Sprowokowana dyskusją na forum SPNH na temat zachowania koni przy karmieniu, zaczęłam z premedytacją testować, jak to jest u nas… W piątek wieczorem przy okazji podawania treściwej kolacji odesłałam Szamana na drugi koniec boksu. Kolega zaproponował, że pójdzie wzdłuż chodem bocznym. A proszę bardzo, może być boczkiem-boczkiem. Oczywiście, gdy tylko odwróciłam się do niego tyłem, żeby wysypać zawartość wiaderka w siano, próbował przydryfować z powrotem. Podniosłam rękę w stylu ni to blok na odległość, ni to popukanie powietrza. Wrócił pokornie pod przeciwległą ścianę. Znaczy dobrze jest. Chyba przypomniała mu się komenda ŚCIANA! naszego pensjonatowego Pana Marka. Na komendę ŚCIANA! wszystkie konie stawały w stajni na baczność, na najdalszej ścianie od wejścia do boksu. I wtedy Pan Marek wkraczał i podawał posiłek… Chyba wolę nie wiedzieć, jak wyuczył menażerię, w większości lewopółkulową... ;-)
W sobotę rano replay, Szaman trochę gorszy (w nocy przemyślał chyba, że jest za miętki…) – musiałam być trochę bardziej stanowcza a z braku carrota zrobiłam mu driving uniesionym wiaderkiem (!). Trochę się zdziwił, ale uznał, że widać można i tak … zadziałało. Odszedł kręcąc nosem pod przeciwległą ścianę.
Za stodołę na kantarku (trauma po-ucieczkowa doszła u mnie do głosu). Uchyliłam boks Siwkowy, poszłam Szamana sznurkować. Siwe nosem drzwiczki swoje otworzyło na oścież, stoi, patrzy, myśli… w końcu wyszła. Majestatycznie przeparadowała koło nas i poszła na podwórko. Cień myśli przemknął mi przez głowę, że trzeba wzmóc czujność… (Fiś w pensjonacie w takiej sytuacji wylatywał z boksu na huuuraaa!!! nie zawsze miałam odwagę stanąć mu na drodze…) A tu nic! Jak stał, tak stoi… Podetknęłam kantarek pod nos, niby-drzemie, ale nagle błyskawiczna akcja: capnął kantarek w gębę, ale nie jak zwykle głęboko w paszczę, tylko oparł sobie sznurek na zębach! I gdy chciałam, jak zwykle, zawiązać mu ciasno kantarek jako nie-fajne sznurkowe wędzidło, Szaman natychmiast wypchnął jęzorem nachrapnik na zewnątrz, przeżuł i włożył nos w sznurki :-) Zna zabawę za ciasno w gębie… Cwaniak Jaki…
Poszliśmy za Siwką za stodołę. Za stodołą wieje, ziemia zmarznięta, drzewa akacjowe grzechoczą strączkami… Sama się nawet w nie wpatrywałam podejrzliwie na początku … Nic dziwnego, że konie elektryczne… Długo nie dało się wytrzymać na wietrze, ale kilka króciutkich sesji z Siwką przeprowadziliśmy. Szaman ma ostatnio prawie-wolne. Chyba, że wyjątkowo marudzi…
Z Siwką różne ciekawe/śmieszne/nowe rzeczy:
1) pacanie na odległość – poszłam do ogromniej naziemnej plandeki, Siwka stoi pod stodołą i mnie obserwuje bacznie. Odległość między nami – około 20 m. Pacnęłam nogą. Siwa stoi i patrzy. Pacnęłam znowu… Siwe uniosło nogę, zabujało nią na boki…, pacnęło w ziemię (!!!) i w te pędy (wyciągniętym stępem) do mnie i dawaj pacać w plandekę :-)))
2) jojo na wolności z pacaniem po odesłaniu – odsyłam paluszkiem na 5-7 m., Siwe odchodzi na wybraną przeze mnie odległość, pacam, Siwe paca, przywołuję, Siwe podchodzi, dostaje ciasteczko.
3) zaawansowane friendly carrot&string:
– uderzanie stringiem w ziemię w strefie 3 i 4 stojąc twarzą do boku konia,
– uderzanie chodząc dookoła konia - gdy chodziłam skierowana twarzą do Siwki, ta nie wytrzymywała presji i gdy dochodziłam do zadu, robiła odangażowanie. Zaczęłam więc chodzić dookoła niej odwrócona tyłem i uderzając w kierunku najpierw od konia, potem w bok – od razu przestała się obracać, stała spokojnie z opuszczoną głową :-)
– uderzanie w ziemię stojąc w strefie 5 (za ogonem) – twarzą w stronę ogona, naprzemiennie po obu stronach zadu w kierunku stref 4-3-2… Siwe ani drgnęło :-)))
4) squeeze nad przez kłody koło baneru - najpierw kilka przeciśnięć, potem prosiłam o stanięcie dwoma nogami nad. I wycofanie. I jedną nogą nad. I znowu dwoma… Siwe na początku wykombinowało, że tak naprawdę nie chodzi mi o przestawianie nóg, tylko o dotykanie banera wiszącego obok. I co przestawiła nogi, to wyciągała nos do drągów i targetowała baner. I oczywiście mina noooo, ciasteczko…?
5) ...potem poprosiłam o kilka kroków sideways nad kłodą w stronę baneru. Oj, było trudno, Siwe się wahało, bo baner na wietrze powiewał w jej stronę… a tu proszą o podejście bliżej i jeszcze bokiem na dokładkę… Ale 3 kroczki pięknie zrobiła… Odważna!
Gdy skończyłyśmy, Siwe wywijało szczęką, międliło, jęzor różowiutki wywalało cały… w końcu zaczęło ziewać… Ostatnio coraz częściej takie sesje mamy, bardzo myślące :-) A Szamanisko podpełznął do nas cichutko (nie zamykałam okrąglaka), stanął obok i też zaczął ziewać… Znaczy, że co…? Uczy się zaocznie? Geniusz Gawłowski? Pokazywać ludziskom Cudaka za pieniądze czas zacząć?
W niedzielę pogodowo było już całkiem koszmarnie, zimnica straszliwa, wszystko dookoła fruwało na wietrze, konie co chwilę wyskakiwały na metr w górę… Psy latały biegiem na trasie dom – stajnia – stodoła, byle się ukryć przed wiatrem i nie siedzieć na dworze…
Konie ulokowały się w pół-zaciszu pod stodołą (psy w stodole), do siana rozrzuconego na okrąglaku nie chciały iść (otwarta przestrzeń), musiałam im żarcie przetransportować tu, gdzie stały… Od czasu do czasu szłam do nich na mizianki, poza tym organizowałam sobie roboty pod dachem…
Zwierzaki wytrzymały do 15.30. Widno jeszcze było, podeszłam na kolejne drapanki a tu konie w sposób ewidentnie przejrzysty zakomunikowały, czego sobie życzą: porzuciły siano, Szaman złapał paszczą taśmę biało-czerowną, którą zawieszam dodatkowo w wejściu, nad drągiem, przerwał ją jednym zamaszystym ruchem głowy (zazwyczaj brał ją w pyszczydło i tylko memlał), po czym zaczął popychać nosem drąg… Siwe z kolei trąciło mnie nosem w ramię, potem zatargetowało drąg. I znowu moje ramię, i znowu drąg… I niech ktoś powie, że konie nie potrafią mówić…! Otworzyłam padok, pognały kłusem prosto do swoich boksów…
"Pracuj nad sobą a z koniem się baw" Pat Parelli
poniedziałek, 15 grudnia 2008
poniedziałek, 8 grudnia 2008
Wielka Ucieczka...
...wielka ucieczka miała miejsce w niedzielę z rana. Ale po kolei...
Od razu, bez zbędnych ceregieli, pochwała Oblubieńca Z. W tygodniu cichcem zawezwał Posiłki z Gołębi i zwerkował solidnie zapuszczone zady Kolegi Szamana. Aaaa, jakie piękne teraz ma Grubas kopyty! Od nowości Sz. nie miał takich pięknych zelówek! Wysłanie Oblubieńca na kurs to był bardzo dobry pomysł!
Sobota, ciepła, acz z rana deszczowa. Padało chyba przez całą noc, bo błoto kląskające pokryło całą okolicę. Od razu przesądzone zostało, że z dynamicznych treningów nici.
