Święta w weekend. Też mi atrakcja ;-)
Miało być jeździectwo, zabrałam na wieś aparat, rozkazałam Bebo-Dzieciakowi spędzić Święta z Matką... ;-) A tu jak zwykle - przeciwności losu... Najpierw odwilż, czyli hajda sprzątać rozmarznięte kupy wokół wiaty (wiem, że Święta. Ale jak się ma zwierzaki, to Świąt się nie ma).
Ledwo uporałyśmy się z kupami (zajęło to nam, bagatela, pół dnia...!), dawaj brać się za siano. Budowa Nowej Wiaty utknęła w martwym punkcie. Z przyczyn wiadomych - weź tu, człowieku, buduj w takich okolicznościach przyrody...! Szykujemy więc Wiatę Starą (czyli zeszłoroczną), która jest teraz mini-stodołą a miała być 3-boksową stajnią... Stara Wiata zawalona jest kostkami siana, po sam dach. No i trzeba je, to siano, wytransportować do Starej Stajni (starej-pierwotnej, murowanej chciałoby się powiedzieć a tak naprawdę - lepionej, bo ona z gliny, jak nasza chałupa :-)
Targałyśmy więc to siano z Dzieciną, zamiast oddawać się jeździeckim rozrywkom. Koniom dostęp do wiaty odgrodziłam taśmą niby z prądem, bo pchały się jeden przez drugiego do kostek. I nic to, że miały siana narzucane dookoła i na łące nawet. Nie, każda wynoszona przez nas kostka była obiektem końskiego pożądania; właśnie ta, konkretna kostka a nie jakieś tam rzucone siano... Aż musiałam parę razy trzepnąć Fiśka, bo skandalicznie atakował ładowane przez Bebo-Gośkę na taczkę kostki. Doszło nawet do tego, że Fiś ciągnął kostkę z jednej strony (a Dziecię ciągnęło z drugiej), wywalał taczkę i usiłował kostkę do siebie dołem, pod niby-prądem, przeciągnąć...!
Jak oberwał bęckę, początkowo się obraził, ale zaraz zaczął zerkać, czy patrzę i gdy nie patrzyłam (jawnie, bo ukradkiem zerkałam) nadal usiłował kostkę Gośce odebrać ;-)
Psy w stajni oszalały ze szczęścia, że oto znowu można skakać i wspinać się po kostkach; zaraz zaczęły się ganianki, hopki i wskakiwanie na strych (z kostek robią się schodki, po których psy w-wędrowują na pół-otwarty strych nad naszą chałupiną i tupią nam nad głowami w kuchni i pokoju ;-)
Zawaliłyśmy cały korytarz kostkami. Do cna. Więc dnia kolejnego wzięłyśmy się za przewalanie luźnego siana z eks-boksu Szamana do eks-boksu Nika. Żeby eks-boks Szamana był na kolejne kostki. Żeby wiatę do końca opróżnić, żeby konie (głównie Heniek-staruch) mogły się chować do środka a nie tylko stać pod daszkiem.
Tak się tą robotą z luźnym sianem upodliłyśmy (3,5 godziny bez przerwy...!), że zamiast przenosić kostki polazłyśmy oglądać film na DVD (nie, nie koński. Horror Przepowiednia). I padłyśmy. Czyli w Sylwestra, oprócz pilnowania koni, bo na Rancho Aksamitka (sąsiad) wystrzałowa impreza Sylwestrowa, czeka mnie targanie kostek ;-)
"Pracuj nad sobą a z koniem się baw" Pat Parelli
poniedziałek, 27 grudnia 2010
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Reaktywacja
...jeździecka. A co...! Sama się tym faktem zaskoczyłam... ;-)
Gwoli informacji: nie lubię jeździć w zimie. Pomijam, że ślisko, zimno, niefajno, w gębę wieje a na kunia ciężko się wgramolić w tych wszystkich gaciach i podpinkach... Ja się w zimie robię sztywna i nieruchawa, jakaś taka ogólnie nieporęczna. Niesprawna.
