Odpowiednia aura na never-ending self-improvement ;-) Czyli zgłębianie teorii, po mojemu...
Wczoraj odebrałam DVD szkoleniowe Craiga Johnsona (reining). Aaaa, Basics... to rewelacja! Wyłożone jak chłop krowie na rowie; leg cues, rein cues etc... Teraz wiem już WSZYSTKO. Wcześniej niby też wiedziałam, ale prostota przekazu Pana Johnsona wprost mnie poraziła... Chwilowo pobił w moim osobistym rankingu Panów Trenerów Western Riding'u nawet Pana Clintona Andersona...
O, Hucek, Mały Dziadu! Ty padniesz ofiarą moich zapędów jako pierwszy!
(w razie czego, blisko do ziemi ;-)
...byś tylko trochę futro przyczesał, bo nie wiem, czy dopniemy popręg, Mamucie Jeden :-)
W kwestii spraw pod-choinkowych...
Dla Fiśka-Szamanka zakupiłam elegancki skórzany side-pull odpowiedniego rozmiaru czyli XXXL. Trochę perypetii z tym było, bo wykonawca lekko nie-kumaty chyba... Ustrojstwo robione na wymiar (wygląda prawie jak Continental ;-), ale podgardle przysłali wcale nie o 10 cm. dłuższe, jak sobie zażyczyłam, tylko standard. W obliczu reklamacji zareagowali błyskawicznie i dosłali mi dłuższy pasek.... podżuchwowy... Aaa, trudno. Już wykombinowałam, że zrobię z niego po prostu przedłużkę do podgardla i styka... Fisiek się zachwyci... Elegancka jasna skórka z białym nachrapnikiem... Ależ będzie paszczą czyhał na nowość :-))
...i upolowałam na allegro cudne ogłowie Continental'a z wędzidłem ! Rewhide, wędzidło podwójnie łamane z zabaweczką (miedziana roleczka), D-ring, czarne o podrdzewiałym looku, znaczy słodkie - na takie polowałam od dłuższego czasu i nigdzie w Polsce nie mogłam znaleźć :-) Toto Siwka dostanie. Ciekawe, czy się ucieszy... Ja bym się cieszyła ;-))
Hucek będzie szczęśliwy, jak dostanie coś do żarcia... Ten przynajmniej jest minimalista ;-)
Jeszcze tylko psi zostali do prezentowania... No i gwóźdź programu: Oblubieniec ;-))
"Pracuj nad sobą a z koniem się baw" Pat Parelli
czwartek, 17 grudnia 2009
poniedziałek, 14 grudnia 2009
Zima zaatakowała
Jeszcze w piątek wieczorem topiłam się za stodołą w błocie a już w sobotę rano tłukłam lód w końskich wiaderkach z wodą...
Czy to z powodu nagłej zmiany aury, czy to z jakiegokolwiek innego powodu, w sobotę konie odmówiły opuszczenia stajni. Protest rozpoczął hucek: w ogóle się nie pofatygował za mną do bramki padokowej (zawsze wędruje, gdy widzi, że otwieram końskie przestrzenie). Został pod stajnią. Otworzyłam wrota, towarzystwo zarżało powitalnie (najgłośniej Fisiek, Niko ciszej, Siwe zrobiło tylko minę dzień dobry...). Niko z boksu nie chciał wyleźć, w końcu się wytoczył, ale zaraz przed stajnią przystanął, obok hucka. Musiałam użyć przymusu pośredniego, czyli driving game vel. presji na odległość końcem uwiązu... Nasi też się przyblokowali, zwłaszcza Fisiek (mimo, że przy wypuszczaniu Nika nogą grzebnął) po drodze się co i raz zawieruszał, przystawał, pogapywał wokoło. Jakby było na co...
JA miałam na co się gapić... Puściła kolejna belka nośna w stodole i dach runął do środka. Runął, czyli zapadł się około 1 m. Szczęście w nieszczęściu złamana konstrukcja oparła się na zgromadzonych w środku kostkach siana, czyli budowla jako taka jeszcze stoi. I przypomina stodołę. Siano na szczęście przykryłam przezornie jeszcze u schyłku lata plandeką, ale i tak wymaga ewakuacji...
W sobotę oczywiście zamiast jeździectwa (eee, chyba w ogóle przestanę mówić, że jeżdżę konno... pewnie już nawet nie pamiętam, jak się to robi...) było przetransportowywanie siana do stajni. Upychałam kostki na maksa wokół boksu Siwki, w wyniku czego powstał bunkier dla psów (psy, póki nie ma dużego mrozu, cały czas sypiają w stajni...) Woziłam te kostki przez pół dnia (3 sztuki tylko mi na taczkę wchodzą) co było czynnością dość ryzykowną, bo stodoła może się przecież w końcu całkowicie zawalić... W dowolnie wybranym przez siebie momencie...
Całego siana oczywiście nie wywiozłam. Wolne miejsce w stajni się skończyło... Żeby już w końcu ta nowa stanęła... Jakoś nie mam przekonania, czy zbudujemy się przez Świętami. Za dużo tzw. przeciwności losu...
Konie za to grzeczne, Siwe wodzi za mną maślanym wzrokiem, podchodzi za każdym razem sama z siebie (ona, niedotykalska z natury), interesuje się, uczestniczy. Głównie w jedzeniu siana uczestniczy ;-) Jak cała reszta przewalającego się po padokach stada :-)
Hucek jedynie prezentuje nieodmiennie chmurną minę informując cały świat, że człowiek do szczęścia nie jest mu absolutnie potrzebny... Chyba, że akuratnie człowiek niesie coś do jedzenia...
