwikał i wracał galopem na środek łąki). I teraz nagle Fisiek nabrał końskiej odwagi, rozwalił ogrodzenie (połamał plastikowe słupki - te beznadziejne, o przekroju kwadratu, bo te okrągłe się nie łamią...) i wylazł... Zbyn zagonił więc puchatego dziada z powrotem na padok, ogrodzenie powiązał jako-tako i wraca. Jeszcze dobrze nie wyszedł z padoku a za sobą słyszy pękające słupki... To Fisiu z powrotem taranem nad rzekę się pcha i kolejne słupki łamie... Że nie wspomnę, że wcześniej rozwalił też ogrodzenie przy drzewkach owocowych i połowę młodych badylków zeżarł! I jednego świerka na dokładkę. O!
Siła wyższa: trzeba było zrobić z koni jedno stado...
W weekend konie były już w miarę dogadane a Niko zaczął się obnosić ze swoimi ranami, czyli spuchniętą, lekko sztywną przednią nogą. Znaczy była jakaś bitwa.
Teraz jest tak:
- Niko odgania Fiśka (Szaman kwika, trzepie głową i ucieka); wczoraj uciekając przed Nikiem przyleciał prosto do mnie z miną mamo, a on się bije...!!!
- Fisiek walczy z huckiem (na poważnie: dęba i okładanie się kopytami z rozdziawionymi paszczami...); wczoraj zagrzewałam go do boju okrzykami dołóż mu, Fisiek, dołóż!!! wywal go w śnieg, wywal go!!! ale hucek, mimo, że sięga Fiśkowi do pachy, tłucze się jak stara wyga i cały czas jest remis...
- Siwka napiernicza wszystkich po kolei; zdecydowanie robi ohydne miny na hucka (hucek ustępuje), Nika odgania wybiórczo; raz się pasą główka w główkę, raz Niko przed nią zjeżdża, aż się kurzy... Na Szamana robi krzywe miny, gdy ten ją podskubuje, ale przed Nikiem go broni... W niedzielę, na widok Nika odganiającego Szamanisko od siana, błyskawicznie wskoczyła pomiędzy nich z groźną miną i zarządziła wspólne zgodne jedzenie siana :-)
A w kwestiach budowlanych: stoi już konstrukcja nowej stajni!!! I póki co tyle, bo plac budowy zasypany a Pana Wykonawcę, Józefa-Górala, pokręciły korzonki... Nic to, grunt, że w końcu się ruszyło...
Gliśka vel Glizda ma się dobrze, lata już w psim stadzie (na początku nie dawała się żadnemu naszemu psu dotykać, uciekała ze skowytem), uczestniczy nawet w gonitwach i psich nawalankach (tych subtelniejszych; gdy robi się za ostro, czmyha z piskiem, na wszelki wypadek). Zaczęła też poszczekiwać, gdy dzieje się coś podejrzanego na horyzoncie i próbować rządzić końmi. Finał taki, że hucek już 2 razy ją przyatakował w stajni, gdy burczała na niego podczas jedzenia siana a Szamanisko 3 razy wygoniło ją wściekłym galopem z padoku... Ledwo Glizda umkła. Fisiek i tak wykazał się dobrą wolą, bo walił kopytami obok Gliśki a nie w nią, mimo, że łatwo mógł ją dosięgnąć...
I na nic moje tłumaczenia i zakazy, że nie wolno szczekać na konie! I że nie wolno ganiać psów! Robią gadziny, co chcą, zero dyscypliny ;-)
A Oblubieniec właśnie mi doniósł (środa dziś jest), że Siwe przywaliło huckowi jak należy i mały uciekał na 3 nogach, kulejąc. Ale zaraz przestał. Jak go znam, symulował, mała łajza ;-) Może Siwe nauczy go moresu, skoro Fisiek nie daje rady...
poniedziałek, 4 stycznia 2010
Noworoczne różności
Po kolei w wielkim skrócie:
Kursu PNH w Gawłowie nie będzie :-((( Państwo K. walnęli tak zaporowe ceny, że szkoda zachodu z przecieraniem nowych szlaków, lepiej siedzieć na starych śmieciach kursowych, czyli w Celbancie... Oblubieniec zeźlił się jak diabli, bo ze wstępnych ustaleń wynikało, że będzie o wiele taniej i w ramach odreagowania, zamiast kontynuować układanie płytek ceramicznych, musiał sobie pograć na play-station ;-)
Hucek wystartował do mnie z zębami - zaimitował atak, gdy poprosiłam o podanie nogi w czasie konsumpcji siana - rzucił się strasząc bardzo sugestywnie, zawarczał, kłapnął zębami tuż koło mnie i próbował zwiać, ale że było to w stajni, daleko nie uciekł i dosięgła go karząca ręka sprawiedliwości, czyli expressis verbis dostał ode mnie z zadu ;-) Rzucił się do ucieczki w kierunku Szamana a ten przyatakował go przez deski z wyszczerzonymi zębiskami. Mysz wzięty w dwa ognie natychmiast skapitulował. Zmemlał gębą, głowę opuścił, uszy odkleił od głowy i postawił na sztorc, zrobił uległą minę jak przystało na grzecznego konika... Najwyraźniej chów bez-stresowy koledze nie służy... Po reprymendzie chodził jak szwajcar, miejsca ustępował na dotknięcie sierści, nóżki podał jak aniołek... Stanowczo musimy wrócić do ćwiczeń, bo nie będę tolerować małego potworka we własnym obejściu... Jeszcze co komu zrobi...