Szaman od rana popisywał się biegunką, więc II kuracja enterofermentem na tapecie. Potem spróbujemy czegoś innego. Wprawdzie przez chwilę był spokój, ale Sz. podżera spod siebie pokątnie wieczorami słomę a ta niestety nie jest szczególnej jakości… Podejrzewam, że to jej wina, to nawracające problematyczne brzucho… Ale nie da się tego składnika z Szamańskiej diety wyeliminować w tym momencie, niestety …
Zabawowo znowu Siwka w roli głównej (robi się z niej mój wzorowy"dziki" koń pokazowy)
Drobnostki:
1) zgięcie boczne „na ciasteczko” – dotykanie pyszczkiem do swojego brzucha w okolicy za popręgiem (podejrzane u Clintona Andersona, Under the Saddle, series I, DVD 1)2) nauka podawania wyciągniętej nogi na wprost, w stylu podaj łapę – stoję vis a vis, proszę o podanie nogi, podaną wyciągam do wyprostu w swoim kierunku; Siwe początkowo zdziwione no ale o co chodzi? jak? pacnąć? przecież cię trafię kopytem… aaa, trzymać mam prosto… takie tam rozciąganie… robię delikatne podchody w kierunku kroku hiszpańskiego…
3) podążanie za Siwką w strefie 4 i 5 trzymając za ogon – definitywne odwrażliwianie tych stref + zaczątki 7 zabaw w tych okolicach (savvy clubowe inspiracje)
4) zabawa w rozluźnij i unieś ogon – z Siwką i Szamanem. Od czasu do czasu ogonki są sztywniejsze, niż bym sobie tego życzyła… (oczywiście unconfident – a czasem niby nic na to nie wskazuje… ogon prawdę Ci powie…)
W ciągu dnia Szaman znowu wykonał popis wściekły galop na moje przywołanie; akurat się tarzał na drugim padoku, gdy zagwizdałam. Zerwał się na równe nogi, wrzasnął-kwiknął, ruszył z kopyta, o mało się nie wywalił na łuku i przygnał do mnie jako pierwszy! Przez momencik powiało leciutko grozą a jak nie wyhamuje…? Wyhamował. Mimo masy perszerońskiej ma w sobie powab i koordynację ruchową :-)
Po południu Siwka ponownie – sprawy około-jeździeckie, czyli pad neoprenowe kulki + kulbaka west. Z godnością zniosła siodłanie. Oczywiście abarot procedura, jak przy siodłaniu młodziaka – zarzucanie liny, 20 x pad z każdej strony na grzbiet, na zad, na szyję… Oklepywanie, szuranie po grzbiecie… Siodłem już nie wymachiwałam – trochę za ciężkie jest…
Zaczęłyśmy od symulacji zapinania popręgu. Właściwie nigdy nie próbowałam na tym poletku jakichś ekstremalnych poczynań. No i okazało się – zaciskałam latigo i luzowałam, rytmicznie, przewidywalnie, stopniowo coraz mocniej – ale Siwe z początku dreptało…! Najpierw dryf leciutki na mnie (save me!) a potem bujawka w przód i w tył, na granicy ucieczki… No to pięknie! Ale mamy lukę…! Szybko się uporałyśmy, nie żeby w zupełności, ale dreptanie ustało, nawet głowa się opuściła… Przy zapinaniu popręgu na trzy nie było najmniejszego problemu.
Zabawy leciutkie, bez galopu, ciut kłusa… Dość śliski mamy teraz podłoże na okrągłym, woda wprawdzie nie stoi, ale ziemia żyzna, czarna, ciężka, więc po deszczu jest kleisto.
Porobiłyśmy chody boczne bez liny wzdłuż drągów, Siwe już tak obeznane, że wystarczy, że popukam powietrze równocześnie strefach 2 i 4 a już wędruje bokiem, nawet gdy jestem 2-3 m. od niej. Chciałam też spróbować, czy uda się nam bez liny na środku bokiem pochodzić, ale Siwe zaprotestowało no co Ty? ścianki z przodu potrzebuję! i powędrowała do drągów (nie bacząc na moje słabe protesty), po czym zaczęła elegancko zasuwać bokiem z zadowoloną miną :-)
Po-przeciskałyśmy się znowu przez pułapkę opony-drągi (dodałam kolejną oponę), tym razem z siodłem; nie zrobiło na Siwce wrażenia, że ją strzemiona i fendery opukują. Po-targetowałyśmy nosem taczkę w różnych, wybranych przeze mnie miejscach, i wyjojowałam Siwe tyłem z okrągłego wybiegu.
A Szaman całą naszą sesję cudował na obwodzie, za drągami. Siano porzucił i pilnie obserwował Siwkowe nauki. A zwłaszcza te ciasteczka… Najpierw mina żałosna (strategia na litość), potem zaczął gryźć drągi (strategia niegrzeczny); co go odgoniłam stringiem, uciekał 10 m. i z powrotem do drąga, tyle, że w innym miejscu (strategia na upierdliwego). A potem zaczął się niby-płoszyć, bo bażanty podłaziły pod padok (strategia wypłosz). Jednym słowem nie da się w jego obecności innym koniem za bardzo zajmować…! Sam się pcha pod carrota (baw się ze mną, baw…! ale wiesz, ciasteczko się należy...!)
Niedziela. Ten pierwszy raz & pożytki z parellowania...
… że nie ma zawieszonego dolnego sznureczka w przejściu koło stodoły, zauważyliśmy z Szamanem chyba w tym samym momencie. A Szaman przechodzenie pod sznureczkami ma opanowane do perfekcji – kilka razy przemykał się w ten sposób na podwórko… A tu oko jego padło pod sznureczkiem na wielkie otwarte pole… Przymknął dołem jak baletnica, nawet nie musnął zadkiem taśmy… Najpierw zakłusował kilka kroków i stanął oszołomiony otwartością. Nie mniej ode mnie! Miałam na tyle przytomności umysłu, że biegiem zamknęłam Siwe na padoku (bo Siwe grzecznie poszło do zagrody) i pognałam do stajni po kantarek i linę - konie chodzą u nas zawsze na goło… Przeleciałam na pole szlakiem przetartym przez Szamana (pod sznureczkiem) i dawaj wabić go gwizdem. Pokłusował do mnie. Dałam ciasteczko. Wziął. Wyciągnęłam rękę z liną… Aaa, zwrot, kita w górę, kwik i dzida w pole… O żesz Ty! Siwe się w międzyczasie połapało, w czym rzecz… Ruszyło galopem wzdłuż drągów. Ale zaraz na przywołanie przyleciało do mnie z powrotem. Samo włożyło głowę w kantarek, grzecznie… Czuło, że ruszamy na polowanie. Siwe na wabia. Jako przynęta… Najpierw pokłusowałyśmy do stajni po sprzęt (drugi kantar i linę), Siwe czując powagę sytuacji, nawet nie cudaczyło, że samo zostało… Owszem, głowa w górze, chód sprężysty, ale całkiem przyzwoicie, jak na zaistniałe okoliczności…
Szaman pognał najpierw na koniczynę, my po przeoranym polu sąsiada biegiem za nim. Grzęznąc w błocie. Na gwizd Sz. nawet podszedł, ale gdy wyciągnęłam rękę z kantarkiem, odkłusował. A ty niewdzięczny… Zeźlił mnie, machnęłam liną w jego kierunku. Poooleeeciał, hen! przez pole a potem polną drogą i to wcale nie tą naszą, tylko obcą jakąś, za polami, której nawet nie zwiedziłam jeszcze… Zniknął nam z oczu. Zamurowało nas obie, stałyśmy zbaraniałe… A ten co? A instynkt stadny gdzie? Bobek też stał zbaraniały na środku pola a co TU robi koń? to przecież psie pole…Szaman mignął nam na horyzoncie za drzewami, galopem. Ale wcale nie do nas leciał, tylko gnał sobie drogą w przeciwnym kierunku…
Szybki bilans: ganiać gada nie będziemy, Siwe się rozkręci, utytłamy się w błocie jeszcze bardziej… po co nam to… Poszłyśmy na koniczynę. Siwe oczywiście nie jadło, tylko wgapiało się w horyzont. Ja zresztą też. Nic to, spacerujemy wzdłuż łąki… W tę i z powrotem…
Naraz wraca, Marnotrawny. Z dalekiej oddali… Uszy prosto na nas, wali pasażopodobnym kłusem (to po matce), podekscytowany a im bliżej nas, tym szybciej… w galop i coraz szybciej zasuwa… Skruszał albo przypękał (może jakiś koński dziad…? ostrzegałam go przed takimi, co Ładne Grube konie łapią…)
Doleciał. I od razu myk paszczę w koniczynę … I pasie się spokojnie obok. Zaszeleściłam ciasteczkami w kieszeni, zerknęłam na zadek, odangażował się, podszedł… Założyłam kantar, dałam garść ciasteczek… I po przygodzie. W czasie pasienia przypomnieliśmy sobie pokrótce pewne sprawki, czyli kto tu właściwie jest liderem i dyktuje warunki (cofanie z solidną fazą 4, bo Sz. się po wycieczce lekko znieczulił). Szybko hierarchia się odbudowała do tego stopnia, że Kolega na sugestię liną wykonał chody boczne ze mną w strefie 5, czyli zza ogona :-) Siwe na wszelki wypadek też poszło bokiem, gdy machnęłam końcem liny w kierunku jej brzusia :-)
Popaśliśmy się na 2 liny z 15 minut, co wkrótce zostało okupione Szamanową bardzo-biegunką… I wróciliśmy na padok. Tą samą drogą… Pod zdjętym sznureczkiem...
