"Pracuj nad sobą a z koniem się baw" Pat Parelli

środa, 26 maja 2010

Woda, znowu woda...

W studni woda znowu prawie równo z gruntem, stajnia zalana (ponownie wybiły wody gruntowe, nie zdążyliśmy z wylewką...) Dodatkowo definitywnie runął dach nad 1/3 stodoły. Szczęście, że nie na siano a tuż obok :-) I jeszcze, dranie, zdjęły 3 drągi z okrągłego wybiegu (słupki jako czochracze na muchy).
Konie wysmuklały (wędrują non-stop z powodu chmary różnorodnych gawłowskich owadów), gubią zimówkę; Siwe już w letniej odsłonie, Niko prawie-prawie, Fisiek sfilcował się miejscowo i zaczyna ukazywać letnią, jaśniejszą odsłonę (piękny, piękny). A hucek nadal puchaty. Niby coś tam zrzuca, ale podszerstek jak u wilcura na wszelki wypadek zachowuje. Cwaniak wie, że z tą pogodą naszą to nigdy nic nie wiadomo ;-)

W sobotę rozpoczęłam koński program odpiaszczający (SAND GARD); mocno nas zaniepokoiło nieszczęście Marty & Latawca. Nasze konie bytują za stodołą na piasku... Niby jeszcze w zeszłym roku była to łąka, ale kwatera nie jest szczególnie wielka a 4 konie robią swoje... Nie ma szans, żeby tam cokolwiek odrosło... Hucek w szczególności z uporem maniaka śledzi wszelaką aktywność roślinności i gasi ją w zarodku...
Konie preparat podany z paszą przyjęły początkowo bez focha; hucek i Niko wtrąbili całe swoje porcje bez szemrania, nasi po pierwszych łapczywych kęsach zaczęli lekko wydziwiać, próbowali zamieniać się na wiaderka, musiałam wykarmić oba egzemplarze po kolei z ręki, jak niemowlęta jakie...
Kolejnego dnia oczywiście to samo - zwierzaki tak zaawansowały zabawę zamieniamy się na wiaderka, że musiałam wkroczyć zbrojnie z patykiem i pilnować towarzystwa, bo każdy ma swoją indywidualną porcję paszy i ma nie być zamieniania się! Z Nikiem tylko nie ma problemu, bo tego z największą porcją żarcia, zamyka się na okrągłym wybiegu. I tylko gruby hucek (porcja symboliczna, żeby nie miał przykrości, że inny jedzą a on nie) sterczy u bramki i wpatruje się, jak eks-węgorek zajada...

Zaczęłam robić przymiarki do pielenia, pierwszego w tym roku.... Trochę się zagapiłam i drzewka zniknęły w zielsku... Konie czynnością pielenia zachwycone, wędrują wzdłuż ogrodzenia w miarę postępów w pracach wypleniających, bo zielsko ląduje oczywiście na padoku :-) Jest podbieganie, przeganianie się, miłosne pochrumkiwanie pod moim adresem, że taka fajna jestem :-) Tak, wystarczy reglamentować zielone żarcie i zaraz jest uwielbienie... Bo jak się gady puści na łąkę (póki co chodzą 2 razy dziennie po ok. 2 godziny) to szukaj wiatru w polu... Można sobie gwizdać i nawoływać; głowy wprawdzie się podnoszą, ale zaraz z powrotem nurkują w trawę ;-)