Mowa tylko o outdoorowych wystąpieniach, bo na sali w siłowni to ja młody bóg (vel bogini) jestem - jak ryba we wodzie śmigam z żelastwem ;-)
W sobotę jakoś tak wyszło, że postanowiłam załadować się na jakiegoś konia. Jakiś koń to oczywiście hucyk ;-) Miałam też ambicje tknąć Szamana, ale zrezygnowałam zniesmaczona jakością mojego wsiadania na hucyka (w owych gaciach i podpinkach) - ledwo nogę zadarłam, a gramoliłam się jak jaki karakan... Czyli z czym do Fiśka, mega-Mutanta-wielkoKunia...?? padłby ze śmiechu...
Huc chodził jak złoto... Już przy siodłaniu zapowiadał się na milusiego i takiż pozostał przez całą naszą jazdę (20 min.) Przerwa w jeździectwie u nas była dość długa, od owego pamiętnego walecznego incydentu, jeszcze w błocie, kiedy to się na siebie po-obrażaliśmy.
Tym razem hucyk był zwierzątkiem przemiłym, wędrował ochoczo wskazywanymi przeze mnie ścieżkami, ba nawet w głęboki śnieg zbaczał na prośbę. Od koni trochę mniej ochoczo, ku koniom - dreptał energicznie, z uśmiechem na kosmatym pyszczku :-)
Konie mają powydeptywane szlaki na padokach, rozmaite, kręte, przecinające się... Elegancko się po nich zasuwało joggiem. W kopnym śniegu, zapadając się solidnie, huc proponował kłusy dynamiczne-energiczne w stylu biegiem ku ścieżce. Na ścieżce powracał do majestatycznego, bujającego na boki, joggu :-) Wywijaliśmy też koła vel jaja (bo huc lekko zbaczał ku koniom ;-) wokół porzuconej na łące, do połowy w śniegu beczki. Novum tejże jazdy była bez-ciasteczkowość. I co? Dało się bez łakotki. Taki huc był miły :-)
W niedzielę jazda prawie wieczorna. Hucyk grzeczniutki, pod stajnię na paluszek przyszedł, dupkę odangażowywał na skinienie głową... Lina zbędna :-) Jazda przemiła; nowe ćwiczenie point to point kłusem zamaszystym - od kupki siana do kupki. Gnał nawet w kierunku od koni, byle do kupki :-)) Po doleceniu do kupki modelowe WHOA! i czekanie, czy pozwolę opuścić głowę (!!!) sygnałem: nacisk na szyi :-)
Z ziemi były różne popisy i zgadywanie na co mam ochotę: linę wziąć do pyszczka i potrzymać? nóżkę postawić na wózku siodlanym (wózek się oczywiście obalił ;-)? siodło skubnąć?
I tym samym cena kucyka zdecydowanie szybuje w górę, jakby co ;-))
Zresztą... ja nie wiem, czy hucyk jeszcze jest na sprzedaż... Trudno, najwyżej będę głodować :-)))
W kwestii sprzętu zrobiłam małą rewolucję: urżnęłam linę od wodzy mekate :-)
A nie będzie mi się toto plątać w czasie jazdy - ciężki warkocz jak cholera, dyndało mi się toto przy hornie, luzowało się, wydłużało znienacka... hucyka prawie obalało na stronę zwisania owego warkocza...
KONIEC! Teraz mamy eleganckie same wodze przyczepione do skórek. Nawet mi się udało rozpleść urżniętą końcówkę i zrobić ładny frędzel-dzyndzel, prawie jak w oryginale ;-)
Gwoli informacji: nie lubię jeździć w zimie. Pomijam, że ślisko, zimno, niefajno, w gębę wieje a na kunia ciężko się wgramolić w tych wszystkich gaciach i podpinkach... Ja się w zimie robię sztywna i nieruchawa, jakaś taka ogólnie nieporęczna. Niesprawna.
Mowa tylko o outdoorowych wystąpieniach, bo na sali w siłowni to ja młody bóg (vel bogini) jestem - jak ryba we wodzie śmigam z żelastwem ;-)
W sobotę jakoś tak wyszło, że postanowiłam załadować się na jakiegoś konia. Jakiś koń to oczywiście hucyk ;-) Miałam też ambicje tknąć Szamana, ale zrezygnowałam zniesmaczona jakością mojego wsiadania na hucyka (w owych gaciach i podpinkach) - ledwo nogę zadarłam, a gramoliłam się jak jaki karakan... Czyli z czym do Fiśka, mega-Mutanta-wielkoKunia...?? padłby ze śmiechu...