Refleksja mnie naszła: takie parellowanie się przydaje w praktyce... a jak byśmy nie mieli języka porozumiewania się? a jakby zwiały oba? Owszem, Szaman się nie popisał (a raczej popisał po swojemu), ale Siwe stanęło na wysokości zadania... Takiego opanowania i współpracy się po niej nie spodziewałam :-)
Po południu kolejny zabawowy trening z Siwką. Wymyśliłam novum – pozawieszałam na ogrodzeniu okrągłego wybiegu banery z naszych materacowych plandek. Takie oswajanie na wypadek, gdyby kiedyś fantazja nas poniosła wyruszyć na jakie zawody west ;-)
Koło jednego z banerów przytargałam i ustawiłam przeszkodę z 2 kłód do squeezowania i skakania.
Najpierw, bez wchodzenia do kółka, zaawansowałyśmy zabawę w prowadzenie za bródkę/ganasz, czyli zaczęłyśmy w ten sposób kłusować. Ta zabawa samoczynnie przerodziła się nam w stick to me (dawno nie praktykowane) i zaczęłyśmy ćwiczyć w kłusie nagłe zwroty, uskakiwanie, kółeczka średnie i malutkie, a potem dodawanie i skracanie chodu (tu przy okazji wpadłam na genialną myśl, w jaki sposób będziemy się uczyć pasażu i kłusa hiszpańskiego…)
Potem jeszcze zabawa w dotykanie (m.in. banery) i chody boczne, czyli zabawy, które obie lubimy :-)
Musiałam też zaprosić do gry Szamana; niemiłosiernie domagał się uwagi. Gdy odeszłyśmy z Siwką od banerów, Sz. podszedł do jednego, najpierw zaczął walić nogą w taki wiszący, w końcu ściągnął go zębami na ziemię i zaczął po nim paradować zerkając, czy za takie wyczyny, nie należy się aby ciasteczko…? Chwilę się z nim pobawiłam, a wtedy podeszło do nas Siwe i pacnęło nogą w leżący na ziemi eks-baner hej, ja tu jeszcze jestem! jeszcze z Tobą nie skończyłam…!Cóż było robić… Wobec takiego entuzjazmu musiałam powędrować po siodło…
Gdy wychynęłam z klamotami zza rogu Siwe konsumowało siano. Poszłam zanieść siodło na okrągły wybieg, otwieram zamykającą tasiemkę, patrzę a Siwe już stoi przy moim ramieniu! Zostawiła siano i sama podeszła. Mało tego, gdy otworzyłam okrąglak, Siwe zrobiło koło mnie squeeze, weszło do środka, odwróciło się i czekało, aż zawieszę tasiemkę z powrotem. Po czym krok w krok powędrowało za mną na środek – tu się zawsze czyścimy i szykujemy do boju.
Przy padowaniu (tym razem intensywniej szurałyśmy padem po zadku) i zakładaniu siodła o niebo lepiej, spokojniej niż poprzednio, symulacja popręgu też bez większych sensacji.
W zabawach nacisk na skoki z siodłem przez kłody koło materacowego baneru – na początku było trochę aaaa! po kilku powtórzeniach – bardzo pozytywnie.
Potem zgięcie boczne – długa przerwa w tym ćwiczeniu była (co nie powinno mieć miejsca); po obejrzeniu Berniego w akcji (nagrania z kursu CELBANT 2006) postanowiłam rozłożyć lateral flexion na czynniki pierwsze:
- zgięcie za nos,
- zgięcie za supełek na kantarku
- zgięcie przy pomocy liny…
…stanęłam w strefie 3, uniosłam nieznacznie linę, przesunęłam ręką po linie, żeby w ten sposób dojechać do nosa (taki pre-puzon) a Siwe myk i już głowa przy moim brzuchu… Z drugiej strony to samo, bystra jaka! Z zadowolenia z poczynań Siwki popłynęłąm i 2 razy wgramoliłam się na siwe plecki, podrapałam drugi boczek i zsiadłam. Rideable, rideable, rideable moje zwierzę się robi :-)) Ciekawe, kiedy będę miała okazję wreszcie na Siwce pojeździć… Wciąż brakuje mi asekuranta do tak ekstremalnych poczynań ;-)
Od razu, bez zbędnych ceregieli, pochwała Oblubieńca Z. W tygodniu cichcem zawezwał Posiłki z Gołębi i zwerkował solidnie zapuszczone zady Kolegi Szamana. Aaaa, jakie piękne teraz ma Grubas kopyty! Od nowości Sz. nie miał takich pięknych zelówek! Wysłanie Oblubieńca na kurs to był bardzo dobry pomysł!
Sobota, ciepła, acz z rana deszczowa. Padało chyba przez całą noc, bo błoto kląskające pokryło całą okolicę. Od razu przesądzone zostało, że z dynamicznych treningów nici.
Szaman od rana popisywał się biegunką, więc II kuracja enterofermentem na tapecie. Potem spróbujemy czegoś innego. Wprawdzie przez chwilę był spokój, ale Sz. podżera spod siebie pokątnie wieczorami słomę a ta niestety nie jest szczególnej jakości… Podejrzewam, że to jej wina, to nawracające problematyczne brzucho… Ale nie da się tego składnika z Szamańskiej diety wyeliminować w tym momencie, niestety …
Zabawowo znowu Siwka w roli głównej (robi się z niej mój wzorowy"dziki" koń pokazowy)
Drobnostki:
1) zgięcie boczne „na ciasteczko” – dotykanie pyszczkiem do swojego brzucha w okolicy za popręgiem (podejrzane u Clintona Andersona, Under the Saddle, series I, DVD 1)2) nauka podawania wyciągniętej nogi na wprost, w stylu podaj łapę – stoję vis a vis, proszę o podanie nogi, podaną wyciągam do wyprostu w swoim kierunku; Siwe początkowo zdziwione no ale o co chodzi? jak? pacnąć? przecież cię trafię kopytem… aaa, trzymać mam prosto… takie tam rozciąganie… robię delikatne podchody w kierunku kroku hiszpańskiego…
3) podążanie za Siwką w strefie 4 i 5 trzymając za ogon – definitywne odwrażliwianie tych stref + zaczątki 7 zabaw w tych okolicach (savvy clubowe inspiracje)
4) zabawa w rozluźnij i unieś ogon – z Siwką i Szamanem. Od czasu do czasu ogonki są sztywniejsze, niż bym sobie tego życzyła… (oczywiście unconfident – a czasem niby nic na to nie wskazuje… ogon prawdę Ci powie…)
W ciągu dnia Szaman znowu wykonał popis wściekły galop na moje przywołanie; akurat się tarzał na drugim padoku, gdy zagwizdałam. Zerwał się na równe nogi, wrzasnął-kwiknął, ruszył z kopyta, o mało się nie wywalił na łuku i przygnał do mnie jako pierwszy! Przez momencik powiało leciutko grozą a jak nie wyhamuje…? Wyhamował. Mimo masy perszerońskiej ma w sobie powab i koordynację ruchową :-)
Po południu Siwka ponownie – sprawy około-jeździeckie, czyli pad neoprenowe kulki + kulbaka west. Z godnością zniosła siodłanie. Oczywiście abarot procedura, jak przy siodłaniu młodziaka – zarzucanie liny, 20 x pad z każdej strony na grzbiet, na zad, na szyję… Oklepywanie, szuranie po grzbiecie… Siodłem już nie wymachiwałam – trochę za ciężkie jest…
Zaczęłyśmy od symulacji zapinania popręgu. Właściwie nigdy nie próbowałam na tym poletku jakichś ekstremalnych poczynań. No i okazało się – zaciskałam latigo i luzowałam, rytmicznie, przewidywalnie, stopniowo coraz mocniej – ale Siwe z początku dreptało…! Najpierw dryf leciutki na mnie (save me!) a potem bujawka w przód i w tył, na granicy ucieczki… No to pięknie! Ale mamy lukę…! Szybko się uporałyśmy, nie żeby w zupełności, ale dreptanie ustało, nawet głowa się opuściła… Przy zapinaniu popręgu na trzy nie było najmniejszego problemu.
Zabawy leciutkie, bez galopu, ciut kłusa… Dość śliski mamy teraz podłoże na okrągłym, woda wprawdzie nie stoi, ale ziemia żyzna, czarna, ciężka, więc po deszczu jest kleisto.
Porobiłyśmy chody boczne bez liny wzdłuż drągów, Siwe już tak obeznane, że wystarczy, że popukam powietrze równocześnie strefach 2 i 4 a już wędruje bokiem, nawet gdy jestem 2-3 m. od niej. Chciałam też spróbować, czy uda się nam bez liny na środku bokiem pochodzić, ale Siwe zaprotestowało no co Ty? ścianki z przodu potrzebuję! i powędrowała do drągów (nie bacząc na moje słabe protesty), po czym zaczęła elegancko zasuwać bokiem z zadowoloną miną :-)
Po-przeciskałyśmy się znowu przez pułapkę opony-drągi (dodałam kolejną oponę), tym razem z siodłem; nie zrobiło na Siwce wrażenia, że ją strzemiona i fendery opukują. Po-targetowałyśmy nosem taczkę w różnych, wybranych przeze mnie miejscach, i wyjojowałam Siwe tyłem z okrągłego wybiegu.