Od jakiegoś czasu wyraźnie widać, że huckowa pewność siebie rozbuchała się do granic przyzwoitości; nikt nic od niego nie chce, żarcia dają do oporu, od czasu do czasu skrobią szczotką po pleckach, puszczają ze ślamazarą na padok, czyli jest i komu przydzwonić jak przyjdzie ochota (Niko dzielnie się opiera, ale wygryzienia sierści tu i ówdzie prezentuje...) Zaczynam dumać nad połączeniem kolesiostwa w jedno stado; Siwe zaraz spuści huckowi łomot i może się kolega uspokoi... Gorsza sprawa, że i Niko ulegnie pewnie złomotaniu, bo mimo, że Siwe już się na niego jakoś szczególnie nie szczurzy, to humory miewa (czyżby robiła się z niej alpha...? w sumie nie dziw by to był, jedyna klacz w tym towarzystwie...) No i co innego oglądać się przez deski lub drągi, a co innego stanąć z gościem oko w oko na ubitej ziemi ;-)
Niko mnie przestraszył wczoraj na pół-śmiertelnie. Niosę siano, patrzę a ten leży. Mróz -10 stopni, siano niedojedzone a ten spoczywa na śniegu. Podeszłam, zaczęłam go oglądać ze wszystkich, obmacywać, żeby sprawdzić, czy aby hucek go nie obił albo znaczniej nie uszkodził (gadzina mała potrafi, potrafi...) albo czy nie daj boże kolka jaka...? Na pierwszy rzut oka wszystko było ok, oddech spokojny, spojrzenie maślane (jak zwykle)... W końcu po kilku minutach powstał, ale stanął tak jakoś dziwacznie, przednie nogi wysunięte, zadnie zostawione hen z tyłu... Od razu wpadłam w panikę, że ochwat... Ale niby z czego by ten ochwał miał być...??? A kolega porozciągał się przez chwilę, pobujał na boki, w końcu trzepnął głową, ożywił wzrok i dziarsko pomaszerował do siana... No ludzie, żeby stary koń ucinał sobie drzemki w ciągu dnia jak jaki źrebak...??? Nie na żarty mnie przestraszył...
A Oblubieniec powiedział mi potem, że Niko często sobie tak poleguje, wyluzowany... A to nie można mnie było uprzedzić...?? a jakbym tak walnęla tam na zawał z przerażenia... ;-)
Dziś w końcu ruszyła budowa stajni! Mamy nowego wykonawcę (kolejnego), z którym przedwczoraj czyniliśmy ustalenie a już dziś robota ruszyła... Miejmy nadzieję, że mróz się w końcu uspokoi i nie trzeba będzie przerywać prac (wczoraj było -17 stopni...)
Mamy nową psinę o roboczym imieniu Glisia (od glisić się, czyli wić i łasić, nisko przy ziemi - nie wiem, czy istnieje takie słowo w słowniku jęz. polskiego. W naszym słowniku funkcjonuje, obok rozlicznych innych neologizmów ;-) Glisia napatoczyła się Oblubieńcowi, gdy wracał wieczorem z zaprzyjaźnionej stajni. Wyskoczyła mu na drogę a gdy wysiadł z samochodu zaczęła się glisić pod nogami... Oblubieniec nie miał innego wyjścia, jak załadować zwierzątko do samochodu i przywieźć do domu...
Glisia wygląda jak miniatura-poczwarka owczarka niemieckiego w wersji Oświęcim :-( Mały, koślawy, obciągnięty skórą psi szkielet. Gdy Glisia biegnie, każda łapka żyje własnym życiem, tzn. wywija się bardzo dziwacznie w różne strony. Mimo to Glisia utrzymuje zadany ciału kierunek ruchu, ba nawet zwinnie podskakuje radośnie koło człowieka. Koni się w ogóle nie boi, leżącego Nika obszczekała (gdy wstawał, odsunęła się z szacunkiem), ale do hucka podeszła śmiało i zaparkowała (ku mojej zgrozie) opierając się o jego zadnią nogę! Na szczęście hucek tylko się skrzywił i dalej jadł siano. Ponadto Glisia ma niewiarygodnie długi szczupły pyszczek. I oczywiście śmierdzi.
Urządziliśmy jej schron najpierw pod domem (w osłoniętej psiej klatce wymoszczonej sianem), a wczoraj, z racji mrozu, przenieśliśmy do stajni i umieściliśmy koło Siwki.
Zapoznanie z naszymi psami (początkowo przez kraty klatki) zniosła godnie; Monkę zignorowała, na Fućkę nawarczała, dopiero Bobek rzucił ją na kolana; doskoczył do klatki, rozdziawił paszczę, ryknął i Glisia momentalnie straciła cały bojowy animusz ;-) I dobrze, bo tylko dzięki uległości przeżyje w Gawłowie. Nasze psy nie atakują osobników nie-stawiających się... Glisia nie miałaby z nimi ŻADNYCH szans... Na moich oczach powaliły potężnego czarnego psa, który nieopatrznie zapędził się na nasze pole... Całe szczęście, że pies nie w ciemię bity; momentalnie ocenił swoje szanse i walnąl na glebę pokazując brzucho... Stare zaraz go puściły i tylko Monka pognała kawałek za umykającym pokonanym poszczekując i prezentując futro a la jeżozwierz... Taka zawzięta psia... Zapowiada się na niezłe ziółko; najmniejsza z miotu (teraz już widać, że będzie potężniejsza od Fućki Rodzicielki), od samego początku bardzo bojowa. Ulubienica Bobusia, który zapamiętale szkoli ją po całych dniach w rozmaitych psich technikach (walki, zaboru ludzkiego mienia, szarpania szmat i innych rzeczy, którymi da się majtać etc.)
Lepiej niech się Glisia ma na baczności. Docelowo będziemy szukać dla niej domu, bo nasi psi mogą ją wykończyć chociażby przypadkowo, podczas zabawy... Monka już jej ze 3 razy przydepnęła ogon nawet tego nie zauważając...