Huc chodził jak złoto... Już przy siodłaniu zapowiadał się na milusiego i takiż pozostał przez całą naszą jazdę (20 min.) Przerwa w jeździectwie u nas była dość długa, od owego pamiętnego walecznego incydentu, jeszcze w błocie, kiedy to się na siebie po-obrażaliśmy.
Tym razem hucyk był zwierzątkiem przemiłym, wędrował ochoczo wskazywanymi przeze mnie ścieżkami, ba nawet w głęboki śnieg zbaczał na prośbę. Od koni trochę mniej ochoczo, ku koniom - dreptał energicznie, z uśmiechem na kosmatym pyszczku :-)
Konie mają powydeptywane szlaki na padokach, rozmaite, kręte, przecinające się... Elegancko się po nich zasuwało joggiem. W kopnym śniegu, zapadając się solidnie, huc proponował kłusy dynamiczne-energiczne w stylu biegiem ku ścieżce. Na ścieżce powracał do majestatycznego, bujającego na boki, joggu :-) Wywijaliśmy też koła vel jaja (bo huc lekko zbaczał ku koniom ;-) wokół porzuconej na łące, do połowy w śniegu beczki. Novum tejże jazdy była bez-ciasteczkowość. I co? Dało się bez łakotki. Taki huc był miły :-)
W niedzielę jazda prawie wieczorna. Hucyk grzeczniutki, pod stajnię na paluszek przyszedł, dupkę odangażowywał na skinienie głową... Lina zbędna :-) Jazda przemiła; nowe ćwiczenie point to point kłusem zamaszystym - od kupki siana do kupki. Gnał nawet w kierunku od koni, byle do kupki :-)) Po doleceniu do kupki modelowe WHOA! i czekanie, czy pozwolę opuścić głowę (!!!) sygnałem: nacisk na szyi :-)
Z ziemi były różne popisy i zgadywanie na co mam ochotę: linę wziąć do pyszczka i potrzymać? nóżkę postawić na wózku siodlanym (wózek się oczywiście obalił ;-)? siodło skubnąć?
I tym samym cena kucyka zdecydowanie szybuje w górę, jakby co ;-))
Zresztą... ja nie wiem, czy hucyk jeszcze jest na sprzedaż... Trudno, najwyżej będę głodować :-)))
W kwestii sprzętu zrobiłam małą rewolucję: urżnęłam linę od wodzy mekate :-)
A nie będzie mi się toto plątać w czasie jazdy - ciężki warkocz jak cholera, dyndało mi się toto przy hornie, luzowało się, wydłużało znienacka... hucyka prawie obalało na stronę zwisania owego warkocza...
KONIEC! Teraz mamy eleganckie same wodze przyczepione do skórek. Nawet mi się udało rozpleść urżniętą końcówkę i zrobić ładny frędzel-dzyndzel, prawie jak w oryginale ;-)
środa, 15 grudnia 2010
Zima&mróz, mróz&zima
Ciekawe, kiedy wiosna...?
Sezon jeździecki zamarł, konie może i by chciały, podchodzą, zaczepiają; ostatnio małe zabawy z Siwką i Fisiem, bo się namolnie napraszały ;-)
Siwe nieodmiennie uważa, że pacanie, tudzież zaczątki kroku hiszpańskiego załatwiają sprawę otrzymania łakotki i atakuje mnie tego typu sztuczkami :-) Nie nagradzam byle czego, ostatnio prosiłam o podnoszenie wskazywanej palcem nogi. A co, niech Siwe się trochę powysila dla ciasteczka ;-)
Fisiu z kolej wykonał BACK-BACK-BACK zza ogona po wydeptanej w śniegu końskiej ścieżce na komendę wydaną ręcznie + wokalnie z odległości ok. 5 m. za nim. Maszerując dziarsko ani myślał stanąć na WHOA! gdy już do mnie doszedł wielkim dupskiem; minął mnie wykonując manewr wsteczny po łuku (zboczył ze ścieżki w głęboki śnieg) i zaparkował dopiero wtedy, gdy jego gęba znalazła się na mojej wysokości, czym ułatwił mi szybkie podanie mu do owej gęby ciasteczka :-) Taki współpracujący Pan Koń. Cóż za intelekt...! Cudne zwierzę :-)
Weekend pod znakiem poprawiania ogrodzeń. Uszkodzone słupki sukcesywnie wymieniam na pręty zbrojeniowe. Solidne i głęboko mocowane w ziemi... Niby mróz, ale ziemia pod spodem dość miękka i pręty elegancko wchodzą na 50-70 cm w glebę... Ani to się nie złamie, jak drewno, ani łatwo obali gdy mokro, jak plastki z 10-centymetrowym bolcem...