A Szaman całą naszą sesję cudował na obwodzie, za drągami. Siano porzucił i pilnie obserwował Siwkowe nauki. A zwłaszcza te ciasteczka… Najpierw mina żałosna (strategia na litość), potem zaczął gryźć drągi (strategia niegrzeczny); co go odgoniłam stringiem, uciekał 10 m. i z powrotem do drąga, tyle, że w innym miejscu (strategia na upierdliwego). A potem zaczął się niby-płoszyć, bo bażanty podłaziły pod padok (strategia wypłosz). Jednym słowem nie da się w jego obecności innym koniem za bardzo zajmować…! Sam się pcha pod carrota (baw się ze mną, baw…! ale wiesz, ciasteczko się należy...!)
Niedziela. Ten pierwszy raz & pożytki z parellowania...
… że nie ma zawieszonego dolnego sznureczka w przejściu koło stodoły, zauważyliśmy z Szamanem chyba w tym samym momencie. A Szaman przechodzenie pod sznureczkami ma opanowane do perfekcji – kilka razy przemykał się w ten sposób na podwórko… A tu oko jego padło pod sznureczkiem na wielkie otwarte pole… Przymknął dołem jak baletnica, nawet nie musnął zadkiem taśmy… Najpierw zakłusował kilka kroków i stanął oszołomiony otwartością. Nie mniej ode mnie! Miałam na tyle przytomności umysłu, że biegiem zamknęłam Siwe na padoku (bo Siwe grzecznie poszło do zagrody) i pognałam do stajni po kantarek i linę - konie chodzą u nas zawsze na goło… Przeleciałam na pole szlakiem przetartym przez Szamana (pod sznureczkiem) i dawaj wabić go gwizdem. Pokłusował do mnie. Dałam ciasteczko. Wziął. Wyciągnęłam rękę z liną… Aaa, zwrot, kita w górę, kwik i dzida w pole… O żesz Ty! Siwe się w międzyczasie połapało, w czym rzecz… Ruszyło galopem wzdłuż drągów. Ale zaraz na przywołanie przyleciało do mnie z powrotem. Samo włożyło głowę w kantarek, grzecznie… Czuło, że ruszamy na polowanie. Siwe na wabia. Jako przynęta… Najpierw pokłusowałyśmy do stajni po sprzęt (drugi kantar i linę), Siwe czując powagę sytuacji, nawet nie cudaczyło, że samo zostało… Owszem, głowa w górze, chód sprężysty, ale całkiem przyzwoicie, jak na zaistniałe okoliczności…
Szaman pognał najpierw na koniczynę, my po przeoranym polu sąsiada biegiem za nim. Grzęznąc w błocie. Na gwizd Sz. nawet podszedł, ale gdy wyciągnęłam rękę z kantarkiem, odkłusował. A ty niewdzięczny… Zeźlił mnie, machnęłam liną w jego kierunku. Poooleeeciał, hen! przez pole a potem polną drogą i to wcale nie tą naszą, tylko obcą jakąś, za polami, której nawet nie zwiedziłam jeszcze… Zniknął nam z oczu. Zamurowało nas obie, stałyśmy zbaraniałe… A ten co? A instynkt stadny gdzie? Bobek też stał zbaraniały na środku pola a co TU robi koń? to przecież psie pole…Szaman mignął nam na horyzoncie za drzewami, galopem. Ale wcale nie do nas leciał, tylko gnał sobie drogą w przeciwnym kierunku…
Szybki bilans: ganiać gada nie będziemy, Siwe się rozkręci, utytłamy się w błocie jeszcze bardziej… po co nam to… Poszłyśmy na koniczynę. Siwe oczywiście nie jadło, tylko wgapiało się w horyzont. Ja zresztą też. Nic to, spacerujemy wzdłuż łąki… W tę i z powrotem…
Naraz wraca, Marnotrawny. Z dalekiej oddali… Uszy prosto na nas, wali pasażopodobnym kłusem (to po matce), podekscytowany a im bliżej nas, tym szybciej… w galop i coraz szybciej zasuwa… Skruszał albo przypękał (może jakiś koński dziad…? ostrzegałam go przed takimi, co Ładne Grube konie łapią…)
Doleciał. I od razu myk paszczę w koniczynę … I pasie się spokojnie obok. Zaszeleściłam ciasteczkami w kieszeni, zerknęłam na zadek, odangażował się, podszedł… Założyłam kantar, dałam garść ciasteczek… I po przygodzie. W czasie pasienia przypomnieliśmy sobie pokrótce pewne sprawki, czyli kto tu właściwie jest liderem i dyktuje warunki (cofanie z solidną fazą 4, bo Sz. się po wycieczce lekko znieczulił). Szybko hierarchia się odbudowała do tego stopnia, że Kolega na sugestię liną wykonał chody boczne ze mną w strefie 5, czyli zza ogona :-) Siwe na wszelki wypadek też poszło bokiem, gdy machnęłam końcem liny w kierunku jej brzusia :-)
Popaśliśmy się na 2 liny z 15 minut, co wkrótce zostało okupione Szamanową bardzo-biegunką… I wróciliśmy na padok. Tą samą drogą… Pod zdjętym sznureczkiem...
Refleksja mnie naszła: takie parellowanie się przydaje w praktyce... a jak byśmy nie mieli języka porozumiewania się? a jakby zwiały oba? Owszem, Szaman się nie popisał (a raczej popisał po swojemu), ale Siwe stanęło na wysokości zadania... Takiego opanowania i współpracy się po niej nie spodziewałam :-)
Po południu kolejny zabawowy trening z Siwką. Wymyśliłam novum – pozawieszałam na ogrodzeniu okrągłego wybiegu banery z naszych materacowych plandek. Takie oswajanie na wypadek, gdyby kiedyś fantazja nas poniosła wyruszyć na jakie zawody west ;-)
Koło jednego z banerów przytargałam i ustawiłam przeszkodę z 2 kłód do squeezowania i skakania.
Najpierw, bez wchodzenia do kółka, zaawansowałyśmy zabawę w prowadzenie za bródkę/ganasz, czyli zaczęłyśmy w ten sposób kłusować. Ta zabawa samoczynnie przerodziła się nam w stick to me (dawno nie praktykowane) i zaczęłyśmy ćwiczyć w kłusie nagłe zwroty, uskakiwanie, kółeczka średnie i malutkie, a potem dodawanie i skracanie chodu (tu przy okazji wpadłam na genialną myśl, w jaki sposób będziemy się uczyć pasażu i kłusa hiszpańskiego…)
Potem jeszcze zabawa w dotykanie (m.in. banery) i chody boczne, czyli zabawy, które obie lubimy :-)
Musiałam też zaprosić do gry Szamana; niemiłosiernie domagał się uwagi. Gdy odeszłyśmy z Siwką od banerów, Sz. podszedł do jednego, najpierw zaczął walić nogą w taki wiszący, w końcu ściągnął go zębami na ziemię i zaczął po nim paradować zerkając, czy za takie wyczyny, nie należy się aby ciasteczko…? Chwilę się z nim pobawiłam, a wtedy podeszło do nas Siwe i pacnęło nogą w leżący na ziemi eks-baner hej, ja tu jeszcze jestem! jeszcze z Tobą nie skończyłam…!Cóż było robić… Wobec takiego entuzjazmu musiałam powędrować po siodło…
Gdy wychynęłam z klamotami zza rogu Siwe konsumowało siano. Poszłam zanieść siodło na okrągły wybieg, otwieram zamykającą tasiemkę, patrzę a Siwe już stoi przy moim ramieniu! Zostawiła siano i sama podeszła. Mało tego, gdy otworzyłam okrąglak, Siwe zrobiło koło mnie squeeze, weszło do środka, odwróciło się i czekało, aż zawieszę tasiemkę z powrotem. Po czym krok w krok powędrowało za mną na środek – tu się zawsze czyścimy i szykujemy do boju.
Przy padowaniu (tym razem intensywniej szurałyśmy padem po zadku) i zakładaniu siodła o niebo lepiej, spokojniej niż poprzednio, symulacja popręgu też bez większych sensacji.
W zabawach nacisk na skoki z siodłem przez kłody koło materacowego baneru – na początku było trochę aaaa! po kilku powtórzeniach – bardzo pozytywnie.
Potem zgięcie boczne – długa przerwa w tym ćwiczeniu była (co nie powinno mieć miejsca); po obejrzeniu Berniego w akcji (nagrania z kursu CELBANT 2006) postanowiłam rozłożyć lateral flexion na czynniki pierwsze:
- zgięcie za nos,
- zgięcie za supełek na kantarku
- zgięcie przy pomocy liny…
…stanęłam w strefie 3, uniosłam nieznacznie linę, przesunęłam ręką po linie, żeby w ten sposób dojechać do nosa (taki pre-puzon) a Siwe myk i już głowa przy moim brzuchu… Z drugiej strony to samo, bystra jaka! Z zadowolenia z poczynań Siwki popłynęłąm i 2 razy wgramoliłam się na siwe plecki, podrapałam drugi boczek i zsiadłam. Rideable, rideable, rideable moje zwierzę się robi :-)) Ciekawe, kiedy będę miała okazję wreszcie na Siwce pojeździć… Wciąż brakuje mi asekuranta do tak ekstremalnych poczynań ;-)
wtorek, 2 grudnia 2008
Filmik
Na forum WWR ktoś wstawił taki filmik...
http://pl.youtube.com/watch?v=sJpb0ppxWKE&feature=related
To jest dopiero coś!
http://pl.youtube.com/watch?v=sJpb0ppxWKE&feature=related
To jest dopiero coś!
poniedziałek, 1 grudnia 2008
Zima w odwrocie
Wiele hałasu o nic. U nas na razie po zimie. Znowu zielono (przynajmniej tam, gdzie wysiana ozimina ;-). Wczoraj wieczorem w stajni +7 stopni. Upał.