Ale nogi do czyszczenia podał ostatnio idealnie. Na wolności, pod stajnią. Mały Gruby Kosmaty Niekonsekwentny Dziwak :-)
Czy to z powodu nagłej zmiany aury, czy to z jakiegokolwiek innego powodu, w sobotę konie odmówiły opuszczenia stajni. Protest rozpoczął hucek: w ogóle się nie pofatygował za mną do bramki padokowej (zawsze wędruje, gdy widzi, że otwieram końskie przestrzenie). Został pod stajnią. Otworzyłam wrota, towarzystwo zarżało powitalnie (najgłośniej Fisiek, Niko ciszej, Siwe zrobiło tylko minę dzień dobry...). Niko z boksu nie chciał wyleźć, w końcu się wytoczył, ale zaraz przed stajnią przystanął, obok hucka. Musiałam użyć przymusu pośredniego, czyli driving game vel. presji na odległość końcem uwiązu... Nasi też się przyblokowali, zwłaszcza Fisiek (mimo, że przy wypuszczaniu Nika nogą grzebnął) po drodze się co i raz zawieruszał, przystawał, pogapywał wokoło. Jakby było na co...
JA miałam na co się gapić... Puściła kolejna belka nośna w stodole i dach runął do środka. Runął, czyli zapadł się około 1 m. Szczęście w nieszczęściu złamana konstrukcja oparła się na zgromadzonych w środku kostkach siana, czyli budowla jako taka jeszcze stoi. I przypomina stodołę. Siano na szczęście przykryłam przezornie jeszcze u schyłku lata plandeką, ale i tak wymaga ewakuacji...
W sobotę oczywiście zamiast jeździectwa (eee, chyba w ogóle przestanę mówić, że jeżdżę konno... pewnie już nawet nie pamiętam, jak się to robi...) było przetransportowywanie siana do stajni. Upychałam kostki na maksa wokół boksu Siwki, w wyniku czego powstał bunkier dla psów (psy, póki nie ma dużego mrozu, cały czas sypiają w stajni...) Woziłam te kostki przez pół dnia (3 sztuki tylko mi na taczkę wchodzą) co było czynnością dość ryzykowną, bo stodoła może się przecież w końcu całkowicie zawalić... W dowolnie wybranym przez siebie momencie...
Całego siana oczywiście nie wywiozłam. Wolne miejsce w stajni się skończyło... Żeby już w końcu ta nowa stanęła... Jakoś nie mam przekonania, czy zbudujemy się przez Świętami. Za dużo tzw. przeciwności losu...
Konie za to grzeczne, Siwe wodzi za mną maślanym wzrokiem, podchodzi za każdym razem sama z siebie (ona, niedotykalska z natury), interesuje się, uczestniczy. Głównie w jedzeniu siana uczestniczy ;-) Jak cała reszta przewalającego się po padokach stada :-)
Hucek jedynie prezentuje nieodmiennie chmurną minę informując cały świat, że człowiek do szczęścia nie jest mu absolutnie potrzebny... Chyba, że akuratnie człowiek niesie coś do jedzenia...
Ale nogi do czyszczenia podał ostatnio idealnie. Na wolności, pod stajnią. Mały Gruby Kosmaty Niekonsekwentny Dziwak :-)
poniedziałek, 7 grudnia 2009
Edukacja własna
Ja to mam w życiu szczęście ;-) Nie ma to jak zachorować w odpowiednim czasie :-)
Dostało się 4 dni zwolnienia, obejrzało się nowe materiały edukacyjne :-))
4 levele w 2 dni! niby żaden wyczyn patrząc na objętość, ale za to ile nowych bodźców wzrokowych! Niby nic nowego, parę trafnych powiedzonek (who is whi in the ZOO; monkey SEE, monkey DO; THRUST is GOOD, CONTROL is BETTER...) a jednak materiały BARDZO fajne :-) W końcu rozjaśniły mi się kwestie jeździeckie, logicznie wynikają z wcześniejszych działań naziemnych :-)
Oprócz zagadnień związanych z PNH, zgłębiałam powtórnie Clintona Andersona (wszystko przez Kelly ;-) Poza drobnymi niuansami nie ma w jego naukach jeździeckich sprzeczności z Parellimi. Jest za to krok-po-kroku robienie fajnego, bezpiecznego konia westernowego.
No, Moje Konie! Może by się w końcu wypadało za Was wziąć? W swych zapędach do edukowania trzódki nawet ostrogi piękne westernowe (łagodne) zawiozłam na weekend na wieś (do tej pory ozdabiały mój miejski pokój) i zamontowałam na kowbojkach. I jeszcze przymierzyłam na hucka mecate reins (przez Pana Parellego zwanymi horseman's reins) i dopasowałam mu długość wodzy, bo te finesse, na których na nim jeżdżę są za długie (nawet te krótsze, Siwkowe). I na tym się skończyło ;-) Koniom się upiekło, bo padało no i nie wypadało moczyć sprzętu ;-)
Była tylko mała sesja wygłupowa w błocie (umiarkowanym) z moimi weteranami.