Teraz co weekend robię obchód ogrodzeń (właściwie powinnam robić objazd... od czego jeszcze-nie-sprzedany hucyk) sprawdzając, który słupek do wymiany... Co i raz pojawia się jakiś nowy kandydat... Drewniane ogrodzenia się u nas nie sprawdzają, niestety... Woda czyha na nie tuż pod powierzchnią gruntu... Nawet w lato nieszczególnie poziom wód gruntowych opadł...
Konie cały czas trzymają się dzielnie, bezstajenność znoszą dobrze... Siano schodzi galopem, niby taka potężna zwózka była w tym roku, ale nie wiem, czy do pierwszego pokosu dociągniemy... Ot, uroki chowu zewnętrznego - kupa żarcia idzie... Przydałoby się słomy owsianej do przekąszania dokupić... Muszę jakiś wiejski benchmark rynkowy wykonać...
Sezon jeździecki zamarł, konie może i by chciały, podchodzą, zaczepiają; ostatnio małe zabawy z Siwką i Fisiem, bo się namolnie napraszały ;-)
Siwe nieodmiennie uważa, że pacanie, tudzież zaczątki kroku hiszpańskiego załatwiają sprawę otrzymania łakotki i atakuje mnie tego typu sztuczkami :-) Nie nagradzam byle czego, ostatnio prosiłam o podnoszenie wskazywanej palcem nogi. A co, niech Siwe się trochę powysila dla ciasteczka ;-)
Fisiu z kolej wykonał BACK-BACK-BACK zza ogona po wydeptanej w śniegu końskiej ścieżce na komendę wydaną ręcznie + wokalnie z odległości ok. 5 m. za nim. Maszerując dziarsko ani myślał stanąć na WHOA! gdy już do mnie doszedł wielkim dupskiem; minął mnie wykonując manewr wsteczny po łuku (zboczył ze ścieżki w głęboki śnieg) i zaparkował dopiero wtedy, gdy jego gęba znalazła się na mojej wysokości, czym ułatwił mi szybkie podanie mu do owej gęby ciasteczka :-) Taki współpracujący Pan Koń. Cóż za intelekt...! Cudne zwierzę :-)
Weekend pod znakiem poprawiania ogrodzeń. Uszkodzone słupki sukcesywnie wymieniam na pręty zbrojeniowe. Solidne i głęboko mocowane w ziemi... Niby mróz, ale ziemia pod spodem dość miękka i pręty elegancko wchodzą na 50-70 cm w glebę... Ani to się nie złamie, jak drewno, ani łatwo obali gdy mokro, jak plastki z 10-centymetrowym bolcem...
Teraz co weekend robię obchód ogrodzeń (właściwie powinnam robić objazd... od czego jeszcze-nie-sprzedany hucyk) sprawdzając, który słupek do wymiany... Co i raz pojawia się jakiś nowy kandydat... Drewniane ogrodzenia się u nas nie sprawdzają, niestety... Woda czyha na nie tuż pod powierzchnią gruntu... Nawet w lato nieszczególnie poziom wód gruntowych opadł...
Konie cały czas trzymają się dzielnie, bezstajenność znoszą dobrze... Siano schodzi galopem, niby taka potężna zwózka była w tym roku, ale nie wiem, czy do pierwszego pokosu dociągniemy... Ot, uroki chowu zewnętrznego - kupa żarcia idzie... Przydałoby się słomy owsianej do przekąszania dokupić... Muszę jakiś wiejski benchmark rynkowy wykonać...
wtorek, 7 grudnia 2010
O czym by tu...?