W ten weekend zaczęłyśmy z Siwką parę nowości.
Idę sobie niedbale w kierunku okrągłego wybiegu, konie konsumują porozrzucane siano. Carrot na ramieniu. Siwe namierzyło mnie, gdy tylko wychynęłam zza stodoły. Skubie sianko dalej, ale radary (uchle + permanentne zerki) na mnie. Idę prosto w stronę koni, mniej więcej w połowie dystansu stodoła – wybieg Siwe podnosi głowę, robi kilka kroków w moją stronę, staje na baczność i uprzejmie, acz w gotowości czeka. Nie spięta, ale uważna…
1) driving w stronę człowieka – przygotowanie do chodów bocznych w moim kierunku. Carrot podniesiony nad szyją-grzbietem, wyraźnie Siwkę zaniepokoił, nie bardzo wiedziała, o co właściwie chodzi…? Pomogłam jej zrozumieć, zarzucając na szyję stringa i delikatne pociąganie w moją stronę z równoczesnym przywoływanie carrotem od góry… Udało nam się wykonać kilka pojedynczych kroczków przodem i kilka zadem.
2) sqeeze przez skomplikowaną konfigurację opon i drągów (3 opony + 2 drągi) – ni to przeskoczyć, ni to obejść – pułapka taka. Siwka poprzekrzywiała głowę, poprzyglądała się, za pierwszym razem trochę zdryfowała na bok, ale kolejne przejścia nad modelowe: z rozwagą wstawała nogi w ciasne czeluście i spokojnie przechodziła. Co jakiś czas przebudowywałam pułapkę, żeby po-utrudniać. Siwe nie dało się. Do końca pozostało spokojne :-)
...ponieważ Szaman przez cały czas naszego zabawiania się z Siwką, wypasał się na środku okrągłego wybiegu...
3) okrążanie na 2 konie. Właściwie znowu autorski pomysł Siwki (niesamowicie kreatywne zwierzę ona jest). Chciałam dać jej już spokój i ciut ruszyć Szamana, poprosiłam go więc, by sobie poszedł na koło a nie tylko pakował sianem brzucho. Szaman zbyt energicznym koniem nie jest, u niego faza 1 (jeśli chodzi o poziom mojej energii) wygląda jak faza 3-4 u Siwki, zwłaszcza, gdy trzeba (uchowaj, Boże!) od jedzenia odejść… Ruszył opieszale kłusem (bruuum jeszcze cały czas działa, ale z wolna przygasa…) a Siwe Obserwujące Rozwój Wypadków przyłączyło się ochoczo i ruszyło za Grubym. Grubego poprosiłam o zagalopowanie, Siwe też w galop. Gruby czując presję zza zadu rozbujał się nawet, nawet, ale cały czas zezował, czy aby nie chciałabym już może odangażować jego zadka…? Na pierwszą moją myśl, od razu hyc! do środka. A Siwe dalej sobie krążyło po orbicie, bo na jej zadek nie zerknęłam. Poprosiłam Sz. ponownie o ruch w tę samą stronę, wskoczył ochoczo przed Siwkę, Siwka się zeźliła, wyprzedziła i spokojnie galopowała dalej na czołowego. Poprosiłam o odangażowanie tym razem oba konie po kolei, stanęły grzecznie na wprost. Pytają, co dalej? Mówię do Siwej poproszę biec w drugą stronę, a Siwa piruet i dawaj w tym samym kierunku, co poprzednio. OK., niech jej będzie.. Szamana wysłałam w przeciwnym kierunku, posłuchał, ruszył kłusem, a za chwilę na moją sugestię, okrągłym galopkiem. Przeżyłam chwilę niepokoju, czy mijając się nie stukną się czółkami, ale nie. Mimo, że oba galopowały po obwodzie, zgrabnie się mijały i kontynuowały ruch. Z pierwszym razem tylko wymieniły miny na temat, kto komu ma ustąpić miejsca na śladzie. Udało się nam zrobić w ten sposób kilka kółek bez korekty. BYŁAM POD WRAŻENIEM. Ale fajne te moje konie :-)))
4) wieczorem w boksie pobawiłyśmy się z Siwką w zabawę touch (dotknij). Siwe jest zwierzak dziki, który na różne różniste rzeczy furczy. Nawykowo. Bo tak wypada. Na nowe furczy zawsze, na nie-nowe, ale np. wnoszone do boksu, też furczy. Albo na nie-nowe, których dawno nie widziało… Wbudowałam już Siwej schemat nie uciekamy, ustawiamy się głową, obserwujemy – działa w 99 procentach… Teraz rozwijamy ten schemat dalej; dodałam touch (targetowanie).
Biorę jakiś przedmiot, wskazuję na niego palcem, mówię touch, Siwa dotyka nosem, inkasuje ciasteczko. Siwej ta zabawa bardzo się podoba (zwłaszcza ta część z ciasteczkiem ;-), a przy okazji oswajamy różne straszliwości (ostatnio konewkę i plastikowe pudełko, w którym przyniosłam marchewki). Czasem Siwe próbuje trochę oszukiwać (targetować np. moją rękę zamiast przedmiotu), kombinować, czasem uniesie dodatkowo nogę (pacnąć?), gdy ociągam się w jej mniemaniu z podaniem ciasteczka… Czasem kończę zabawę a Siwa dalej, bez komendy, tryka nosem i patrzy, tryka znowu i patrzy (a ciasteczko gdzie??) Zabawa fajna, nienudna, koń żywo zainteresowany uczestnictwem... czasem nawet sama zaproponuje podotykamy?Szaman się do tej zabawy nie nadaje, niestety... Zawsze proponuje swoją zmodyfikowaną wersję - daj do gęby! I rozdziawia wielką paszczę...
A całkiem wieczorem urządziłam sobie sesję edukacyjną: oglądanie nagrań z majowego kursu z Bernie'm Celbant 2006, w którym uczestniczyłam jako słuchacz. Niby poziom podstawowy (level 1), ale ileż nowych rzeczy można dostrzec z perspektywy trwania w programie od 3 lat...
W niedzielę rano Siwe przy czyszczeniu kopyt dowcipne. Podaje przednią nogę, zaczyna się bujać i chwiać aaaa, puszczaj, upadam! z miną figlarną. Rozpuściła się jak dziadowski bicz :-)
Za to Szaman - ideał chodzący. Kończę przednią nogę, krok w kierunku zadniej a noga już czeka w górze. Chcę przejść za zadem, rękę wyciągam, żeby zajeżować półdupek, Szaman cyk-cyk-cyk elegancko krzyżuje zadnie nożyska i zerka, by się upewnić, czy o to mi chodziło? Po ostatniej nodze pokorne zgięcie boczne i oczekiwanie na ciasteczko z przymilną miną…
Puściłam towarzystwo na podwórko. Z lekkim niepokojem, bo podwórko to nadal plac budowy + klamociarnia… Ale trawa jaka! Ładna, zielono-kępkowa… choć niezbyt obfita… Rzuciły się jak wściekłe do jedzenia… Grzecznie było, dopóki Sz. nie wymyślił, że pójdzie za dom, zobaczyć, co tam słychać… Poszedł. A Siwe za nim. A tam wąsko, ogrodzenie blisko domu (1,5 m. maksymalnie) i na dokładkę pokopane rowki odwadniające… Za chwilę biegiem wracają, zdziczałe. Bo nagle zobaczyły, że koparka sąsiada przy samym naszym płocie stoi i czyha (wcześniej jej niby nie widziały? Od 2 tygodni stoi w tym samym miejscu. I nigdy nie czyhała…) Hasło dziczejemy! rzucił Szaman… Pląsy, odskoki, wypłochy… Nagle wszystko na podwórku zrobiło się dla niego podejrzane… Siwce się udzieliło; latała z głową w górze, ale bez wypłochów… Po prostu wypadało latać… Stanęłam jej na drodze, rozłożyłam ręce… Założyłam kantarek (cudowała, ale głowę obniżyła i sama włożyła nos w sznurki), mimo protestów i próbach dreptactwa (BUMP! liną 2 razy) zabrałam za stodołę na obiekty. Szamanisko od razu przygnało za nami galopem i wygasiło energię do poziomu stój.