Kursu PNH w Gawłowie nie będzie :-((( Państwo K. walnęli tak zaporowe ceny, że szkoda zachodu z przecieraniem nowych szlaków, lepiej siedzieć na starych śmieciach kursowych, czyli w Celbancie... Oblubieniec zeźlił się jak diabli, bo ze wstępnych ustaleń wynikało, że będzie o wiele taniej i w ramach odreagowania, zamiast kontynuować układanie płytek ceramicznych, musiał sobie pograć na play-station ;-)
Hucek wystartował do mnie z zębami - zaimitował atak, gdy poprosiłam o podanie nogi w czasie konsumpcji siana - rzucił się strasząc bardzo sugestywnie, zawarczał, kłapnął zębami tuż koło mnie i próbował zwiać, ale że było to w stajni, daleko nie uciekł i dosięgła go karząca ręka sprawiedliwości, czyli expressis verbis dostał ode mnie z zadu ;-) Rzucił się do ucieczki w kierunku Szamana a ten przyatakował go przez deski z wyszczerzonymi zębiskami. Mysz wzięty w dwa ognie natychmiast skapitulował. Zmemlał gębą, głowę opuścił, uszy odkleił od głowy i postawił na sztorc, zrobił uległą minę jak przystało na grzecznego konika... Najwyraźniej chów bez-stresowy koledze nie służy... Po reprymendzie chodził jak szwajcar, miejsca ustępował na dotknięcie sierści, nóżki podał jak aniołek... Stanowczo musimy wrócić do ćwiczeń, bo nie będę tolerować małego potworka we własnym obejściu... Jeszcze co komu zrobi...
Od jakiegoś czasu wyraźnie widać, że huckowa pewność siebie rozbuchała się do granic przyzwoitości; nikt nic od niego nie chce, żarcia dają do oporu, od czasu do czasu skrobią szczotką po pleckach, puszczają ze ślamazarą na padok, czyli jest i komu przydzwonić jak przyjdzie ochota (Niko dzielnie się opiera, ale wygryzienia sierści tu i ówdzie prezentuje...) Zaczynam dumać nad połączeniem kolesiostwa w jedno stado; Siwe zaraz spuści huckowi łomot i może się kolega uspokoi... Gorsza sprawa, że i Niko ulegnie pewnie złomotaniu, bo mimo, że Siwe już się na niego jakoś szczególnie nie szczurzy, to humory miewa (czyżby robiła się z niej alpha...? w sumie nie dziw by to był, jedyna klacz w tym towarzystwie...) No i co innego oglądać się przez deski lub drągi, a co innego stanąć z gościem oko w oko na ubitej ziemi ;-)
Niko mnie przestraszył wczoraj na pół-śmiertelnie. Niosę siano, patrzę a ten leży. Mróz -10 stopni, siano niedojedzone a ten spoczywa na śniegu. Podeszłam, zaczęłam go oglądać ze wszystkich, obmacywać, żeby sprawdzić, czy aby hucek go nie obił albo znaczniej nie uszkodził (gadzina mała potrafi, potrafi...) albo czy nie daj boże kolka jaka...? Na pierwszy rzut oka wszystko było ok, oddech spokojny, spojrzenie maślane (jak zwykle)... W końcu po kilku minutach powstał, ale stanął tak jakoś dziwacznie, przednie nogi wysunięte, zadnie zostawione hen z tyłu... Od razu wpadłam w panikę, że ochwat... Ale niby z czego by ten ochwał miał być...??? A kolega porozciągał się przez chwilę, pobujał na boki, w końcu trzepnął głową, ożywił wzrok i dziarsko pomaszerował do siana... No ludzie, żeby stary koń ucinał sobie drzemki w ciągu dnia jak jaki źrebak...??? Nie na żarty mnie przestraszył...
A Oblubieniec powiedział mi potem, że Niko często sobie tak poleguje, wyluzowany... A to nie można mnie było uprzedzić...?? a jakbym tak walnęla tam na zawał z przerażenia... ;-)
Dziś w końcu ruszyła budowa stajni! Mamy nowego wykonawcę (kolejnego), z którym przedwczoraj czyniliśmy ustalenie a już dziś robota ruszyła... Miejmy nadzieję, że mróz się w końcu uspokoi i nie trzeba będzie przerywać prac (wczoraj było -17 stopni...)
Mamy nową psinę o roboczym imieniu Glisia (od glisić się, czyli wić i łasić, nisko przy ziemi - nie wiem, czy istnieje takie słowo w słowniku jęz. polskiego. W naszym słowniku funkcjonuje, obok rozlicznych innych neologizmów ;-) Glisia napatoczyła się Oblubieńcowi, gdy wracał wieczorem z zaprzyjaźnionej stajni. Wyskoczyła mu na drogę a gdy wysiadł z samochodu zaczęła się glisić pod nogami... Oblubieniec nie miał innego wyjścia, jak załadować zwierzątko do samochodu i przywieźć do domu...
Glisia wygląda jak miniatura-poczwarka owczarka niemieckiego w wersji Oświęcim :-( Mały, koślawy, obciągnięty skórą psi szkielet. Gdy Glisia biegnie, każda łapka żyje własnym życiem, tzn. wywija się bardzo dziwacznie w różne strony. Mimo to Glisia utrzymuje zadany ciału kierunek ruchu, ba nawet zwinnie podskakuje radośnie koło człowieka. Koni się w ogóle nie boi, leżącego Nika obszczekała (gdy wstawał, odsunęła się z szacunkiem), ale do hucka podeszła śmiało i zaparkowała (ku mojej zgrozie) opierając się o jego zadnią nogę! Na szczęście hucek tylko się skrzywił i dalej jadł siano. Ponadto Glisia ma niewiarygodnie długi szczupły pyszczek. I oczywiście śmierdzi.
Urządziliśmy jej schron najpierw pod domem (w osłoniętej psiej klatce wymoszczonej sianem), a wczoraj, z racji mrozu, przenieśliśmy do stajni i umieściliśmy koło Siwki.