...bo i nie za bardzo jest o czym... Walczymy z żywiołem (XXI w. a człowiek pogodowo zdeterminowany jak jaki neandertal ;-)
Droga nasza, póki co, odkopana, ale na pograniczu dojazdności/wyjezdności dla naszego woza... Zapasy treściwego dla koni dowiezione, sieczkę targam w reklamówkach z Wawy, bo kretyńsko podałam do wysyłki adres domowy-cywilizacyjny, zamiast wsiowego... Podobnież beczki; 1 wielka i 2 średnie czekają w Raszynie, aż wykombinuję, jakby je na wieś zatargać komunikacją miejską... Że nie wspomnę o potężnych kostkach przeszkodowych (vel maxi-kawaletkach)... Ot, głupia baba jestem...
Podjęłam prawie 100% decyzję o konieczności sprzedaży hucyka, niestety. Z przyczyn finansowych musimy zmniejszyć pogłowie własnych koni :-(
Walka wewnętrzna trwa cały czas, rozważałam też kandydaturę Szamana, ale jakoś nie mam serca, żeby się do pozbyć... Za dużo pracy (zabawy) i troski w niego włożyłam... A taka była bida źrebięca, gdy się poznaliśmy...
up-date: dojechała w końcu blacha na dach wiaty...
Droga nasza, póki co, odkopana, ale na pograniczu dojazdności/wyjezdności dla naszego woza... Zapasy treściwego dla koni dowiezione, sieczkę targam w reklamówkach z Wawy, bo kretyńsko podałam do wysyłki adres domowy-cywilizacyjny, zamiast wsiowego... Podobnież beczki; 1 wielka i 2 średnie czekają w Raszynie, aż wykombinuję, jakby je na wieś zatargać komunikacją miejską... Że nie wspomnę o potężnych kostkach przeszkodowych (vel maxi-kawaletkach)... Ot, głupia baba jestem...
Podjęłam prawie 100% decyzję o konieczności sprzedaży hucyka, niestety. Z przyczyn finansowych musimy zmniejszyć pogłowie własnych koni :-(
Walka wewnętrzna trwa cały czas, rozważałam też kandydaturę Szamana, ale jakoś nie mam serca, żeby się do pozbyć... Za dużo pracy (zabawy) i troski w niego włożyłam... A taka była bida źrebięca, gdy się poznaliśmy...
up-date: dojechała w końcu blacha na dach wiaty...
piątek, 3 grudnia 2010
Środy nie było...
...tym razem. Nawet nie próbowałam dojechać po pracy. Drogi zawalone, samochód, jak to tutaj mówią, ulgnął na naszej polnej drodze i stał, taki ulgnięty, od poniedziałku do wczoraj (czwartek) wieczorem...! W porównaniu z zeszłą zimą dość wcześnie zaczynają się gawłowskie przeciwności losu...
Konie mają się nieźle, w czwartek rano (kolejna solidna zadymka, po poniedziałkowej) Oblubieniec zastał je o poranku w krzakach nad rzeką, gdzie potężne wierzby i obniżenie terenu w nadrzecznym zakolu, czyli zapewne miejsce dość zaciszne w porównaniu z każdym innym...
Dziś wychodzę z pracy wcześniej, żeby zdążyć z zakupami w Nasielsku (m.in. zapasy granulatu i lizawki, bo gady z nudów żrą słupy w wiacie!!! jedzenie dla psów no i dla ludzi...) i jakoś dotrzeć z towarem do chałupy przed północą... Samochód znów stoi u sąsiada, bagatela z 1 km. od nas, czyli czeka nas targanie wszelakiego dobra na saniach-samoróbkach z blachy (zdaje się) trapezowej...
Uch, chciało się na wieś...
Dzięki Bogu, są na świecie dobrzy ludzie... Kowale 2 razy dowozili Oblubieńcowi do głównej drogi węgiel, wodę pitną i prowiant...
No, ale przynajmniej błota nie ma ;-))))) I co z tego, że śnieg do połowy uda miejscami...
Konie mają się nieźle, w czwartek rano (kolejna solidna zadymka, po poniedziałkowej) Oblubieniec zastał je o poranku w krzakach nad rzeką, gdzie potężne wierzby i obniżenie terenu w nadrzecznym zakolu, czyli zapewne miejsce dość zaciszne w porównaniu z każdym innym...