Na obiektach Siwe dostało wycisk (intelektualny), m.in. cofanie przez kłodę o wysokości mniej więc 30 cm. (a niech ma, niech główkuje, jak przekroczyć…), zatrzymania z Himalajami z plandeki pod brzuchem, squeeze przez Himalaje + wodę + podest niestabilny (niczym równoważnia) – wszystko na raz, bezładnie zgromadzone na jednej kupie…
Siwe stosowało naprzemiennie kilka strategii przeciwstawnych:
1) nie rozumiem, o co ci chodzi…2) aaa! będę się wspinać! (BUMP! liną), aaa! nie będę się wspinać!3) aaa! panikuję!4) ooo! a tam ktoś drogą jedzie, patrz!Neutralizowałam każdą strategię po kolei, głowa bardzo szybko powędrowała w dół, było mega-żucie, wykrzywianie pyszczka i wystawianie małego, różowego jęzorka…
A w niedzielę wieczorem przyjechały Posiłki z Gołębi i Zbyn werkował dokładnie przody końskiego towarzystwa. Ponad 2 godziny…
W ten weekend zaczęłyśmy z Siwką parę nowości.
Idę sobie niedbale w kierunku okrągłego wybiegu, konie konsumują porozrzucane siano. Carrot na ramieniu. Siwe namierzyło mnie, gdy tylko wychynęłam zza stodoły. Skubie sianko dalej, ale radary (uchle + permanentne zerki) na mnie. Idę prosto w stronę koni, mniej więcej w połowie dystansu stodoła – wybieg Siwe podnosi głowę, robi kilka kroków w moją stronę, staje na baczność i uprzejmie, acz w gotowości czeka. Nie spięta, ale uważna…
1) driving w stronę człowieka – przygotowanie do chodów bocznych w moim kierunku. Carrot podniesiony nad szyją-grzbietem, wyraźnie Siwkę zaniepokoił, nie bardzo wiedziała, o co właściwie chodzi…? Pomogłam jej zrozumieć, zarzucając na szyję stringa i delikatne pociąganie w moją stronę z równoczesnym przywoływanie carrotem od góry… Udało nam się wykonać kilka pojedynczych kroczków przodem i kilka zadem.
2) sqeeze przez skomplikowaną konfigurację opon i drągów (3 opony + 2 drągi) – ni to przeskoczyć, ni to obejść – pułapka taka. Siwka poprzekrzywiała głowę, poprzyglądała się, za pierwszym razem trochę zdryfowała na bok, ale kolejne przejścia nad modelowe: z rozwagą wstawała nogi w ciasne czeluście i spokojnie przechodziła. Co jakiś czas przebudowywałam pułapkę, żeby po-utrudniać. Siwe nie dało się. Do końca pozostało spokojne :-)
...ponieważ Szaman przez cały czas naszego zabawiania się z Siwką, wypasał się na środku okrągłego wybiegu...
3) okrążanie na 2 konie. Właściwie znowu autorski pomysł Siwki (niesamowicie kreatywne zwierzę ona jest). Chciałam dać jej już spokój i ciut ruszyć Szamana, poprosiłam go więc, by sobie poszedł na koło a nie tylko pakował sianem brzucho. Szaman zbyt energicznym koniem nie jest, u niego faza 1 (jeśli chodzi o poziom mojej energii) wygląda jak faza 3-4 u Siwki, zwłaszcza, gdy trzeba (uchowaj, Boże!) od jedzenia odejść… Ruszył opieszale kłusem (bruuum jeszcze cały czas działa, ale z wolna przygasa…) a Siwe Obserwujące Rozwój Wypadków przyłączyło się ochoczo i ruszyło za Grubym. Grubego poprosiłam o zagalopowanie, Siwe też w galop. Gruby czując presję zza zadu rozbujał się nawet, nawet, ale cały czas zezował, czy aby nie chciałabym już może odangażować jego zadka…? Na pierwszą moją myśl, od razu hyc! do środka. A Siwe dalej sobie krążyło po orbicie, bo na jej zadek nie zerknęłam. Poprosiłam Sz. ponownie o ruch w tę samą stronę, wskoczył ochoczo przed Siwkę, Siwka się zeźliła, wyprzedziła i spokojnie galopowała dalej na czołowego. Poprosiłam o odangażowanie tym razem oba konie po kolei, stanęły grzecznie na wprost. Pytają, co dalej? Mówię do Siwej poproszę biec w drugą stronę, a Siwa piruet i dawaj w tym samym kierunku, co poprzednio. OK., niech jej będzie.. Szamana wysłałam w przeciwnym kierunku, posłuchał, ruszył kłusem, a za chwilę na moją sugestię, okrągłym galopkiem. Przeżyłam chwilę niepokoju, czy mijając się nie stukną się czółkami, ale nie. Mimo, że oba galopowały po obwodzie, zgrabnie się mijały i kontynuowały ruch. Z pierwszym razem tylko wymieniły miny na temat, kto komu ma ustąpić miejsca na śladzie. Udało się nam zrobić w ten sposób kilka kółek bez korekty. BYŁAM POD WRAŻENIEM. Ale fajne te moje konie :-)))
4) wieczorem w boksie pobawiłyśmy się z Siwką w zabawę touch (dotknij). Siwe jest zwierzak dziki, który na różne różniste rzeczy furczy. Nawykowo. Bo tak wypada. Na nowe furczy zawsze, na nie-nowe, ale np. wnoszone do boksu, też furczy. Albo na nie-nowe, których dawno nie widziało… Wbudowałam już Siwej schemat nie uciekamy, ustawiamy się głową, obserwujemy – działa w 99 procentach… Teraz rozwijamy ten schemat dalej; dodałam touch (targetowanie).
Biorę jakiś przedmiot, wskazuję na niego palcem, mówię touch, Siwa dotyka nosem, inkasuje ciasteczko. Siwej ta zabawa bardzo się podoba (zwłaszcza ta część z ciasteczkiem ;-), a przy okazji oswajamy różne straszliwości (ostatnio konewkę i plastikowe pudełko, w którym przyniosłam marchewki). Czasem Siwe próbuje trochę oszukiwać (targetować np. moją rękę zamiast przedmiotu), kombinować, czasem uniesie dodatkowo nogę (pacnąć?), gdy ociągam się w jej mniemaniu z podaniem ciasteczka… Czasem kończę zabawę a Siwa dalej, bez komendy, tryka nosem i patrzy, tryka znowu i patrzy (a ciasteczko gdzie??) Zabawa fajna, nienudna, koń żywo zainteresowany uczestnictwem... czasem nawet sama zaproponuje podotykamy?Szaman się do tej zabawy nie nadaje, niestety... Zawsze proponuje swoją zmodyfikowaną wersję - daj do gęby! I rozdziawia wielką paszczę...
A całkiem wieczorem urządziłam sobie sesję edukacyjną: oglądanie nagrań z majowego kursu z Bernie'm Celbant 2006, w którym uczestniczyłam jako słuchacz. Niby poziom podstawowy (level 1), ale ileż nowych rzeczy można dostrzec z perspektywy trwania w programie od 3 lat...
W niedzielę rano Siwe przy czyszczeniu kopyt dowcipne. Podaje przednią nogę, zaczyna się bujać i chwiać aaaa, puszczaj, upadam! z miną figlarną. Rozpuściła się jak dziadowski bicz :-)
Za to Szaman - ideał chodzący. Kończę przednią nogę, krok w kierunku zadniej a noga już czeka w górze. Chcę przejść za zadem, rękę wyciągam, żeby zajeżować półdupek, Szaman cyk-cyk-cyk elegancko krzyżuje zadnie nożyska i zerka, by się upewnić, czy o to mi chodziło? Po ostatniej nodze pokorne zgięcie boczne i oczekiwanie na ciasteczko z przymilną miną…
Puściłam towarzystwo na podwórko. Z lekkim niepokojem, bo podwórko to nadal plac budowy + klamociarnia… Ale trawa jaka! Ładna, zielono-kępkowa… choć niezbyt obfita… Rzuciły się jak wściekłe do jedzenia… Grzecznie było, dopóki Sz. nie wymyślił, że pójdzie za dom, zobaczyć, co tam słychać… Poszedł. A Siwe za nim. A tam wąsko, ogrodzenie blisko domu (1,5 m. maksymalnie) i na dokładkę pokopane rowki odwadniające… Za chwilę biegiem wracają, zdziczałe. Bo nagle zobaczyły, że koparka sąsiada przy samym naszym płocie stoi i czyha (wcześniej jej niby nie widziały? Od 2 tygodni stoi w tym samym miejscu. I nigdy nie czyhała…) Hasło dziczejemy! rzucił Szaman… Pląsy, odskoki, wypłochy… Nagle wszystko na podwórku zrobiło się dla niego podejrzane… Siwce się udzieliło; latała z głową w górze, ale bez wypłochów… Po prostu wypadało latać… Stanęłam jej na drodze, rozłożyłam ręce… Założyłam kantarek (cudowała, ale głowę obniżyła i sama włożyła nos w sznurki), mimo protestów i próbach dreptactwa (BUMP! liną 2 razy) zabrałam za stodołę na obiekty. Szamanisko od razu przygnało za nami galopem i wygasiło energię do poziomu stój.