Z huckiem zabawa dawaj głowę i dawaj gębę. Huckowa głowa należy do kategorii Yeah, but spot... (w wolnym tłumaczeniu: niekoniecznie życzę sobie, żebyś mnie obmacywała akurat po głowie) i od czasu do czasu z pozycji lidera żądam trzymania głowy spokojnie, gdy o to proszę (np. przecieranie oczu) a nie wyczynianie uników. Huckowe uniki to zupełnie co innego, niż niegdysiejsza nieśmiałość Siwki, wynikająca z niepewności. Hucek po prostu robi foch (nie wykluczam, że wynika to z jakichś wcześniejszych niemiłych przejść z człowiekiem). Ostatnio po raz pierwszy (dawaj głowę robimy od jakiegoś czasu) poprosiłam o dawaj gębę i zaproponowałam zabawę z wnętrzem pyska. Hucek podskoczył jak oparzony za pierwszym razem, ale chyba mu się spodobało, bo zaraz wargę dolną zwiesił i bez problemu mogłam mu wymasować dziąsła :-)

Ze spraw budowlanych:
- na łące wykreowałam kolejną cudną drewnianą bramkę, dzięki której powstaną 2 kolejne pastwiskowe kwatery,
- dokonałam korekty okrągłego wybiegu; wymieniłam 3 kolejne drewniane żerdzie na białe taśmy pastuchowe; konie nie będą obgryzać, czochrać się, rozwalać, demolować a koń-hucek przestanie pod siodłem kombinować blisko-bliziutko przy dragach, co uwielbia (a że prądu się boi, skończą się umizgi do płotu ;-)
- rozpoczęłam przymiarki do wdrażania u nas koncepcji PADOCK PARADISE; stopniowo zamieniamy padok zastodolny w koński survival :-) Mamy już górkę, kamienie, pnie drzew... Będziemy jeszcze preparować w przejściach końskie oczka wodne do moczenia kopyt, podwyższać górkę i budować kolejne...

poniedziałek, 17 maja 2010

Woda z nieba

Skandal jakiś z tymi opadami... Konie-bidaki sterczą na tym deszczu, wiecznie mokre, zaraz im zaczną rosnąć skrzela (bo błony pływackie już prawie na kopytach mają od tego ciągłego brodzenia po wodzie :-) Jednakowoż, żeby wyglądały na nieszczęśliwe, to nie bardzo. Wystarczy bramkę zastodolną otworzyć i pokazać, że mogą na łąkę powędrować ;-) Jak jest trawa, może sobie lać...