Najpierw wsadziłam Siwe na chwilę w chambon-gumę pokazać Ali plus sprawdzić, czy Siwe pamięta, jak się należy zachowywać w tym ustrojstwie (z półtora roku tego na sobie nie miała). Siwe błyskawicznie zrobiło się koń w ramie westowej :-)) Okrągłe, nos tropiący, dupsko jak u quartera... 2 kółka kłusem travelling CG w prawo, 2 w lewo i się rozebrałyśmy z patentu ;-) Siwka uwolniona z pęt emanowała energią, więc polatałyśmy kłusem chodem bocznym wzdłuż ogrodzenia padoku a nawet uwaga! galopem (3 foule). Najpierw na linie, potem bez liny. Jakoś tak spontanicznie poszło w kierunku ganianek (dawno tego u nas nie było), Fisiek od razu się do nas przyłączył, oczywiście od razu posłał we mnie tłusty zadek z kwiknięciem... były wściekłe galopy ze skakaniem przez stertę opon, ślizgi i inne wygibasy. Siwka walnęła nawet przede mną 3 razy małe dęba przybiegając na wezwanie... Tak się rozbawiła :-))
Uszargały się zwierzaki jak prosięta, ale mordy miały zadowolone :-) Sterczały potem oba koło mnie z dwóch stron ze zwieszonymi głowami; Siwe grzecznie z prawej, Fisiek niegrzecznie z lewej: ziewał, rozdziawiał paszczę, podawał mi jęzor i udawał, że pieszczotliwie smyra mnie noskiem a w rzeczywistości podstępnie polował na fragmenty mojej kurtki; niby się przytulał, ale powolutku-pocichutku brał do gęby i memlał a to patkę, a to sznureczek a to co mu się tam udało chyłkiem capnąć...
Ala oczywiście na Niku jeździła... Mimo deszczu... Ech, młodość... Gdybym ja, Panie, była w jej wieku...
;-)
Dostało się 4 dni zwolnienia, obejrzało się nowe materiały edukacyjne :-))
4 levele w 2 dni! niby żaden wyczyn patrząc na objętość, ale za to ile nowych bodźców wzrokowych! Niby nic nowego, parę trafnych powiedzonek (who is whi in the ZOO; monkey SEE, monkey DO; THRUST is GOOD, CONTROL is BETTER...) a jednak materiały BARDZO fajne :-) W końcu rozjaśniły mi się kwestie jeździeckie, logicznie wynikają z wcześniejszych działań naziemnych :-)
Oprócz zagadnień związanych z PNH, zgłębiałam powtórnie Clintona Andersona (wszystko przez Kelly ;-) Poza drobnymi niuansami nie ma w jego naukach jeździeckich sprzeczności z Parellimi. Jest za to krok-po-kroku robienie fajnego, bezpiecznego konia westernowego.
No, Moje Konie! Może by się w końcu wypadało za Was wziąć? W swych zapędach do edukowania trzódki nawet ostrogi piękne westernowe (łagodne) zawiozłam na weekend na wieś (do tej pory ozdabiały mój miejski pokój) i zamontowałam na kowbojkach. I jeszcze przymierzyłam na hucka mecate reins (przez Pana Parellego zwanymi horseman's reins) i dopasowałam mu długość wodzy, bo te finesse, na których na nim jeżdżę są za długie (nawet te krótsze, Siwkowe). I na tym się skończyło ;-) Koniom się upiekło, bo padało no i nie wypadało moczyć sprzętu ;-)
Była tylko mała sesja wygłupowa w błocie (umiarkowanym) z moimi weteranami.
Najpierw wsadziłam Siwe na chwilę w chambon-gumę pokazać Ali plus sprawdzić, czy Siwe pamięta, jak się należy zachowywać w tym ustrojstwie (z półtora roku tego na sobie nie miała). Siwe błyskawicznie zrobiło się koń w ramie westowej :-)) Okrągłe, nos tropiący, dupsko jak u quartera... 2 kółka kłusem travelling CG w prawo, 2 w lewo i się rozebrałyśmy z patentu ;-) Siwka uwolniona z pęt emanowała energią, więc polatałyśmy kłusem chodem bocznym wzdłuż ogrodzenia padoku a nawet uwaga! galopem (3 foule). Najpierw na linie, potem bez liny. Jakoś tak spontanicznie poszło w kierunku ganianek (dawno tego u nas nie było), Fisiek od razu się do nas przyłączył, oczywiście od razu posłał we mnie tłusty zadek z kwiknięciem... były wściekłe galopy ze skakaniem przez stertę opon, ślizgi i inne wygibasy. Siwka walnęła nawet przede mną 3 razy małe dęba przybiegając na wezwanie... Tak się rozbawiła :-))
Uszargały się zwierzaki jak prosięta, ale mordy miały zadowolone :-) Sterczały potem oba koło mnie z dwóch stron ze zwieszonymi głowami; Siwe grzecznie z prawej, Fisiek niegrzecznie z lewej: ziewał, rozdziawiał paszczę, podawał mi jęzor i udawał, że pieszczotliwie smyra mnie noskiem a w rzeczywistości podstępnie polował na fragmenty mojej kurtki; niby się przytulał, ale powolutku-pocichutku brał do gęby i memlał a to patkę, a to sznureczek a to co mu się tam udało chyłkiem capnąć...
Ala oczywiście na Niku jeździła... Mimo deszczu... Ech, młodość... Gdybym ja, Panie, była w jej wieku...
;-)
poniedziałek, 30 listopada 2009
W wielkim skrócie...