Na obiektach Siwe dostało wycisk (intelektualny), m.in. cofanie przez kłodę o wysokości mniej więc 30 cm. (a niech ma, niech główkuje, jak przekroczyć…), zatrzymania z Himalajami z plandeki pod brzuchem, squeeze przez Himalaje + wodę + podest niestabilny (niczym równoważnia) – wszystko na raz, bezładnie zgromadzone na jednej kupie…
Siwe stosowało naprzemiennie kilka strategii przeciwstawnych:
1) nie rozumiem, o co ci chodzi…2) aaa! będę się wspinać! (BUMP! liną), aaa! nie będę się wspinać!3) aaa! panikuję!4) ooo! a tam ktoś drogą jedzie, patrz!Neutralizowałam każdą strategię po kolei, głowa bardzo szybko powędrowała w dół, było mega-żucie, wykrzywianie pyszczka i wystawianie małego, różowego jęzorka…
A w niedzielę wieczorem przyjechały Posiłki z Gołębi i Zbyn werkował dokładnie przody końskiego towarzystwa. Ponad 2 godziny…
poniedziałek, 24 listopada 2008
Pierwszy atak zimy
W sobotę rano w stajni 0 stopni (może nawet -0,5 st.), na zewnątrz woda w wiaderkach zamarznięta… Zima, Panie… Zaniosłam wiaderko Szamanowi, warstwa lodu na 2-3 cm., rozglądam się, czym to rozbić, a Fiś spojrzał okiem fachowym, usztywnił pyszczydło, uderzył w taflę profesjonalnie, rozgarnął lód wargą i zabrał się do picia… Taki spryciarz.
Ale za to przy porannych kopytach zarobił bęckę dyscyplinarną, bo cudaczył niemiłosiernie; grzeczny był potem, jak aniołek. Nawet od paszy treściwej się pokornie odsunął z opuszczoną głową na komendę BACK, gdy zachciało mi się przejść na jego drugą kosmatą stronę.
Z racji zimowej aury (choć jeszcze bez-śnieżnej) i grudy nie wyczynialiśmy jakichś większych ruchliwości za stodołą, jedynie o zmierzchu małe co-nie-co: Siwe najpierw, potem Kolega Sz. Podkładka, krótka lina, carrot.
Siwe grzeczne, spolegliwie. Ustawiłam ją do siodłania przy ogrodzeniu padoku, linę przerzuciłam przez drąg – udawałyśmy, że przy koniowiązie się oporządzamy. Pobawiłyśmy się króciutko w podążanie przez placyk zabawowy. Były utrudnienia, czyli przekraczanie a to kłody, a to gałęzi, a to plandeki, którą wiatr ukształtował w Himalaje. Nad Himalajami musiałyśmy ciut popracować (5-6 powtórzeń), Siwe z początku się wahało, kombinowało, jakby toto ominąć, uniknąć, obejść (… się nie dało, bo nasze pasmo górskie ma 8 m. długości a ja wrednie przechodziłam przez środek…) – finalnie Siwka przechodziła, szurając nawet, z opuszczoną głową… Porobiłam jeszcze trochę zamieszania w strefie 3, poudawałam, że chcę wskoczyć, pouwieszałam się na kłębie i dałam Siwej spokój. Było pozytywnie :-)
Szaman się załapał w ostatnim momencie na mini-zabawianko, gdy już prawie ciemno było. Przy zapinaniu popręgu od podkładki zaczął lekko dryfować (takie ostatnio wyczynia kombinacje malutkie, żeby uniknąć ściskania brzuszyska zapinkami), więc poprosiłam do o dryfowanie energiczne; nie spodobało się, szybko się uspokoił i stanął grzecznie. Aczkolwiek dało mi to do myślenia: wychodzi na to, że Sz. nie akceptuje popręgu! Porobiliśmy więc symulacje popręgowe z liną. Protestów niby nie było, ale mina pozostawiała z początku wiele do życzenia… Jednak przy zapinaniu podkładki, Fiś ani nie miauknął. Znaczy, dobrze jest.
Sesja nasza polegała na pójściu na okrągły wybieg (trochę normalnie, a trochę bokiem) i wyjściu z niego tyłem jojującym, przecofaniu przez Himalaje, ciasteczku w gębę i do widzenia.
Wieczorem - odrobaczanie. Pierwszy raz PARAMECTIN. Do Siwki poszłam przezornie przygotowana: kantarek + lina (+ tubostrzykawka). Siwe zesztywniało. Ja, jak gdyby nigdy nic, poprosiłam proszę dotknąć nosem tubkę. Siwe daleko z tyłu, nos wyciągnął się, dotknął. Ciasteczko. Odłożyłam strzykawkę na parapet, założyłam kantarek… Siwe lekko odetchnęło, gdy zobaczyło, że jeżyka z okienka biorę… ale zmyłkę zrobiłaś… po prostu czyszczenie będzie… Po czyszczeniu wkładanie ręki do pyska. Grzecznie. Bez międlenia, wypychania... wargi luźne, zęby przy lekkim nacisku po chwili ustępowały… to samo zaczęłam robić ze strzykawką: najpierw masowałam pysk trzymając tubkę w drugiej ręce, potem w tej samej, głaszcząco-masującej, potem głaskałam strzykawką… Już po chwili strzykawka była w pysku a Siwe cały czas rozluźnione, z opuszczoną głową… PIERWSZY RAZ W ŻYCIU PRZY ODROBACZANIU! Mimo wszystko nie spodziewałam się, że tak łatwo pójdzie… Nawet 5 minut nam to nie zajęło… Wstrzyknęłam jej pastę na 3 podejścia, powoli. Nie żeby odwalić jak najszybciej, ale żeby Siwe zaakceptowało całą operację… Po każdej porcji – ciasteczko. Pastę najpierw sama spróbowałam z ciekawości… Na pierwszy rzut języka przypomina pastę do zębów (konsystencją i smakiem)…
Do Szamana poszłam bez liny – błąd (don’t assume). Gad kombinował, wypluwał, musiałam mu głowę w górze trzymać, żeby przełknął a to nie było łatwe, bo nie wzięłam przecież ze sobą drabiny! A kto by się spodziewał po Grubym grymasów takich przy konsumpcji… Wprawdzie ostatnio zdziwaczał, nowej paszy nie chciał, enterofermentem pluł, ale kto by przypuszczał, że mu tak zostanie na wszelakie nowości smakowe?
A w niedzielę: biało.


Od czasu do czasu zawieja, zamieć, zawierucha. Konie cały dzień na padoku, z nosami w sianie, zadkami do wiatru. Zadowolone. Siwe od czasu do czasu przespacerowało się z padoku na padok, pogapiło w dal... Szaman, póki żarcie na tapecie, ani myślał o przechadzkach...
Wieczorem Oblubieniec zarządził werkowanie zadów Szamańskich (przody pod-werkował nieco w tygodniu, sam. U obu koni. Nawet nie wiedziałam...) Latarką halogenową kazał doświetlać, ale łaskawie pozwolił się przypatrywać... Objaśniał nawet, co i jak... Byłam pod wrażeniem...
15 listopada – sobota (jeszcze bez-śniegowo)
Poranne kopyty:Szaman teraz prawie grzeczniejszy od Siwki, przy jednej zadniej czasem próbuje mini-fajtnięcia w bok (uch, ale bym se w coś trzasnął…) – on ma jakąś nadzwyczajną ruchomość w stawach, umie fajtać na boki stojąc prosto, zupełnie jak krowa… W czasach uczenia się podawania nóg, czujnym trzeba było być jak diabli, bo przodem walił, zadem fikał… walczyliśmy najpierw podnosząc nogi na lince, Szaman prawie się przewracał, takie zawzięte Dziadzisko był… A teraz…? Noga czeka w górze, ledwo się człowiek nachyli… Czasem nawet przeciwległa sama się podnosi , choć ja czyszczę tradycyjnie, nie po wyścigowemu: najpierw lewa strona, potem przechodzę na prawo i prawe kopyty skrobię…
Z Siwką rozszerzyłyśmy testowanie cierpliwości na czyszczenie kopyt przy otwartych drzwiach. I znowu Siwe samo to wymyśliło – otworzyło dziobem drzwi na oścież… Przy każdym kopycie testowanie: ociąganie się z podaniem, jak już podała, trzymała nogę sztywną, ale wystarczyło małe ej! i Śmieszne Siwe z westchnieniem i żuciem oddawało sflaczałą nogę (eee, dowcip taki… na końskich żartach się nie znasz…?)