W sobotę o poranku trochę pochrumkaliśmy z Fiśkiem. Wydałam z siebie chrumk, Fisiek głowę poprzekrzywiał, odchrumknął. Za chwilę słyszę, chrumka Niko. A za chwilę Siwka. Istna epidemia zachrumkanych. Tylko hucek majestatycznie milczy (ale za to powarkuje. Tego żaden inny koń nie potrafi ;-)
Od rana towarzystwo było mocno ożywione. Uznałam, że łakną kontaktu z liderem i zabrałam wszystkich na podwórko. Jakże mylne to było przekonanie... Szaman natychmiast obrał azymut na bramkę nałąkową a reszta kolesi żwawym gęsim chodem za nim. Wydałam z siebie wrzask Fisiek, gdzie??? (bynajmniej nie było to przyjacielskie chrumkanie), na co Szamanisko zagęściło ruchy i poprowadziło stadko energicznym kłusem pod bramkę.
Tamże nastąpiło demonstracyjne wyrażenie złego humoru (nie dość, że krzyczą na konia, to jeszcze bramka zamknięta) polegające na pokwikiwaniu, próbach delikatnego (na szczęście!) taranowania bramki, pobrykach a na koniec małym kółku galopu ze wspinaniem się w locie i boksowaniem przednią nogą! Kiedyś w życiu bym do gada nie podeszła w takim stanie, ale teraz ruszyłam w jego kierunku z miną bojową i z Fiśka szybko zeszła cała para... Zaraz głowę spuścił (no co Ty? mały koński żarcik taki...), gębą zamemlił a gdy pokazałam władczym gestem, że mają z ekipą kosić podwórko, zanurkował gębą w roślinność... Ale już za chwilę znów spróbował, czy bramka aby się nie odemknęła (sama z siebie chyba ;-) w międzyczasie... Zeźlił mnie, bo zamiast zająć się czymś pożytecznym, musiałam obserwować, co ten znowu wykombinuje. I wygnałam wszystkich z powrotem za stodołę, na ganianki. Macie energię, proszę bardzo, będziemy latać. Latały, diabły, ze 20 minut, zadowolone. Nawet nieszczególnie musiałam poganiać zastęp. Co i raz zmieniałam im tylko kierunek latania, żeby było symetrycznie :-) I wtedy ponownie zaproponowałam podwórko. O, po ganiankach, to bardzo chętnie, spokojnie, na podwórku można pobytować... Fisiek rzucił wprawdzie tęskny zerk na bramkę, ale już nie próbował robić wyłamu...
Łaził za to za mną, jak najęty. Zaproponowałam więc zabawę włażenie na deski (sterta ułożona na środku podwórka), co Fisiek przyjął z wielkim zadowoleniem. Potem rozkazałam Siwej się z nami pobawić, choć na początku nieszczególnie przejawiała chęć. Zaraz się jednak rozkręciła i nawet zaproponowała pacanie naprzemienne (prawa-lewa noga), za co oczywiście przysługuje koniowi ciasteczko :-) Fisiek momentalnie pacanie po Siwce spapugował, mimo że nożnej kopaniny nigdy u niego nie wzmacniam. Wręcz przeciwnie: włosy z głowy rwałam w pensjonacie na to jego wieczne fajtanie nożyskiem. Jego koronny numer, to było wykopywanie pieńka spod siedzącej na owym pieńku Gośki W. Albo przynajmniej próba postawienia kopyta na Gośkowym kolanie (do dziś słyszę te lamenty dziecięcia Mamo, weź go!)
Po zabawie z deskami Fisiek tak się rozkręcił, że zaproponował zabawę ze studnią. Poziom wody znacznie się podniósł i Fisiek najpierw bacznie obserwował lustro wody, potem pochylił się nieco niżej i zaczął wydawać z siebie różne dziwne odgłosy-pomruki słuchając, co na to powie studzienne echo. Potem pomysły jego eskalować zaczęły w kierunku coraz głupszych: najpierw postawił kopyto na krawędzi, a następnie zaczął wkładać nogę do studni! W tym momencie moje nerwy nie wytrzymały i zakończyłam tę głupią Szamańską zabawę. Swoją drogą, ciekawe, co jeszcze to konisko wymodzi. Jego inwencja jest niesamowita ;-)
Potem konisko wymodziło łażenie za (mną). Pchał się nawet do domu (uroki parterowej chałupiny ;-) Całe szczęście, że zwierzak wyszkolony, bo ani chybi popękał-by płytki ceramiczne w ganku; w ostatnim momencie zaprotestowałam przy pomocy joja i BACK-BACK-BACK z kuchni (kuchnia jest w linii prostej z gankiem i drzwiami wejściowymi) i Szamanisko cofnął wiszącą nad płytką kończynę. A przecież mógł się wypiąć, bo byłam od niego ładnych oparę metrów i to jeszcze w pomieszczeniu. Mógł udać, że nie widzi jojowego palca i nie słyszy BACK-ania... Tak to my się jeszcze nie bawiliśmy... O błogosławione szkolenie naturalne :-)

poniedziałek, 10 maja 2010

Było - minęło

Ależ cudne dni na wsi miałam...!
Lało, jak cholera, wszędzie błoto, konie kombinowały, gdzie by tu stanąć, żeby nie we wodzie cały czas... Całe szczęście, że Oblubieniec małe pasmo górskie na padoku usypał, tam towarzystwo z upodobaniem koczowało... Szamanisko wręcz tam sypia w ciągu dnia, na podwyższeniu, samotnie... Siwe staje na górce przodami, dupkę zostawia poniżej, i z tej pozycji obserwuje okolicę... Zaczęło się od wystawania przodami na oponie-podeście, teraz woli naturalną piaskową górkę...
A najeździłam się i natrenowałam koni do rozpuku... Raz woziłam się na hucku przez 30 min. i 2 razy posiedziałam na Siwce... A mięśnie jakie rozbudowałyśmy... Kręgosłup u Siwego na wierzchu, mowy nie ma o oklepowaniu, ot co :-(