Zapoznanie z naszymi psami (początkowo przez kraty klatki) zniosła godnie; Monkę zignorowała, na Fućkę nawarczała, dopiero Bobek rzucił ją na kolana; doskoczył do klatki, rozdziawił paszczę, ryknął i Glisia momentalnie straciła cały bojowy animusz ;-) I dobrze, bo tylko dzięki uległości przeżyje w Gawłowie. Nasze psy nie atakują osobników nie-stawiających się... Glisia nie miałaby z nimi ŻADNYCH szans... Na moich oczach powaliły potężnego czarnego psa, który nieopatrznie zapędził się na nasze pole... Całe szczęście, że pies nie w ciemię bity; momentalnie ocenił swoje szanse i walnąl na glebę pokazując brzucho... Stare zaraz go puściły i tylko Monka pognała kawałek za umykającym pokonanym poszczekując i prezentując futro a la jeżozwierz... Taka zawzięta psia... Zapowiada się na niezłe ziółko; najmniejsza z miotu (teraz już widać, że będzie potężniejsza od Fućki Rodzicielki), od samego początku bardzo bojowa. Ulubienica Bobusia, który zapamiętale szkoli ją po całych dniach w rozmaitych psich technikach (walki, zaboru ludzkiego mienia, szarpania szmat i innych rzeczy, którymi da się majtać etc.)
Lepiej niech się Glisia ma na baczności. Docelowo będziemy szukać dla niej domu, bo nasi psi mogą ją wykończyć chociażby przypadkowo, podczas zabawy... Monka już jej ze 3 razy przydepnęła ogon nawet tego nie zauważając...
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Siwkowe podarunki :-)
W pierwszy dzień Świąt zastałam Siwkę wieczorem w boksie (22.00) na leżąco. Gdy weszłam do stajni uniosła głowę, zbystrzyła wzrok, błysnęła białkiem (jak to dzika ;-) Ale nie wstała, więc wpełzłam do boksu. Siwe popatrzyło i z powrotem zwiesiło głowę. Pozwoliła mi ze sobą posiedzieć, pomiziać się i szeptać do uszka z 15 minut, zanim wstała. Pierwszy raz w życiu :-) Bardzo rzadko widuję ją na leżąco, a już żeby się do leżącej zbliżyć... Taki prezent na Święta :-))
A Gośce zrobiła podarek gryząc ją w but! Gośka wlazła na kostki siana ułożone wzdłuż siwego boksu. Usadowiła się hen wysoko, koło wiaderka z marchewkami i poczęstowała Siwkę. Siwe oczywiście dawaj kombinować, jak tu kolejną przekąskę pozyskać... Najpierw wyginała szyjkę w łuczek (ładny konik, ładny konik...), potem wyciągała łebek, w końcu zaczęła Gośkę nosem trącać i skubnęła zębem w trapera. Dziecięciu tak się ta siwa inicjatywa spodobała, że nagrodziła wyczyn marchewką. I już za chwilę było mamo, weź ją! Bo Siwe z uporem maniaka, jeszcze dobrze nie przełknęła a już Gośkowy but podskubywała ponownie. Nie pomagały zmiany pozycji, chowanie nóg pod siebie, próby unikania i manewrowania (dziecię o mało z siana nie glebnęło ;-). Siwka za każdym razem dosięgała tam, gdzie chciała. Nie ma to jak motywowanie do czynu żarciem... Ale żeby prawopółkulowca? Świat się kończy, Panie...
Święta minęły, jak to zwykle bywa, niepostrzeżenie. Czyli jak co roku, wiele hałasu o nic ;-) Aczkolwiek Święta na swoim to zupełnie inna bajka.
W pierwszy dzień (25.XII) mieliśmy... ewakuację siana. Ze stodoły oczywiście. W tygodniu puściły kolejne krokwie i złośliwy dach złożył się CENTRALNIE nad zgromadzonym sianem. Jakby nie mógł w innym miejscu. A najlepiej WCALE; mógłby przestać spokojnie do wiosny a nie cudować w zimie... I to jeszcze tuż przed Świętami!
Dzięki sąsiedzkiej pomocy (dwóch dorosłych i dwóch młodzieńców) calutkie siano udało się wydobyć spod zwałki. Ale do wiosny i tak nie dociągniemy. Trzeba będzie coś dokupić, żeby zwierzyniec nie stracił krągłości...
Siano częściowo zawala korytarz wokół Siwki a ta małpa co noc wciągała sobie CAŁĄ WIELKĄ KOSTKĘ do boksu. Spreparowałam więc że niby pastucha nad górną boksową deską, może Siwka nie wyczai, że to tylko prądowa atrapa ;-) To, co się nie zmieściło w stajni, zalega na środku stodoły, który to środek wygląda w miarę solidnie. Znaczy, może dostoi do wiosny...
Jesienne podchody ku poprawianiu budowli spełzły na niczym; wykonawca już był umówiony, kredyt wzięty a jak przyszło co do czego, okazało się, że w umówionej cenie ja miałam na myśli remont CAŁEJ stodoły a wykonawca jedynie postawienie konstrukcji nośnej... Nie ma to jak konkrety w biznesie ;-)
I tak oto powstał pomysł budowania stajenki drewnianej a sprawa stodoły zawisła w próżni. Ostatnio jednak poraziła mnie NAGŁA MYŚL, że przecież możemy postawić coś na kształt stodoły alternatywnej, która nie kosztowałoby 20.000 (lekko licząc...) I oto wygrzebałam na allegro w cenie całkiem niezłej tzw. blaszak... Przecież w Celbancie (olśniło mnie 2 dni temu) trzymają siano w blaszanej hali... Nam wielka hala niepotrzebna, ale stodółka na modłę garażu, czemu nie...? Już wysłałam zapytanie do Producenta, czy nie wykonałby wersji podwyższonej... Wprawdzie taki blaszak to twór dość obleśny, ale jakby go tak maznąć w kolorze brąz... Może byłoby toto wizualnie strawne... Albo z czasem jakimi drzewnianymi obladrami obłożyć...?