Dziś wychodzę z pracy wcześniej, żeby zdążyć z zakupami w Nasielsku (m.in. zapasy granulatu i lizawki, bo gady z nudów żrą słupy w wiacie!!! jedzenie dla psów no i dla ludzi...) i jakoś dotrzeć z towarem do chałupy przed północą... Samochód znów stoi u sąsiada, bagatela z 1 km. od nas, czyli czeka nas targanie wszelakiego dobra na saniach-samoróbkach z blachy (zdaje się) trapezowej...
Uch, chciało się na wieś...
Dzięki Bogu, są na świecie dobrzy ludzie... Kowale 2 razy dowozili Oblubieńcowi do głównej drogi węgiel, wodę pitną i prowiant...
No, ale przynajmniej błota nie ma ;-))))) I co z tego, że śnieg do połowy uda miejscami...
poniedziałek, 29 listopada 2010
Mróz tak, ale żeby TAKIE śniegi???
No wypraszam sobie! Czy ja coś o TAKICH opadach śniegu pisałam? Że życzę sobie?? Że mróz to owszem (też wiele do życzenia pozostawiał w weekend, ledwo-ledwo błoto ścinał), ale takie zawieje i zamiecie...? W listopadzie...?? A na środę nadają -20 st.! Chrzest bojowy zima 2010/2011 dla bezstajennych... Aż się boję, co to będzie...!
Bezstajenne nie wydają się szczególnie przybite. Dziś, mimo wichury (jeszcze bez opadów śniegu), nocowały sobie na otwartej przestrzeni. Pod wiatką puściutko... Przywędrowały łaskawie, gdy pojawiłam się z czołówką taszcząc im poranne siano... Na łąkę też wędrowały ochoczo, gdzie przestrzeń jeszcze bardziej otwarta...
Zastosowałam technikę wyprowadzania nakazaną przez Oblubieńca: się idzie przed końmi, się otwiera wejście na łąkę i towarzystwo grzecznie i spokojnie idzie się wypasać.
Moje wypuszczanie na łąkę wyglądało zgoła odmiennie: otwierałam łąkę, szłam korytarzem do koni, otwierałam prądowe sprężyny i jak najszybciej rozpłaszczałam się na ogrodzeniu (bacząc jednakże, żeby się do prądu nie dotykać ;-) Bo towarzystwo (Siwka) startowało kłusem a za chwilę z kwikiem - galopem (Fisio). Przelatywało z łoskotem korytarzem ciskając błotem na wsze strony a następnie zapodawało rundę honorową z wzajemnymi wierzgami i ganiankami, ledwo hamując przed końcową ścianą łąki.
Tym razem postanowiłam zaryzykować (życiem ;-) i pójść przodem. Zanim odwiesiłam sprężyny, Fisiu mnie oczywiście wyprzedził, ale z powodu grudy (naziemnej, nie pęcinowej ;-) stępem żwawym jedynie a nie kwicząco-wierzganym galopem. Siwe też zaraz próbowało, ale energicznie wystawiłam w bok ramię (+ wydałam z siebie wrzask: gdzie??), Siwe od razu susnęło do tyłu i trzymało się, na wszelki wypadek, z metr za mną. A Fisiowi, idąc za jego opasłym wielkim dupskiem, wydałam komendę WHOA! Ludzie, stanął!! Poczekał, aż go minę i dopiero wtedy grzecznie ruszył moim śladem! O to Fisio jeden! Żeby taka dyscyplina u Pana Figlarza??
Na łące nastąpiła konsternacja i prezentacja bardzo głupich min. A trawa to właściwie gdzie jest?? Wszędzie biało, bialutko... Siwe zagapiło się w dal, Fisiu nos zniżył, szurnął, przeszedł kilka kroków, znowu szurnął... Hucyk tylko bez zbędnych ceregieli od razu zaczął fachowo śnieg wargami odgarniać i wyskubywać źdźbła, jak gdyby nigdy nic...
Wydałam Fisiowi komendę chodźta i powędrowałam na koniec łąki, gdzie wcześniej przesunęłam ogrodzenie. Tam spod śniegu sporo nieobjedzonej trawy sterczało... Fisiowi nie trzeba pewnych rzeczy dwa razy powtarzać, od razu ruszył za mną a cała reszta za nim. Dochodząc do nieobjedzonego pokazałam palcem... Towarzystwo załapało błyskawicznie i z pomrukami zadowolenia rzuciło się do jedzenia...