Od 1 maja konie poszły na zielone. Stopniowo. Najpierw na dalsze padoki zastodolne (obżarły je w 4 dni), potem brałam je po kolei na sznurku na podwórko - każdy po pół godziny. Robiły za kosiarki. Potem mi się znudziło takie absorbujące moją osobę pasienie i puściłam całe stadko luzem. Przykazałam, że ma być spokój: żadnego włażenia w ogródek, rozwalania beczek z paszą (beczki stoją pod stajnią), włażenia do stodoły (z sianem), w deski czy do nowej stajni (szkielet + dach).
Na początku było grzecznie, zaczęło się drugiego dnia. Co i raz musiałam towarzystwo upominać, bo:
- Szaman właził do starej stajni (w te i wewte) denerwując Bobusia (w stajni nocują psy i teraz to ich gniazdo. Bobuś oburzony, że koń śmie mu się pchać do chałupy...)
- hucek demolował beczki z uporem maniaka; nauczył się ODKRĘCAĆ pokrywę (!!!) i dobierać do zawartości. Wystarczyło, że na chwilę zniknęłam w chałupie, już beczki zaczynały dudnić... Oczywiście całe stado kibicowało... Zaraz pojawiali się przy beczkach Niko i Siwka...
- Szaman kombinował, jak tu zeżreć rośliny ozdobne z ogródka, posadzone wzdłuż płotu, a w ostateczności chociaż podwórkową wierzbę (w zeszłym roku żarły ją oba hucki, o mało nie uschła!)
- Szaman z huckiem (ale głównie Szaman-Kombinator) pchali się do stodoły, mimo zasieków uczynionych z drąga i szeleszczącej plandeki (siano, siano, siano!)
- wszyscy kłócili się z psami; podłazili, prowokowali, robili miny... Nawet najgrzeczniejszej Siwce przytrafiało się robić do psów grymasy.

Jeździectwo było 2 maja; testująco siodłałam i Siwe, i hucka bez niczego na głowach i oba konie stały grzecznie :-) Hucuś jeden kroczek w bok na początku umyślił, zrobiłam małe retreat z siodłem (on jeden krok ode mnie, ja jeden krok od niego), mały gębę rozdziawił ze zdziwienia, że nie gonię go z siodłem i wrócił na miejsce :-))
A w ramach trenowania koni starałam się codziennie urządzać zwierzakom stadne padokowe ganianki... Czasem musiałam się wspomagać reklamówką-foliówką, bo te gady bezstajenne takie się wyluzowane zrobiły, że latać im się za bardzo nie chce bez dopalaczy ;-)

W sobotę (8 maja), korzystając ze słońca (resztki trawy obeschły) na wyjedzonych padokach zastodołowych, wysiałam saletrę. Ręcznie. A co, w końcu jest się rolnikiem z miasta, trzeba pole obrabiać ;-) W niedzielę skoro świt poleciałam sprawdzić, czy trawa już rośnie. Oczywiście nic się jeszcze nie zdążyło ruszyć ;-)

...I jeszcze zaczęłam budować bramki na łące - robię z łąki 4 stałe kwatery. Koniec z lataniem i przestawianiem słupków co weekend! Na razie zbudowałam 2 cudne bramki; profesjonalne drewniane słupy, zamknięcia na podwójne sprężyny... Konie zabrałam ze sobą na łąkę. Rzuciły się jak szalone do jedzenia mleczyków, ziółek i innych młodych badylków... Z dobroci serca trzymałam je na łące, póki nie skończyłam z bramkami (2 godziny), co zwierzaki okupiły potem lekką biegunką. Tak się obżarły! Ale mordy miały uśmiechnięte :-) Po powrocie do domu (za stodołę) od razu glebły się gromadą spać...