I tak oto przyziemnie wygląda życie właściciela stajni... Chciało się, to się ma... Udaję, że nie widzę zawiedzionych min moich starych koni, gdy odchodzę po rozrzuceniu siana czy napełnieniu poidła... Zazwyczaj wędrują za mna do samej bramki i sterczą tak, nawet gdy zniknę im z oczu (podglądałam przez dziurę w komórce, to wiem... ;-)
up-date:
Pan Producent stodoły alternatywnej właśnie mnie poinformował, że blaszak podwyższony byłby 4 razy droższy niż standard... O, i znowu mam nad czym myśleć, cholera...




A Gośce zrobiła podarek gryząc ją w but! Gośka wlazła na kostki siana ułożone wzdłuż siwego boksu. Usadowiła się hen wysoko, koło wiaderka z marchewkami i poczęstowała Siwkę. Siwe oczywiście dawaj kombinować, jak tu kolejną przekąskę pozyskać... Najpierw wyginała szyjkę w łuczek (ładny konik, ładny konik...), potem wyciągała łebek, w końcu zaczęła Gośkę nosem trącać i skubnęła zębem w trapera. Dziecięciu tak się ta siwa inicjatywa spodobała, że nagrodziła wyczyn marchewką. I już za chwilę było mamo, weź ją! Bo Siwe z uporem maniaka, jeszcze dobrze nie przełknęła a już Gośkowy but podskubywała ponownie. Nie pomagały zmiany pozycji, chowanie nóg pod siebie, próby unikania i manewrowania (dziecię o mało z siana nie glebnęło ;-). Siwka za każdym razem dosięgała tam, gdzie chciała. Nie ma to jak motywowanie do czynu żarciem... Ale żeby prawopółkulowca? Świat się kończy, Panie...
Święta minęły, jak to zwykle bywa, niepostrzeżenie. Czyli jak co roku, wiele hałasu o nic ;-) Aczkolwiek Święta na swoim to zupełnie inna bajka.
W pierwszy dzień (25.XII) mieliśmy... ewakuację siana. Ze stodoły oczywiście. W tygodniu puściły kolejne krokwie i złośliwy dach złożył się CENTRALNIE nad zgromadzonym sianem. Jakby nie mógł w innym miejscu. A najlepiej WCALE; mógłby przestać spokojnie do wiosny a nie cudować w zimie... I to jeszcze tuż przed Świętami!
Dzięki sąsiedzkiej pomocy (dwóch dorosłych i dwóch młodzieńców) calutkie siano udało się wydobyć spod zwałki. Ale do wiosny i tak nie dociągniemy. Trzeba będzie coś dokupić, żeby zwierzyniec nie stracił krągłości...
Siano częściowo zawala korytarz wokół Siwki a ta małpa co noc wciągała sobie CAŁĄ WIELKĄ KOSTKĘ do boksu. Spreparowałam więc że niby pastucha nad górną boksową deską, może Siwka nie wyczai, że to tylko prądowa atrapa ;-) To, co się nie zmieściło w stajni, zalega na środku stodoły, który to środek wygląda w miarę solidnie. Znaczy, może dostoi do wiosny...
Jesienne podchody ku poprawianiu budowli spełzły na niczym; wykonawca już był umówiony, kredyt wzięty a jak przyszło co do czego, okazało się, że w umówionej cenie ja miałam na myśli remont CAŁEJ stodoły a wykonawca jedynie postawienie konstrukcji nośnej... Nie ma to jak konkrety w biznesie ;-)
I tak oto powstał pomysł budowania stajenki drewnianej a sprawa stodoły zawisła w próżni. Ostatnio jednak poraziła mnie NAGŁA MYŚL, że przecież możemy postawić coś na kształt stodoły alternatywnej, która nie kosztowałoby 20.000 (lekko licząc...) I oto wygrzebałam na allegro w cenie całkiem niezłej tzw. blaszak... Przecież w Celbancie (olśniło mnie 2 dni temu) trzymają siano w blaszanej hali... Nam wielka hala niepotrzebna, ale stodółka na modłę garażu, czemu nie...? Już wysłałam zapytanie do Producenta, czy nie wykonałby wersji podwyższonej... Wprawdzie taki blaszak to twór dość obleśny, ale jakby go tak maznąć w kolorze brąz... Może byłoby toto wizualnie strawne... Albo z czasem jakimi drzewnianymi obladrami obłożyć...?
I tak oto przyziemnie wygląda życie właściciela stajni... Chciało się, to się ma... Udaję, że nie widzę zawiedzionych min moich starych koni, gdy odchodzę po rozrzuceniu siana czy napełnieniu poidła... Zazwyczaj wędrują za mna do samej bramki i sterczą tak, nawet gdy zniknę im z oczu (podglądałam przez dziurę w komórce, to wiem... ;-)
up-date:
Pan Producent stodoły alternatywnej właśnie mnie poinformował, że blaszak podwyższony byłby 4 razy droższy niż standard... O, i znowu mam nad czym myśleć, cholera...
czwartek, 17 grudnia 2009
Uczyć się, uczyć...!
Odpowiednia aura na never-ending self-improvement ;-) Czyli zgłębianie teorii, po mojemu...
Wczoraj odebrałam DVD szkoleniowe Craiga Johnsona (reining). Aaaa, Basics... to rewelacja! Wyłożone jak chłop krowie na rowie; leg cues, rein cues etc... Teraz wiem już WSZYSTKO. Wcześniej niby też wiedziałam, ale prostota przekazu Pana Johnsona wprost mnie poraziła... Chwilowo pobił w moim osobistym rankingu Panów Trenerów Western Riding'u nawet Pana Clintona Andersona...
O, Hucek, Mały Dziadu! Ty padniesz ofiarą moich zapędów jako pierwszy!