...żeby nie było, że co się ze mną dzieje, bo nie piszę ;-)
Weekend zwariowany jeszcze bardziej niż wszystkie poprzednie, bo po pierwsze jestem chora, a po drugie zaczęła się z końcu budować stajenka (szumne słowo budować, dopiero stopy betonowe pod konstrukcję wylane ;-) Jeden punkt wypadł centralnie w bramce, którą konie schodzą z padoku i Fisiek oczywiście wlazł w beton kopytem, mimo, że zasłoniłam go płytą OSB. Przesunął płytę idąc (Ooo, a co to?) i wdepnął... Ten dureń nie może, jak Siwe, ominąć podejrzanego - wyglądającego inaczej niż dotychczas - miejsca, tylko musi w nie wdepnąć! A jakby tam pułapka była?? Zero instynktu samozachowawczego ;-)
Hucek nadal mieszka przed stajnią, bez problemu się przystosował i wcale się nie pcha do swojego eks-boksu... Nie wiem jak Zbyn, ale ja hucka biorę wieczorem na kantarek i schodzimy z łąki na sznurku, a nowy Niko, wali za nami luzem. Wali czyli snuje się stępem. Za piewszym razem chciał nas wyprzedzić, ale zawirowałam końcem linki a hucek posłał mu brzydką minę i kolejnego dnia Niko szedł już grzecznie za ogonem :-) Przed stajnią stajemy (hucek już sam zatrzymuje się pod okienkiem Szamana) a Niko grzecznie wchodzi do boksu, nie bacząc na szczurzące się Siwe.
Siwe jest dla nowego niemiłe, zwłaszcza gdy widzi, że kręcę się przy sianie, czy nie daj boże przy beczkach z paszą... Atakuje wtedy deski na całego, wspina się i szczerzy żółte zębiska. Na moje EJ! uspokaja się, ale tylko wtedy, gdy na mnie patrzy. Gdy jej wzrok z powrotem pada na nowego, szał powraca. Taka małpa ;-)
Zabaw końskich znów nie było, choć lokalne chłopaki napraszały się, żeby pokazać, jak Szaman aportuje wiaderko... Czyli pretekst był... Niestety, brak czasu :-(( Konie wyglądały na zawiedzione, podłaziły pod bramkę, zaglądały mi do stodoły... (znowu porządki z sianem, pękła belka nośna i dach stodoły lekko siadł z jednej strony; musiałam z tego miejsca siano wytransportować nie bacząc, iż budowla grozi zawaleniem...)
A teraz wzruszające przeżycie estetyczne: w ganku mamy już płytki ceramiczne na podłodze i pomalowane ściany (na biało)!! Za malowanie Zbyn mnie lekko sztorcnął (przecież te ściany niegotowe!), ale się odszczekałam. Ta niegotowość trwa już prawie rok... Wsiowa chałupa, to i ściany mogą być nierówne, a co! Jak się uprze, to niech sobie je gładzi (byle nie karton-gips, fuj!). Póki co jest piknie :-)
...ale wody jak nie mieliśmy w chałupie, tak nie mamy... Nawet już mi się nie chce dociekać, czemu zawdzięczamy kolejny przestój... W sumie do targania wiaderek z wodą zdążyłam już przywyknąć ;-)
Weekend zwariowany jeszcze bardziej niż wszystkie poprzednie, bo po pierwsze jestem chora, a po drugie zaczęła się z końcu budować stajenka (szumne słowo budować, dopiero stopy betonowe pod konstrukcję wylane ;-) Jeden punkt wypadł centralnie w bramce, którą konie schodzą z padoku i Fisiek oczywiście wlazł w beton kopytem, mimo, że zasłoniłam go płytą OSB. Przesunął płytę idąc (Ooo, a co to?) i wdepnął... Ten dureń nie może, jak Siwe, ominąć podejrzanego - wyglądającego inaczej niż dotychczas - miejsca, tylko musi w nie wdepnąć! A jakby tam pułapka była?? Zero instynktu samozachowawczego ;-)
Hucek nadal mieszka przed stajnią, bez problemu się przystosował i wcale się nie pcha do swojego eks-boksu... Nie wiem jak Zbyn, ale ja hucka biorę wieczorem na kantarek i schodzimy z łąki na sznurku, a nowy Niko, wali za nami luzem. Wali czyli snuje się stępem. Za piewszym razem chciał nas wyprzedzić, ale zawirowałam końcem linki a hucek posłał mu brzydką minę i kolejnego dnia Niko szedł już grzecznie za ogonem :-) Przed stajnią stajemy (hucek już sam zatrzymuje się pod okienkiem Szamana) a Niko grzecznie wchodzi do boksu, nie bacząc na szczurzące się Siwe.
Siwe jest dla nowego niemiłe, zwłaszcza gdy widzi, że kręcę się przy sianie, czy nie daj boże przy beczkach z paszą... Atakuje wtedy deski na całego, wspina się i szczerzy żółte zębiska. Na moje EJ! uspokaja się, ale tylko wtedy, gdy na mnie patrzy. Gdy jej wzrok z powrotem pada na nowego, szał powraca. Taka małpa ;-)
Zabaw końskich znów nie było, choć lokalne chłopaki napraszały się, żeby pokazać, jak Szaman aportuje wiaderko... Czyli pretekst był... Niestety, brak czasu :-(( Konie wyglądały na zawiedzione, podłaziły pod bramkę, zaglądały mi do stodoły... (znowu porządki z sianem, pękła belka nośna i dach stodoły lekko siadł z jednej strony; musiałam z tego miejsca siano wytransportować nie bacząc, iż budowla grozi zawaleniem...)