Z nowości zabawowych: uczymy się chrumkać na komendę.
Chrumkam - koń odchrumkuje. Koń oznacza w pierwszej kolejności Szamana (naturalnie - on to wymyślił ;-), drugi chrumkacz to - o dziwo! - Siwka :-)) Zabawa narodziła się w wyniku nawoływania mnie przez Szamana: koleś wystawał pod bramką i wrzeszczał, że chce na podwórko. Nie daj Boże, żeby do niego nie podejść, nie pogłaskać chociażby... Gdy oddalałam się, darł się wniebogłosy :-)
I tak oto wykluła się nam nowa umiejętność ;-)

piątek, 30 kwietnia 2010

"Takie tam" przed długim weekendem

Wczoraj Ala zabrała kupy do badania (chyba nie mam o czym pisać ;-) Do miasta pojechały odchody Nika, Siwki i Szamana. Huckowy odchód sobie darowaliśmy, bo pączek w maśle na zarobaczonego nie wygląda... Aczkolwiek, jako że pozory mogą mylić, małego przebada się za kolejnym gównianym podejściem analitycznym...
Ciekawam, czy u naszych wyjdzie jakiś lokator... Nie spodziewam się... Szaman ostatnio jakby zaczął tyć (znowu! a już wyglądał jak prawie rasowy koń, dajmy na to Ślązak, w swej umiarkowanej smukłości!), Siwka jak zwykle folblucio-urocza, nie-za-chuda, nie-za-gruba... No może by się trochę mięśni na pleckach przydało do tego naszego wsiadania ;-) Zamierzam się poborykać z tym tematem w nadchodzących dniach, bo uwaga! będę siedzieć na wsi całe 9 dni!!!

No i jest jeszcze pewna sprawa, o której nie chcę się na razie rozpisywać, żeby nie zapeszyć... Jakiś czas temu dostałam propozycję współpracy - wejścia w pewien deal z naszymi końmi... Już prawie o sprawie zapomniałam a tu się okazuje, że owa pewna inicjatywa zaczyna nabierać konkretnych kształtów... Czuję się podekscytowana, w końcu będę miała motywację do podnoszenia poprzeczki sobie i koniom :-) Może nawet będę mogła cisnąć o glebę debilną pracą biurową w Wawie...
Ech, teraz to chyba jednak popłynęłam za bardzo... ;-)

Up-date: kupy czyste, bez robali :-))

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Romeo & Julia

Hucek i Siwka.
Miłość na padoku kwitnie. Jedynie czas rozrzucania siana zakłóca sielankę i Siwe hucka odpędza. Poza tym podłazi do niego, maślane oczy robi, trąca go noskiem w słabiznę... Aż się mdło robi od patrzenia ;-) Hucek się mobilizuje, łapie zapach, wargą górną wykręca, podryguje, rży-chrumka jak prosiak, coś tam usiłuje wyczyniać... Siwe niby kwiczy i wierzga, ale tak tylko, dla fasonu... Reszta wałachów udaje, że nie widzi, co się wyrabia. Mam nadzieję, że to się wkrótce zakończy, bo dość mam słuchania miłosnych ryków zza stodoły ;-)