(w razie czego, blisko do ziemi ;-)
...byś tylko trochę futro przyczesał, bo nie wiem, czy dopniemy popręg, Mamucie Jeden :-)
W kwestii spraw pod-choinkowych...
Dla Fiśka-Szamanka zakupiłam elegancki skórzany side-pull odpowiedniego rozmiaru czyli XXXL. Trochę perypetii z tym było, bo wykonawca lekko nie-kumaty chyba... Ustrojstwo robione na wymiar (wygląda prawie jak Continental ;-), ale podgardle przysłali wcale nie o 10 cm. dłuższe, jak sobie zażyczyłam, tylko standard. W obliczu reklamacji zareagowali błyskawicznie i dosłali mi dłuższy pasek.... podżuchwowy... Aaa, trudno. Już wykombinowałam, że zrobię z niego po prostu przedłużkę do podgardla i styka... Fisiek się zachwyci... Elegancka jasna skórka z białym nachrapnikiem... Ależ będzie paszczą czyhał na nowość :-))
...i upolowałam na allegro cudne ogłowie Continental'a z wędzidłem ! Rewhide, wędzidło podwójnie łamane z zabaweczką (miedziana roleczka), D-ring, czarne o podrdzewiałym looku, znaczy słodkie - na takie polowałam od dłuższego czasu i nigdzie w Polsce nie mogłam znaleźć :-) Toto Siwka dostanie. Ciekawe, czy się ucieszy... Ja bym się cieszyła ;-))
Hucek będzie szczęśliwy, jak dostanie coś do żarcia... Ten przynajmniej jest minimalista ;-)
Jeszcze tylko psi zostali do prezentowania... No i gwóźdź programu: Oblubieniec ;-))
Wczoraj odebrałam DVD szkoleniowe Craiga Johnsona (reining). Aaaa, Basics... to rewelacja! Wyłożone jak chłop krowie na rowie; leg cues, rein cues etc... Teraz wiem już WSZYSTKO. Wcześniej niby też wiedziałam, ale prostota przekazu Pana Johnsona wprost mnie poraziła... Chwilowo pobił w moim osobistym rankingu Panów Trenerów Western Riding'u nawet Pana Clintona Andersona...
O, Hucek, Mały Dziadu! Ty padniesz ofiarą moich zapędów jako pierwszy!
(w razie czego, blisko do ziemi ;-)
...byś tylko trochę futro przyczesał, bo nie wiem, czy dopniemy popręg, Mamucie Jeden :-)
W kwestii spraw pod-choinkowych...
Dla Fiśka-Szamanka zakupiłam elegancki skórzany side-pull odpowiedniego rozmiaru czyli XXXL. Trochę perypetii z tym było, bo wykonawca lekko nie-kumaty chyba... Ustrojstwo robione na wymiar (wygląda prawie jak Continental ;-), ale podgardle przysłali wcale nie o 10 cm. dłuższe, jak sobie zażyczyłam, tylko standard. W obliczu reklamacji zareagowali błyskawicznie i dosłali mi dłuższy pasek.... podżuchwowy... Aaa, trudno. Już wykombinowałam, że zrobię z niego po prostu przedłużkę do podgardla i styka... Fisiek się zachwyci... Elegancka jasna skórka z białym nachrapnikiem... Ależ będzie paszczą czyhał na nowość :-))
...i upolowałam na allegro cudne ogłowie Continental'a z wędzidłem ! Rewhide, wędzidło podwójnie łamane z zabaweczką (miedziana roleczka), D-ring, czarne o podrdzewiałym looku, znaczy słodkie - na takie polowałam od dłuższego czasu i nigdzie w Polsce nie mogłam znaleźć :-) Toto Siwka dostanie. Ciekawe, czy się ucieszy... Ja bym się cieszyła ;-))
Hucek będzie szczęśliwy, jak dostanie coś do żarcia... Ten przynajmniej jest minimalista ;-)
Jeszcze tylko psi zostali do prezentowania... No i gwóźdź programu: Oblubieniec ;-))
poniedziałek, 14 grudnia 2009
Zima zaatakowała
Jeszcze w piątek wieczorem topiłam się za stodołą w błocie a już w sobotę rano tłukłam lód w końskich wiaderkach z wodą...
Czy to z powodu nagłej zmiany aury, czy to z jakiegokolwiek innego powodu, w sobotę konie odmówiły opuszczenia stajni. Protest rozpoczął hucek: w ogóle się nie pofatygował za mną do bramki padokowej (zawsze wędruje, gdy widzi, że otwieram końskie przestrzenie). Został pod stajnią. Otworzyłam wrota, towarzystwo zarżało powitalnie (najgłośniej Fisiek, Niko ciszej, Siwe zrobiło tylko minę dzień dobry...). Niko z boksu nie chciał wyleźć, w końcu się wytoczył, ale zaraz przed stajnią przystanął, obok hucka. Musiałam użyć przymusu pośredniego, czyli driving game vel. presji na odległość końcem uwiązu... Nasi też się przyblokowali, zwłaszcza Fisiek (mimo, że przy wypuszczaniu Nika nogą grzebnął) po drodze się co i raz zawieruszał, przystawał, pogapywał wokoło. Jakby było na co...
JA miałam na co się gapić... Puściła kolejna belka nośna w stodole i dach runął do środka. Runął, czyli zapadł się około 1 m. Szczęście w nieszczęściu złamana konstrukcja oparła się na zgromadzonych w środku kostkach siana, czyli budowla jako taka jeszcze stoi. I przypomina stodołę. Siano na szczęście przykryłam przezornie jeszcze u schyłku lata plandeką, ale i tak wymaga ewakuacji...