A teraz wzruszające przeżycie estetyczne: w ganku mamy już płytki ceramiczne na podłodze i pomalowane ściany (na biało)!! Za malowanie Zbyn mnie lekko sztorcnął (przecież te ściany niegotowe!), ale się odszczekałam. Ta niegotowość trwa już prawie rok... Wsiowa chałupa, to i ściany mogą być nierówne, a co! Jak się uprze, to niech sobie je gładzi (byle nie karton-gips, fuj!). Póki co jest piknie :-)
...ale wody jak nie mieliśmy w chałupie, tak nie mamy... Nawet już mi się nie chce dociekać, czemu zawdzięczamy kolejny przestój... W sumie do targania wiaderek z wodą zdążyłam już przywyknąć ;-)
wtorek, 24 listopada 2009
Edukacyjnie
Oby Oblubieniec tego nie przeczytał... ;-)
...bo Państwo Parelli wypuścili na rynek trochę nowych materiałów (Get Started DVD, 4 New Levels DVDs, Parelli Celebration Live DVD)...
...i kupiłam wszystkie...
...bo o nowej książce p. Roberta Millera Jeździectwo naturalne bez tajemnic Oblubieniec już wie i nawet zażądał, żeby mu ją zostawić (nie uległam wobec przemocy, bo czytam aktualnie)... Ale to raptem tylko 38 zł. było ;-)
Up-date: 27.IX. - płytki odebrane przez mamusię-emerytkę (zamawiane w poniedziałek, przysłane z Anglii w piątek. Niezłe tempo...) A ja dopiero w poniedziałek w miejskim domu będę...
Ale za to czuję się nie-zdrowo... Jakby tak pójść od poniedziałku na L4 (bynajmniej nie o level chodzi ;-), byłby czas na studiowanie... Usilnie wypatruję u siebie symptomów grypy (tfu, żeby nie zapeszyć!)
...bo Państwo Parelli wypuścili na rynek trochę nowych materiałów (Get Started DVD, 4 New Levels DVDs, Parelli Celebration Live DVD)...
...i kupiłam wszystkie...
...bo o nowej książce p. Roberta Millera Jeździectwo naturalne bez tajemnic Oblubieniec już wie i nawet zażądał, żeby mu ją zostawić (nie uległam wobec przemocy, bo czytam aktualnie)... Ale to raptem tylko 38 zł. było ;-)
Up-date: 27.IX. - płytki odebrane przez mamusię-emerytkę (zamawiane w poniedziałek, przysłane z Anglii w piątek. Niezłe tempo...) A ja dopiero w poniedziałek w miejskim domu będę...
Ale za to czuję się nie-zdrowo... Jakby tak pójść od poniedziałku na L4 (bynajmniej nie o level chodzi ;-), byłby czas na studiowanie... Usilnie wypatruję u siebie symptomów grypy (tfu, żeby nie zapeszyć!)
poniedziałek, 23 listopada 2009
Przybywa NIKO
Tak. Przyjechał. W sobotę przed południem. Ładniusi, szlachetny, rasowy (angloarabek). Wydarł się, gdy podjeżdżał, nasi wrzasnęli, zostawili siano i wszyscy przygnali do ogrodzenia oglądać nadjeżdżającą przyczepę. Ładniusi wydobył się na światło dzienne, potoczył wzrokiem dookoła, przyjrzał się naszym i dość szybko zaczął konsumować sienną łąkę. Znaczy luzak ;-)
Na podwórku walnął tylko jednego wypłocha, gdy poderwało folię na cemencie i skapitulował. Zdaje się, że przytłoczył go nadmiar straszliwych bodźców, bo potem już tylko gałował, bez podskakiwania. Czyli nasze metody zalania konia płoszącymi bodźcami (m.in. kupa fruwających folii, pozawieszanych gdzie się da) są skuteczną metodą odwrażliwiającą. Skoro dzikie Siwe przeżyło i nie zwraca na to wszystko uwagi, to każdy koń przywyknie :-)
Nowy poszedł na padok za stodołę, z placem zabaw, nasi zostali na swojej łące. Było wystawanie w narożniku i przyglądanie się sobie nawzajem. Nasi (cała trójca) zbici w gromadkę. Po jakimś czasie otworzyłam naszym sąsiednią łąkę, przylegającą do zastodola. Zaraz podygały do miejsca, gdzie można się niuchać przez drągi. Pogulgotały, pokwikały i poleciały na suche badyle. Nowy trochę skubał sianko, ale więcej czasu spędzał na obserwowaniu Siwego... Siwe też zerkało, czasem podchodziło do ogrodzenia i się nowemu przypatrywało... Czyżby się kluła jakaś miłość...?
Sprawa wyjaśniła się dość szybko, gdy przyłapałam po jakimś czasie Siwe, jak stając dęba nad drągami słała boksy przednią nogą w nowego kwicząc jak opętana. Czyli jednak nie miłość, póki co ;-)
W niedzielę nowy paradował już za stodołą z huckiem, czyli ma już swoje mini-stado. Hucek interesował się głównie rozrzuconym na padoku sianem, choć od czasu do czasu do siebie podchodziły, ostrożnie, sprawdzając kto zacz... Były też próby przepychania się nosami, wsteczne ustawianki zadkami i prowokacyjne podskubywanie przez hucka słabizn nowego, na które ten nie reagował... I tylko ten żałosny wzrok Fiśka skierowany na hucka... Ta zawiedziona mina... Zabrali mu chłopca do zabawy...