W sobotę upodliłyśmy się z dziecięciem przy korowaniu i przenoszeniu desek oraz transportowaniu siana ze stajni do stodoły, bliżej padoku. Ledwo miałam pod wieczór siłę poleźć po siodło... Najpierw zarządziłam grupowe galopy, bo towarzystwo nic tylko by brzuchy pasło. Żadnych przebieżek z własnej woli, żadnej większej auto-aktywności... Zwierzaki bardzo szybko ustaliły sobie zastęp (Fisiek ustawił się na czołowego) i dawaj latać dookoła gęsiego, jeden za drugim. Stanęłam na środku okrągłego wybiegu z stamtąd dyrygowałam a towarzystwo latało dookoła, na zewnątrz. Całkiem ochoczo. Tylko na początku były próby dekowania się w narożnikach, potem się zwierzyniec rozbujał. Były nawet skoki przez leżące pnie drzew, których na padoku dostatek.
Kondycji to kolesiostwo za bardzo nie ma; było sapanie, wyparskiwanie się, ocieranie potu z czoła...
Potem wzięłam się za siodłanie. Tym razem innym siodłem niż zazwyczaj, bez-hornową krótką westówką z zaokrągloną spódniczką (niby-rajdową z definicji, ale według mnie bardziej pasująca do szybkościówek - barell racingu czy pool-bendingu...) Na pierwszy ogień poszedł Romeo-hucek. Siodło wnikliwie obniuchał, liznął, zębem skrobnął. Przy zapinaniu popręgu próbował się kręcić, ale szybko zrezygnował po małej reprymendzie. Fakt, trochę się miotałam z dopasowaniem latigo, bo popręg 34 cale okazał się dla hucka zdecydowanie za długi przy tym siodle i musiałam pokombinować, coby nie zachodził na poły... Ale bez przesady. Jakoś szczególnie hucka nie męczyłam tym dopasowywaniem, więc żadnych powodów do wiercenia się nia miał... On tak czasem sobie lubi sprawdzić, kto klockami u nas zarządza ;-)
W końcu załadowałam się na siodło (znowu tylko na kantarku z jedną liną), które okazało się makabrycznie śliskie. Muszę wymodzić jakąś baranicę na siedzisko, bo jakby tak zwierzak zapodał jakąś gwałtowniejszą figurę, ani chybi gleba ;-)
Potem została osiodłana Julia-Siwka (hucka musiałam od nas odegnać, bo podłaził i znacząco pochrumkiwał); nowe siodło nie zrobiło na niej większego wrażenia, może dlatego, że zalatywało huckiem ;-) Oczywiście żadnych rewelacji jeździeckich w wykonaniu naszego duetu jak zwykle nie było ;-) Potem umyśliłam wsiąść na Siwe na oklep. I już prawie siedziałam, ale Siwe zaczęło kwasić, że jesteśmy obie zbyt kościste na takie przygody. Fakt. Zdecydowanie wygodniej w siodle. Co innego Fisiek albo hucek. U tych człowiek na poduszce tłuszczowej by zasiadł...

W niedzielę replay ze stadnych galopów, do niczego innego nie miałam pary w kościach... Bo znów od rana korowałam deski... A jeszcze z 1/3 została do zrobienia... Coś czuję, że weekend majowy mam zagospodarowany ;-) Całe szczęście, że po 3. maja mam cały tydzień wolnego :-)))))
Fisiek znów latał jako czołowy; całkiem zgrabnie mu to idzie, prowadzić zastęp... Wykrok ma piękny, długi, nawet gdy galopuje pięknym skróconym galopem, zastęp nie musi drobić i kombinować, jak tu zadany chód utrzymywać... Niko jedynie, z-wolna-tyjący chudziak-węgorek, usiłuje walić kłusem wyciągniętym, ale zaraz zostaje pouczony i dostosowuje chód do reszty...