W sobotę oczywiście zamiast jeździectwa (eee, chyba w ogóle przestanę mówić, że jeżdżę konno... pewnie już nawet nie pamiętam, jak się to robi...) było przetransportowywanie siana do stajni. Upychałam kostki na maksa wokół boksu Siwki, w wyniku czego powstał bunkier dla psów (psy, póki nie ma dużego mrozu, cały czas sypiają w stajni...) Woziłam te kostki przez pół dnia (3 sztuki tylko mi na taczkę wchodzą) co było czynnością dość ryzykowną, bo stodoła może się przecież w końcu całkowicie zawalić... W dowolnie wybranym przez siebie momencie...
Całego siana oczywiście nie wywiozłam. Wolne miejsce w stajni się skończyło... Żeby już w końcu ta nowa stanęła... Jakoś nie mam przekonania, czy zbudujemy się przez Świętami. Za dużo tzw. przeciwności losu...
Konie za to grzeczne, Siwe wodzi za mną maślanym wzrokiem, podchodzi za każdym razem sama z siebie (ona, niedotykalska z natury), interesuje się, uczestniczy. Głównie w jedzeniu siana uczestniczy ;-) Jak cała reszta przewalającego się po padokach stada :-)
Hucek jedynie prezentuje nieodmiennie chmurną minę informując cały świat, że człowiek do szczęścia nie jest mu absolutnie potrzebny... Chyba, że akuratnie człowiek niesie coś do jedzenia...
Ale nogi do czyszczenia podał ostatnio idealnie. Na wolności, pod stajnią. Mały Gruby Kosmaty Niekonsekwentny Dziwak :-)
Czy to z powodu nagłej zmiany aury, czy to z jakiegokolwiek innego powodu, w sobotę konie odmówiły opuszczenia stajni. Protest rozpoczął hucek: w ogóle się nie pofatygował za mną do bramki padokowej (zawsze wędruje, gdy widzi, że otwieram końskie przestrzenie). Został pod stajnią. Otworzyłam wrota, towarzystwo zarżało powitalnie (najgłośniej Fisiek, Niko ciszej, Siwe zrobiło tylko minę dzień dobry...). Niko z boksu nie chciał wyleźć, w końcu się wytoczył, ale zaraz przed stajnią przystanął, obok hucka. Musiałam użyć przymusu pośredniego, czyli driving game vel. presji na odległość końcem uwiązu... Nasi też się przyblokowali, zwłaszcza Fisiek (mimo, że przy wypuszczaniu Nika nogą grzebnął) po drodze się co i raz zawieruszał, przystawał, pogapywał wokoło. Jakby było na co...
JA miałam na co się gapić... Puściła kolejna belka nośna w stodole i dach runął do środka. Runął, czyli zapadł się około 1 m. Szczęście w nieszczęściu złamana konstrukcja oparła się na zgromadzonych w środku kostkach siana, czyli budowla jako taka jeszcze stoi. I przypomina stodołę. Siano na szczęście przykryłam przezornie jeszcze u schyłku lata plandeką, ale i tak wymaga ewakuacji...
W sobotę oczywiście zamiast jeździectwa (eee, chyba w ogóle przestanę mówić, że jeżdżę konno... pewnie już nawet nie pamiętam, jak się to robi...) było przetransportowywanie siana do stajni. Upychałam kostki na maksa wokół boksu Siwki, w wyniku czego powstał bunkier dla psów (psy, póki nie ma dużego mrozu, cały czas sypiają w stajni...) Woziłam te kostki przez pół dnia (3 sztuki tylko mi na taczkę wchodzą) co było czynnością dość ryzykowną, bo stodoła może się przecież w końcu całkowicie zawalić... W dowolnie wybranym przez siebie momencie...
Całego siana oczywiście nie wywiozłam. Wolne miejsce w stajni się skończyło... Żeby już w końcu ta nowa stanęła... Jakoś nie mam przekonania, czy zbudujemy się przez Świętami. Za dużo tzw. przeciwności losu...
Konie za to grzeczne, Siwe wodzi za mną maślanym wzrokiem, podchodzi za każdym razem sama z siebie (ona, niedotykalska z natury), interesuje się, uczestniczy. Głównie w jedzeniu siana uczestniczy ;-) Jak cała reszta przewalającego się po padokach stada :-)
Hucek jedynie prezentuje nieodmiennie chmurną minę informując cały świat, że człowiek do szczęścia nie jest mu absolutnie potrzebny... Chyba, że akuratnie człowiek niesie coś do jedzenia...
Ale nogi do czyszczenia podał ostatnio idealnie. Na wolności, pod stajnią. Mały Gruby Kosmaty Niekonsekwentny Dziwak :-)
poniedziałek, 7 grudnia 2009
Edukacja własna
Ja to mam w życiu szczęście ;-) Nie ma to jak zachorować w odpowiednim czasie :-)
Dostało się 4 dni zwolnienia, obejrzało się nowe materiały edukacyjne :-))
4 levele w 2 dni! niby żaden wyczyn patrząc na objętość, ale za to ile nowych bodźców wzrokowych! Niby nic nowego, parę trafnych powiedzonek (who is whi in the ZOO; monkey SEE, monkey DO; THRUST is GOOD, CONTROL is BETTER...) a jednak materiały BARDZO fajne :-) W końcu rozjaśniły mi się kwestie jeździeckie, logicznie wynikają z wcześniejszych działań naziemnych :-)
Oprócz zagadnień związanych z PNH, zgłębiałam powtórnie Clintona Andersona (wszystko przez Kelly ;-) Poza drobnymi niuansami nie ma w jego naukach jeździeckich sprzeczności z Parellimi. Jest za to krok-po-kroku robienie fajnego, bezpiecznego konia westernowego.