Przybycie Nika spowodowało w Gawłowie rewolucję mieszkaniową. Nowy wylądował w huckowym boksie, hucek nocował najpierw na korytarzu (drzwi stajni otwarte na oścież, żeby mógł włazić-wyłazić) a potem pod stajnią (zamkniętą). Nie wygląda na szczególnie niezadowolonego, ale pierwszego wieczoru kłapnął w moją stronę zębami, gdy poszłam do koni z wizytą po 22.00. Czyli coś tam sobie niefajnego na mój temat wymyślił (oczywiście ma przyobiecane naturalne dokręcanie śruby; jego szczęście, że przez intensyfikację prac budowlanych nie mam czasu ;-) Ale może chodziło tylko o to, że go obudziłam. Bo ewidentnie drzemał pod stajnią...
W weekend odwiedziła nas też Koleżanka Kelly z Małżonkiem i szczeniakiem bernardyńskim, z którym nasza Monka wyczyniała szaleńcze szaleństwa :-)

...powyżej akuratnie Bobuś w akcji...

Jakoś tak ostatnio zaludniło się u nas parellistami, naturalnie ;-)
Że nie wspomnę o Koleżance Aśce od Morsa (znanej w pewnych kręgach jako Asia_Western), która nocowała u nas na okoliczność szkolenia westowego, w którym brała udział, a które odbywało się nieopodal...
Koniom się oczywiście zabawowo/treningowo upiekło, ale nie wyglądały na nieszczęśliwe i nawet nieszczególnie za mną wodziły wzrokiem, bo miały nowego kolesia do obserwowania...






Na podwórku walnął tylko jednego wypłocha, gdy poderwało folię na cemencie i skapitulował. Zdaje się, że przytłoczył go nadmiar straszliwych bodźców, bo potem już tylko gałował, bez podskakiwania. Czyli nasze metody zalania konia płoszącymi bodźcami (m.in. kupa fruwających folii, pozawieszanych gdzie się da) są skuteczną metodą odwrażliwiającą. Skoro dzikie Siwe przeżyło i nie zwraca na to wszystko uwagi, to każdy koń przywyknie :-)
Nowy poszedł na padok za stodołę, z placem zabaw, nasi zostali na swojej łące. Było wystawanie w narożniku i przyglądanie się sobie nawzajem. Nasi (cała trójca) zbici w gromadkę. Po jakimś czasie otworzyłam naszym sąsiednią łąkę, przylegającą do zastodola. Zaraz podygały do miejsca, gdzie można się niuchać przez drągi. Pogulgotały, pokwikały i poleciały na suche badyle. Nowy trochę skubał sianko, ale więcej czasu spędzał na obserwowaniu Siwego... Siwe też zerkało, czasem podchodziło do ogrodzenia i się nowemu przypatrywało... Czyżby się kluła jakaś miłość...?
Sprawa wyjaśniła się dość szybko, gdy przyłapałam po jakimś czasie Siwe, jak stając dęba nad drągami słała boksy przednią nogą w nowego kwicząc jak opętana. Czyli jednak nie miłość, póki co ;-)
W niedzielę nowy paradował już za stodołą z huckiem, czyli ma już swoje mini-stado. Hucek interesował się głównie rozrzuconym na padoku sianem, choć od czasu do czasu do siebie podchodziły, ostrożnie, sprawdzając kto zacz... Były też próby przepychania się nosami, wsteczne ustawianki zadkami i prowokacyjne podskubywanie przez hucka słabizn nowego, na które ten nie reagował... I tylko ten żałosny wzrok Fiśka skierowany na hucka... Ta zawiedziona mina... Zabrali mu chłopca do zabawy...
Przybycie Nika spowodowało w Gawłowie rewolucję mieszkaniową. Nowy wylądował w huckowym boksie, hucek nocował najpierw na korytarzu (drzwi stajni otwarte na oścież, żeby mógł włazić-wyłazić) a potem pod stajnią (zamkniętą). Nie wygląda na szczególnie niezadowolonego, ale pierwszego wieczoru kłapnął w moją stronę zębami, gdy poszłam do koni z wizytą po 22.00. Czyli coś tam sobie niefajnego na mój temat wymyślił (oczywiście ma przyobiecane naturalne dokręcanie śruby; jego szczęście, że przez intensyfikację prac budowlanych nie mam czasu ;-) Ale może chodziło tylko o to, że go obudziłam. Bo ewidentnie drzemał pod stajnią...
W weekend odwiedziła nas też Koleżanka Kelly z Małżonkiem i szczeniakiem bernardyńskim, z którym nasza Monka wyczyniała szaleńcze szaleństwa :-)
...powyżej akuratnie Bobuś w akcji...
Jakoś tak ostatnio zaludniło się u nas parellistami, naturalnie ;-)
Że nie wspomnę o Koleżance Aśce od Morsa (znanej w pewnych kręgach jako Asia_Western), która nocowała u nas na okoliczność szkolenia westowego, w którym brała udział, a które odbywało się nieopodal...