One, te nasze konie, są jakieś takie... komunikatywne. Jakby rozumiały po ludzku (ludzkie gesty, słowa)... Całkiem jak psy... Reagują na swoje imiona, gapią się jakoś tak rozumnie... Inne konie wydają mi się jakieś takie głupkowate w porównaniu z naszymi... ;-))) Cudze psy zresztą też :-))))
Bezstajenne nie wydają się szczególnie przybite. Dziś, mimo wichury (jeszcze bez opadów śniegu), nocowały sobie na otwartej przestrzeni. Pod wiatką puściutko... Przywędrowały łaskawie, gdy pojawiłam się z czołówką taszcząc im poranne siano... Na łąkę też wędrowały ochoczo, gdzie przestrzeń jeszcze bardziej otwarta...
Zastosowałam technikę wyprowadzania nakazaną przez Oblubieńca: się idzie przed końmi, się otwiera wejście na łąkę i towarzystwo grzecznie i spokojnie idzie się wypasać.
Moje wypuszczanie na łąkę wyglądało zgoła odmiennie: otwierałam łąkę, szłam korytarzem do koni, otwierałam prądowe sprężyny i jak najszybciej rozpłaszczałam się na ogrodzeniu (bacząc jednakże, żeby się do prądu nie dotykać ;-) Bo towarzystwo (Siwka) startowało kłusem a za chwilę z kwikiem - galopem (Fisio). Przelatywało z łoskotem korytarzem ciskając błotem na wsze strony a następnie zapodawało rundę honorową z wzajemnymi wierzgami i ganiankami, ledwo hamując przed końcową ścianą łąki.
Tym razem postanowiłam zaryzykować (życiem ;-) i pójść przodem. Zanim odwiesiłam sprężyny, Fisiu mnie oczywiście wyprzedził, ale z powodu grudy (naziemnej, nie pęcinowej ;-) stępem żwawym jedynie a nie kwicząco-wierzganym galopem. Siwe też zaraz próbowało, ale energicznie wystawiłam w bok ramię (+ wydałam z siebie wrzask: gdzie??), Siwe od razu susnęło do tyłu i trzymało się, na wszelki wypadek, z metr za mną. A Fisiowi, idąc za jego opasłym wielkim dupskiem, wydałam komendę WHOA! Ludzie, stanął!! Poczekał, aż go minę i dopiero wtedy grzecznie ruszył moim śladem! O to Fisio jeden! Żeby taka dyscyplina u Pana Figlarza??
Na łące nastąpiła konsternacja i prezentacja bardzo głupich min. A trawa to właściwie gdzie jest?? Wszędzie biało, bialutko... Siwe zagapiło się w dal, Fisiu nos zniżył, szurnął, przeszedł kilka kroków, znowu szurnął... Hucyk tylko bez zbędnych ceregieli od razu zaczął fachowo śnieg wargami odgarniać i wyskubywać źdźbła, jak gdyby nigdy nic...
Wydałam Fisiowi komendę chodźta i powędrowałam na koniec łąki, gdzie wcześniej przesunęłam ogrodzenie. Tam spod śniegu sporo nieobjedzonej trawy sterczało... Fisiowi nie trzeba pewnych rzeczy dwa razy powtarzać, od razu ruszył za mną a cała reszta za nim. Dochodząc do nieobjedzonego pokazałam palcem... Towarzystwo załapało błyskawicznie i z pomrukami zadowolenia rzuciło się do jedzenia...
One, te nasze konie, są jakieś takie... komunikatywne. Jakby rozumiały po ludzku (ludzkie gesty, słowa)... Całkiem jak psy... Reagują na swoje imiona, gapią się jakoś tak rozumnie... Inne konie wydają mi się jakieś takie głupkowate w porównaniu z naszymi... ;-))) Cudze psy zresztą też :-))))
piątek, 26 listopada 2010
U-hu, hu, jest mróz...!
...mam nadzieję, że na wsi również i po błocie zostało wspomnienie :-)
A obecnie cierpię z kolejnego powodu: świątecznej promocji i giftów na www.parelli.com...!!
A obecnie cierpię z kolejnego powodu: świątecznej promocji i giftów na www.parelli.com...!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)