No, Moje Konie! Może by się w końcu wypadało za Was wziąć? W swych zapędach do edukowania trzódki nawet ostrogi piękne westernowe (łagodne) zawiozłam na weekend na wieś (do tej pory ozdabiały mój miejski pokój) i zamontowałam na kowbojkach. I jeszcze przymierzyłam na hucka mecate reins (przez Pana Parellego zwanymi horseman's reins) i dopasowałam mu długość wodzy, bo te finesse, na których na nim jeżdżę są za długie (nawet te krótsze, Siwkowe). I na tym się skończyło ;-) Koniom się upiekło, bo padało no i nie wypadało moczyć sprzętu ;-)
Była tylko mała sesja wygłupowa w błocie (umiarkowanym) z moimi weteranami.
Najpierw wsadziłam Siwe na chwilę w chambon-gumę pokazać Ali plus sprawdzić, czy Siwe pamięta, jak się należy zachowywać w tym ustrojstwie (z półtora roku tego na sobie nie miała). Siwe błyskawicznie zrobiło się koń w ramie westowej :-)) Okrągłe, nos tropiący, dupsko jak u quartera... 2 kółka kłusem travelling CG w prawo, 2 w lewo i się rozebrałyśmy z patentu ;-) Siwka uwolniona z pęt emanowała energią, więc polatałyśmy kłusem chodem bocznym wzdłuż ogrodzenia padoku a nawet uwaga! galopem (3 foule). Najpierw na linie, potem bez liny. Jakoś tak spontanicznie poszło w kierunku ganianek (dawno tego u nas nie było), Fisiek od razu się do nas przyłączył, oczywiście od razu posłał we mnie tłusty zadek z kwiknięciem... były wściekłe galopy ze skakaniem przez stertę opon, ślizgi i inne wygibasy. Siwka walnęła nawet przede mną 3 razy małe dęba przybiegając na wezwanie... Tak się rozbawiła :-))
Uszargały się zwierzaki jak prosięta, ale mordy miały zadowolone :-) Sterczały potem oba koło mnie z dwóch stron ze zwieszonymi głowami; Siwe grzecznie z prawej, Fisiek niegrzecznie z lewej: ziewał, rozdziawiał paszczę, podawał mi jęzor i udawał, że pieszczotliwie smyra mnie noskiem a w rzeczywistości podstępnie polował na fragmenty mojej kurtki; niby się przytulał, ale powolutku-pocichutku brał do gęby i memlał a to patkę, a to sznureczek a to co mu się tam udało chyłkiem capnąć...
Ala oczywiście na Niku jeździła... Mimo deszczu... Ech, młodość... Gdybym ja, Panie, była w jej wieku...
;-)
Dostało się 4 dni zwolnienia, obejrzało się nowe materiały edukacyjne :-))
4 levele w 2 dni! niby żaden wyczyn patrząc na objętość, ale za to ile nowych bodźców wzrokowych! Niby nic nowego, parę trafnych powiedzonek (who is whi in the ZOO; monkey SEE, monkey DO; THRUST is GOOD, CONTROL is BETTER...) a jednak materiały BARDZO fajne :-) W końcu rozjaśniły mi się kwestie jeździeckie, logicznie wynikają z wcześniejszych działań naziemnych :-)
Oprócz zagadnień związanych z PNH, zgłębiałam powtórnie Clintona Andersona (wszystko przez Kelly ;-) Poza drobnymi niuansami nie ma w jego naukach jeździeckich sprzeczności z Parellimi. Jest za to krok-po-kroku robienie fajnego, bezpiecznego konia westernowego.
No, Moje Konie! Może by się w końcu wypadało za Was wziąć? W swych zapędach do edukowania trzódki nawet ostrogi piękne westernowe (łagodne) zawiozłam na weekend na wieś (do tej pory ozdabiały mój miejski pokój) i zamontowałam na kowbojkach. I jeszcze przymierzyłam na hucka mecate reins (przez Pana Parellego zwanymi horseman's reins) i dopasowałam mu długość wodzy, bo te finesse, na których na nim jeżdżę są za długie (nawet te krótsze, Siwkowe). I na tym się skończyło ;-) Koniom się upiekło, bo padało no i nie wypadało moczyć sprzętu ;-)
Była tylko mała sesja wygłupowa w błocie (umiarkowanym) z moimi weteranami.
Najpierw wsadziłam Siwe na chwilę w chambon-gumę pokazać Ali plus sprawdzić, czy Siwe pamięta, jak się należy zachowywać w tym ustrojstwie (z półtora roku tego na sobie nie miała). Siwe błyskawicznie zrobiło się koń w ramie westowej :-)) Okrągłe, nos tropiący, dupsko jak u quartera... 2 kółka kłusem travelling CG w prawo, 2 w lewo i się rozebrałyśmy z patentu ;-) Siwka uwolniona z pęt emanowała energią, więc polatałyśmy kłusem chodem bocznym wzdłuż ogrodzenia padoku a nawet uwaga! galopem (3 foule). Najpierw na linie, potem bez liny. Jakoś tak spontanicznie poszło w kierunku ganianek (dawno tego u nas nie było), Fisiek od razu się do nas przyłączył, oczywiście od razu posłał we mnie tłusty zadek z kwiknięciem... były wściekłe galopy ze skakaniem przez stertę opon, ślizgi i inne wygibasy. Siwka walnęła nawet przede mną 3 razy małe dęba przybiegając na wezwanie... Tak się rozbawiła :-))
Uszargały się zwierzaki jak prosięta, ale mordy miały zadowolone :-) Sterczały potem oba koło mnie z dwóch stron ze zwieszonymi głowami; Siwe grzecznie z prawej, Fisiek niegrzecznie z lewej: ziewał, rozdziawiał paszczę, podawał mi jęzor i udawał, że pieszczotliwie smyra mnie noskiem a w rzeczywistości podstępnie polował na fragmenty mojej kurtki; niby się przytulał, ale powolutku-pocichutku brał do gęby i memlał a to patkę, a to sznureczek a to co mu się tam udało chyłkiem capnąć...
Ala oczywiście na Niku jeździła... Mimo deszczu... Ech, młodość... Gdybym ja, Panie, była w jej wieku...
;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)