Koniom się oczywiście zabawowo/treningowo upiekło, ale nie wyglądały na nieszczęśliwe i nawet nieszczególnie za mną wodziły wzrokiem, bo miały nowego kolesia do obserwowania...
poniedziałek, 16 listopada 2009
Nowina
W sobotę przyjeżdża do nas na pensjonat pierwszy, inny niż nasi, koń PNH-owy! Ale fajnie! Będzie się mieć w Gawłowie bratnią duszę parellistyczną (Oblubieniec się nie liczy, bo on koni zabawami nie męczy. Zresztą on jest raczej psiarz - jego domena to nasze dogi-kanarki ;-)
Od razu wzrosła mi mobilizacja do czynu, zaczęłam ogarniać plac zabaw, dopełniać opony-podesty, bo zawartość z czasem lekko osiadła. Mam też w zanadrzu pomysły na 2 nowe, poważne obiekty: CAR WASH (słupy już przygotowane do wkopania) i wąski mosteczek z podkładów kolejowych (podkłady leżą i czekają na skraju łąki). A może i nawet atrapa przyczepy powstanie, o!
10 listopada, we wtorek Oblubieniec wyruszył na kurs dr. Strasser i w związku z powyższym zwierzaki spędziły 8 godzin w zamknięciu. Psy i konie, razem w stajni. Zwolniłam się z pracy na tę okoliczność, bo niepokój mnie zżerał, jak oni tam razem przeżyją...?? Bo od czasu do czasu wybuchają u nas dyskusje między-gatunkowe. Że psi są niedobre, to wiadomo - drapieżnicy. Ale że roślinożerce też...?
Hucek kłapie zębami, jak mu pies zagląda do boksu w czasie jedzenia (ostatnio kłapał na Monkę, Monka - typ ambitny, zadziorny i żarłoczny - ruszyła do ataku doskakując/odskakując w rytm huckowego kłapania paszczą... widać uznała, że ma coś smakowitego i nie chce się podzielić ;-)
Fisiek atakuje psy, gdy próbują do niego dołem do boksu wejść (na padoku też je zresztą atakuje); ostatnio była awantura z Fucią o grzebanie nogą. Na Fiśkowe grzebanie podnoszę głos EJ! a Fućka startuje markować atak. Pomocna taka. Fisiek oczywiście od razu przestaje grzebać i skupia się na usiłowaniu dziabnięcia robiącej uniki Fućki :-)
Siwe tylko w miarę przyzwoite; póki co poprzestaje na krzywieniu się do dużych psów, kładzeniu uszu i wężowaniu głową (wężowanie w ostateczności, gdy się bardzo zezłości). Monka tylko jest przez nią traktowana pobłażliwie, bo Monka się do Siwki uśmiecha i najwyraźniej chciałaby się zaprzyjaźnić, tyle że trochę się boi :-)
Okazało się, że wszyscy byli w stanie nienaruszonym. I grzeczni, lekko zaspani (dojechałam na miejsce po 17.00). Konie nawet nieszczególnie rzuciły się na siano, musi Oblubieniec je tam odpowiednio uposażył :-)
W środę (11 listopada) ruszyły prace przygotowawcze - szykowanie placu budowy pod nową stajnię; póki co plan jest taki, że hucek awansuje do chowu bezstajennego, czyli będzie nocował przed stajnią (jak się będzie awanturował to obok stajni ma wiatę, a jak się będzie bardzo awanturował to mu się zostawi otwarte wrota, żeby sobie spał w korytarzyku ;-) Bo do soboty nowa stajnia pewnikiem się nie pojawi. Zresztą niech się przyzwyczaja, bo chów bezstajenny zamierzamy wdrożyć dla wszystkich koni, jako optymalny :-) Oczywiście jeszcze nie teraz; najpierw muszą powstać solidne metalowe ogrodzenia, primo żeby ewentualnemu złodziejowi (mało realne; sława naszych psów rozeszła się po okolicy ;-) niełatwo je było po cichu sforsować, secundo żeby się towarzystwo nie rozlazło po okolicy... Siwka skoczna, Fisiek kładący słupki (w pensjonacie gęba wyciągał od góry plastikowe i kładł ogrodzenie) a hucek taranujący... Doborowe towarzystwo ;-)
W piątek (13 listopada) piękny słoneczny dzień. W taką oto cudną pogodę nawiedziła nas z odwiedzinami przyszła pensjonariuszka. Rozpoznać teren ;-)
W ramach popisów przenieśliśmy się na długo nieodwiedzany plac zabaw i zaprezentowaliśmy się z naszymi (hucek się nie załapał i dobrze, bo mógłby popsuć dobre wrażenie ;-)
Fisiek sprawował się w miarę przyzwoicie, pokazał tylko kilka ze swoich numerków ;-) za to Siwka przeszła samą siebie! Ona zawsze cudna, ale to jakim spokojem i posłuszeństwem emanowała, nawet mnie zadziwiło...! A ja tu opowieści o dzikości snuję... Jak tak dalej pójdzie, sama sobie przestanę wierzyć ;-)
Na koniec pokazała jednak pazur startując na wskazanie przeze mnie stada z takim impetem, że obie z koleżanką Alą oberwałyśmy błotem po oczach :-)
W sobotę coś tam robiłam w okolicach okrągłego wybiegu. Zostałam namierzona przez Fisia. Porzucił wypasanie się na łące i przydygał pod bramkę. Na obliczu żądanie: weź mnie, weź mnie! Za chwilę dołączyła Siwka i stały tak gapiąc się na mnie oba, natarczywie. Najpierw udawałam, że nie widzę, potem zakomunikowałam, że nie mamy dziś czasu na zabawy... Sterczały uparcie dopóki nie wróciłam na podwórko. A potem Fisiek, ewiedentnie zły, złomotał hucka za niewinność (bo nie chciała się z nami bawić ;-)

Od razu wzrosła mi mobilizacja do czynu, zaczęłam ogarniać plac zabaw, dopełniać opony-podesty, bo zawartość z czasem lekko osiadła. Mam też w zanadrzu pomysły na 2 nowe, poważne obiekty: CAR WASH (słupy już przygotowane do wkopania) i wąski mosteczek z podkładów kolejowych (podkłady leżą i czekają na skraju łąki). A może i nawet atrapa przyczepy powstanie, o!