Późnym popołudniem zabrałam Faworyzowaną Siwkę-Ulubienicę na podwórko, trawę kosić. Pierwszy raz puściłam dziką luzem, z dala od koni. Usiadłam sobie na pieńku i patrzyłam, co będzie. Siwe jadło łapczywie, czasem głowę podrywało, gdy hucek ryczał za stodołą, czasem podchodziło do bramki, ale na zdalne BACK-BACK-BACK grzecznie wycofywała i wracała do konsumpcji :-) Znaczy się, cholera, lider jestem dla dzikiej, jak nic :-))

A tak w ogóle to była kolejna mała sesja zdjęciowa; tym razem z Fiśkiem na leżąco. Jeszcze tylko z huckiem leżakującym fotki i byłby komplet. Ale mała gadzina nie daje do siebie podchodzić, gdy leży. Dziki jaki! A ja gadam na Siwkę ;-)

 photo HPIM7627_zps408f02bc.jpg

 photo HPIM7622_zpsa5902fb9.jpg

 photo HPIM7631_zps212de858.jpg

piątek, 23 kwietnia 2010

Zboczeńce

Ludzie, czego ja się tutaj dowiaduję! Siwe nie tylko, że prowadza się z huckiem, Siwe w hucku zakochane! Że podobno niezłe akcje miłosne na padoku odchodzą (a fuj, z wałachem! ;-) A Fisiek prowadza się z Nikiem (geje jedne)...
Powariowali na wiosnę! Już ja się za nich wezmę w weekend. Wszyscy będą dygać pod siodłem (no, może cudzemu Nikowi odpuszczę)...
Ja im dam amory ;-)

wtorek, 20 kwietnia 2010

Leniwy (koński) weekend

...nowa stajnia ma już założony dach, wczoraj pół dnia korowałam obladry na ściany... Tak w skrócie można streścić ostatni weekend. Oprócz regularnej batalii z padokowymi kupami. Miało być jeździectwo - nie było. Miały być jeździeckie fotki - nie było (na Siwce głównie, bo sama sobie nie wierzę, że na nią wsiadam ;-) Mimo, że pojechało ze mną dziecię. Postaramy się naprawić te ewidentne błędy za tydzień :-)

W piątek
wieczorem powtórnie odrobaczyłam wszystkie konie (PARAMECTIN), kontynuujemy węgorkowy bój. Niebawem wypada wysłać ze 2 różne kupy do badania (Niko obowiązkowo, któryś z naszych weryfikacyjnie - na zawęgorkowane nie wyglądają, ale nigdy nic nie wiadomo...)
Konie wyluzowane na maksa (błogosławiony chów bezstajenny), polegują w ciągu dnia regularnie (nawet dzika Siwka); wystarczy, że słoneczko przyświeci, pojedzą i zaraz gleba :-) Siwe na leżaka daje do siebie podchodzić, stawać nad sobą, tarmosić się, ale usiąść na sobie, gdy leży jeszcze mi nie pozwoliła, zaraz wstała. Spokojnie, z godnością osobistą, ale zdecydowanie (jak chcesz wsiadać, to lepiej idź po siodło ;-) Oczywiście nie poszłam. Zdecydowany brak motywacji do wsiadania. Właściwie nie bardzo widzę sens łazić w kółko po padoku. A w teren też niby po co? Żeby jeszcze do sklepu po zakupy to rozumiem... (tak robiliśmy na Kaszubach; konie były po prostu naszym środkiem transportu) Ale zakupy robi się globalne w piątek i styka... Na wszelki wypadek sakwy jednak mam. Jakby Oblubieniec wyrwał się gdzieś na dłużej i stanęłabym przed widmem głodu... ;-)
W sobotę Fisiek zyskał piękne nowe kopyty; osobiście tarnikowałam pod przywództwem Oblubieńca... Zdecydowanie muszę się kopytnie wyedukować, bo mimo dostępu do wszelakich materiałów edukacyjnych (nawet 10 DVD Rameya posiadamy) moja wiedza kopytna jest bardzo szczątkowa... Najchętniej osobiście wybrałabym się na kurs i sama werkowała... Niestety, póki co, nie przeskoczę bariery finansowej. Nawet z kursu majowego z Berniem muszę się wypisać :-(((

 photo HPIM7581_zpsf2338657.jpg

 photo HPIM7600_zps2ae12cab.jpg

 photo HPIM7605_zps075d5dd8.jpg