10 listopada, we wtorek Oblubieniec wyruszył na kurs dr. Strasser i w związku z powyższym zwierzaki spędziły 8 godzin w zamknięciu. Psy i konie, razem w stajni. Zwolniłam się z pracy na tę okoliczność, bo niepokój mnie zżerał, jak oni tam razem przeżyją...?? Bo od czasu do czasu wybuchają u nas dyskusje między-gatunkowe. Że psi są niedobre, to wiadomo - drapieżnicy. Ale że roślinożerce też...?
Hucek kłapie zębami, jak mu pies zagląda do boksu w czasie jedzenia (ostatnio kłapał na Monkę, Monka - typ ambitny, zadziorny i żarłoczny - ruszyła do ataku doskakując/odskakując w rytm huckowego kłapania paszczą... widać uznała, że ma coś smakowitego i nie chce się podzielić ;-)
Fisiek atakuje psy, gdy próbują do niego dołem do boksu wejść (na padoku też je zresztą atakuje); ostatnio była awantura z Fucią o grzebanie nogą. Na Fiśkowe grzebanie podnoszę głos EJ! a Fućka startuje markować atak. Pomocna taka. Fisiek oczywiście od razu przestaje grzebać i skupia się na usiłowaniu dziabnięcia robiącej uniki Fućki :-)
Siwe tylko w miarę przyzwoite; póki co poprzestaje na krzywieniu się do dużych psów, kładzeniu uszu i wężowaniu głową (wężowanie w ostateczności, gdy się bardzo zezłości). Monka tylko jest przez nią traktowana pobłażliwie, bo Monka się do Siwki uśmiecha i najwyraźniej chciałaby się zaprzyjaźnić, tyle że trochę się boi :-)
Okazało się, że wszyscy byli w stanie nienaruszonym. I grzeczni, lekko zaspani (dojechałam na miejsce po 17.00). Konie nawet nieszczególnie rzuciły się na siano, musi Oblubieniec je tam odpowiednio uposażył :-)
W środę (11 listopada) ruszyły prace przygotowawcze - szykowanie placu budowy pod nową stajnię; póki co plan jest taki, że hucek awansuje do chowu bezstajennego, czyli będzie nocował przed stajnią (jak się będzie awanturował to obok stajni ma wiatę, a jak się będzie bardzo awanturował to mu się zostawi otwarte wrota, żeby sobie spał w korytarzyku ;-) Bo do soboty nowa stajnia pewnikiem się nie pojawi. Zresztą niech się przyzwyczaja, bo chów bezstajenny zamierzamy wdrożyć dla wszystkich koni, jako optymalny :-) Oczywiście jeszcze nie teraz; najpierw muszą powstać solidne metalowe ogrodzenia, primo żeby ewentualnemu złodziejowi (mało realne; sława naszych psów rozeszła się po okolicy ;-) niełatwo je było po cichu sforsować, secundo żeby się towarzystwo nie rozlazło po okolicy... Siwka skoczna, Fisiek kładący słupki (w pensjonacie gęba wyciągał od góry plastikowe i kładł ogrodzenie) a hucek taranujący... Doborowe towarzystwo ;-)
W piątek (13 listopada) piękny słoneczny dzień. W taką oto cudną pogodę nawiedziła nas z odwiedzinami przyszła pensjonariuszka. Rozpoznać teren ;-)
W ramach popisów przenieśliśmy się na długo nieodwiedzany plac zabaw i zaprezentowaliśmy się z naszymi (hucek się nie załapał i dobrze, bo mógłby popsuć dobre wrażenie ;-)
Fisiek sprawował się w miarę przyzwoicie, pokazał tylko kilka ze swoich numerków ;-) za to Siwka przeszła samą siebie! Ona zawsze cudna, ale to jakim spokojem i posłuszeństwem emanowała, nawet mnie zadziwiło...! A ja tu opowieści o dzikości snuję... Jak tak dalej pójdzie, sama sobie przestanę wierzyć ;-)
Na koniec pokazała jednak pazur startując na wskazanie przeze mnie stada z takim impetem, że obie z koleżanką Alą oberwałyśmy błotem po oczach :-)
W sobotę coś tam robiłam w okolicach okrągłego wybiegu. Zostałam namierzona przez Fisia. Porzucił wypasanie się na łące i przydygał pod bramkę. Na obliczu żądanie: weź mnie, weź mnie! Za chwilę dołączyła Siwka i stały tak gapiąc się na mnie oba, natarczywie. Najpierw udawałam, że nie widzę, potem zakomunikowałam, że nie mamy dziś czasu na zabawy... Sterczały uparcie dopóki nie wróciłam na podwórko. A potem Fisiek, ewiedentnie zły, złomotał hucka za niewinność (bo nie chciała się z nami bawić ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)