Przybywa SzamanTaki obrazek: idę na padok za stodołę w jakimś-tam-celu… Siwe blisko, Szaman hen na ostatnim padoku. Gwiżdżę po naszemu. Siwe rusza w moim kierunku, stępem takim sobie, wcale nie energicznym a Gruby podnosi głowę, wyostrza wzrok, uchle kosmate na mnie, robi żwawy zwrot na zadzie (prawie jak roll back), wydaje z siebie swój popisowy kwik, puszcza węża głową i wyrwa z miejsca wściekłym galopem! Przylatuje do mnie pierwszy, mijając po drodze Siwkę rzuca jej pomiędzy kolejnymi sapnięciami kto ostatni, ten fujara! i inkasuje 2 ciasteczka. Zazwyczaj to Siwa dostaje 2 ciasteczka… Tym razem Gruby zasłużył sobie na dokładkę :-)
Trenowanie SzamanaJako że podjęłam decyzję o wysłaniu Siwki na wiosnę w trening (poczyniłam wstępne ustalenia – stajnia praktykująca PNH + west, czyli idealnie to, o co mi chodzi…), wypada wziąć się za cywilizowanie Kosmatego… na kimś muszę przecież objeżdżać posiadłość… ;-)
Sesja pod hasłem: nie łapiemy liny ani wodzy w paszczę (skaranie boskie z tym koniem od małego pod tym względem… jazdy freestyle to ja sobie na nim nie wyobrażam… niech mu się tylko co dyndnie koło paszczy, od razu urządza polowanie gębą...)
Siodło west, dużo galopu, bruuum! czyli przetykanie gaźnika za moimi plecami – oba moje konie wypracowały sobie sprytną strategię zwalniania tam, gdzie mój wzrok nie sięga, czyli z tyłu. Dałam Sz. spokój, gdy ładnie okrążał mnie galopem, bez zmiany chodu…
Siwe na czas naszego trenowania zamiast konsumować, drzemało na sąsiednim padoku, obserwując Grubego leniwym wzrokiem… W którymś momencie ożywiła się i zarżała chrumkająco w naszą stronę, jakby przywołując źrebaka… Biedaku, ależ ona cię męczy…Po męczycielstwie Szaman opuścił okrągły wybieg yoyo style, on liberty. Bardzo ładnie, bardzo grzecznie, wcale do Siwki nie chciał lecieć… Dopiero, gdy wskazałam mu kierunek, grzecznie pomaszerował, po chwili się rozbujał i doleciał do Siwki kłusem… Od razu były noski-noski (Siwe myśli, że to jej źrebię…? kobyła dziwaczeje chyba na stare lata…) i pewnie jakieś obgadywanki mojej osoby ;-) bo dość długo coś tam do siebie szemrały, Zwierzaki Jedne…
Ale za to przy porannych kopytach zarobił bęckę dyscyplinarną, bo cudaczył niemiłosiernie; grzeczny był potem, jak aniołek. Nawet od paszy treściwej się pokornie odsunął z opuszczoną głową na komendę BACK, gdy zachciało mi się przejść na jego drugą kosmatą stronę.
Z racji zimowej aury (choć jeszcze bez-śnieżnej) i grudy nie wyczynialiśmy jakichś większych ruchliwości za stodołą, jedynie o zmierzchu małe co-nie-co: Siwe najpierw, potem Kolega Sz. Podkładka, krótka lina, carrot.
Siwe grzeczne, spolegliwie. Ustawiłam ją do siodłania przy ogrodzeniu padoku, linę przerzuciłam przez drąg – udawałyśmy, że przy koniowiązie się oporządzamy. Pobawiłyśmy się króciutko w podążanie przez placyk zabawowy. Były utrudnienia, czyli przekraczanie a to kłody, a to gałęzi, a to plandeki, którą wiatr ukształtował w Himalaje. Nad Himalajami musiałyśmy ciut popracować (5-6 powtórzeń), Siwe z początku się wahało, kombinowało, jakby toto ominąć, uniknąć, obejść (… się nie dało, bo nasze pasmo górskie ma 8 m. długości a ja wrednie przechodziłam przez środek…) – finalnie Siwka przechodziła, szurając nawet, z opuszczoną głową… Porobiłam jeszcze trochę zamieszania w strefie 3, poudawałam, że chcę wskoczyć, pouwieszałam się na kłębie i dałam Siwej spokój. Było pozytywnie :-)
Szaman się załapał w ostatnim momencie na mini-zabawianko, gdy już prawie ciemno było. Przy zapinaniu popręgu od podkładki zaczął lekko dryfować (takie ostatnio wyczynia kombinacje malutkie, żeby uniknąć ściskania brzuszyska zapinkami), więc poprosiłam do o dryfowanie energiczne; nie spodobało się, szybko się uspokoił i stanął grzecznie. Aczkolwiek dało mi to do myślenia: wychodzi na to, że Sz. nie akceptuje popręgu! Porobiliśmy więc symulacje popręgowe z liną. Protestów niby nie było, ale mina pozostawiała z początku wiele do życzenia… Jednak przy zapinaniu podkładki, Fiś ani nie miauknął. Znaczy, dobrze jest.
Sesja nasza polegała na pójściu na okrągły wybieg (trochę normalnie, a trochę bokiem) i wyjściu z niego tyłem jojującym, przecofaniu przez Himalaje, ciasteczku w gębę i do widzenia.
Wieczorem - odrobaczanie. Pierwszy raz PARAMECTIN. Do Siwki poszłam przezornie przygotowana: kantarek + lina (+ tubostrzykawka). Siwe zesztywniało. Ja, jak gdyby nigdy nic, poprosiłam proszę dotknąć nosem tubkę. Siwe daleko z tyłu, nos wyciągnął się, dotknął. Ciasteczko. Odłożyłam strzykawkę na parapet, założyłam kantarek… Siwe lekko odetchnęło, gdy zobaczyło, że jeżyka z okienka biorę… ale zmyłkę zrobiłaś… po prostu czyszczenie będzie… Po czyszczeniu wkładanie ręki do pyska. Grzecznie. Bez międlenia, wypychania... wargi luźne, zęby przy lekkim nacisku po chwili ustępowały… to samo zaczęłam robić ze strzykawką: najpierw masowałam pysk trzymając tubkę w drugiej ręce, potem w tej samej, głaszcząco-masującej, potem głaskałam strzykawką… Już po chwili strzykawka była w pysku a Siwe cały czas rozluźnione, z opuszczoną głową… PIERWSZY RAZ W ŻYCIU PRZY ODROBACZANIU! Mimo wszystko nie spodziewałam się, że tak łatwo pójdzie… Nawet 5 minut nam to nie zajęło… Wstrzyknęłam jej pastę na 3 podejścia, powoli. Nie żeby odwalić jak najszybciej, ale żeby Siwe zaakceptowało całą operację… Po każdej porcji – ciasteczko. Pastę najpierw sama spróbowałam z ciekawości… Na pierwszy rzut języka przypomina pastę do zębów (konsystencją i smakiem)…
Do Szamana poszłam bez liny – błąd (don’t assume). Gad kombinował, wypluwał, musiałam mu głowę w górze trzymać, żeby przełknął a to nie było łatwe, bo nie wzięłam przecież ze sobą drabiny! A kto by się spodziewał po Grubym grymasów takich przy konsumpcji… Wprawdzie ostatnio zdziwaczał, nowej paszy nie chciał, enterofermentem pluł, ale kto by przypuszczał, że mu tak zostanie na wszelakie nowości smakowe?
A w niedzielę: biało.


Od czasu do czasu zawieja, zamieć, zawierucha. Konie cały dzień na padoku, z nosami w sianie, zadkami do wiatru. Zadowolone. Siwe od czasu do czasu przespacerowało się z padoku na padok, pogapiło w dal... Szaman, póki żarcie na tapecie, ani myślał o przechadzkach...
Wieczorem Oblubieniec zarządził werkowanie zadów Szamańskich (przody pod-werkował nieco w tygodniu, sam. U obu koni. Nawet nie wiedziałam...) Latarką halogenową kazał doświetlać, ale łaskawie pozwolił się przypatrywać... Objaśniał nawet, co i jak... Byłam pod wrażeniem...
15 listopada – sobota (jeszcze bez-śniegowo)
Poranne kopyty:Szaman teraz prawie grzeczniejszy od Siwki, przy jednej zadniej czasem próbuje mini-fajtnięcia w bok (uch, ale bym se w coś trzasnął…) – on ma jakąś nadzwyczajną ruchomość w stawach, umie fajtać na boki stojąc prosto, zupełnie jak krowa… W czasach uczenia się podawania nóg, czujnym trzeba było być jak diabli, bo przodem walił, zadem fikał… walczyliśmy najpierw podnosząc nogi na lince, Szaman prawie się przewracał, takie zawzięte Dziadzisko był… A teraz…? Noga czeka w górze, ledwo się człowiek nachyli… Czasem nawet przeciwległa sama się podnosi , choć ja czyszczę tradycyjnie, nie po wyścigowemu: najpierw lewa strona, potem przechodzę na prawo i prawe kopyty skrobię…
Z Siwką rozszerzyłyśmy testowanie cierpliwości na czyszczenie kopyt przy otwartych drzwiach. I znowu Siwe samo to wymyśliło – otworzyło dziobem drzwi na oścież… Przy każdym kopycie testowanie: ociąganie się z podaniem, jak już podała, trzymała nogę sztywną, ale wystarczyło małe ej! i Śmieszne Siwe z westchnieniem i żuciem oddawało sflaczałą nogę (eee, dowcip taki… na końskich żartach się nie znasz…?)
Przybywa SzamanTaki obrazek: idę na padok za stodołę w jakimś-tam-celu… Siwe blisko, Szaman hen na ostatnim padoku. Gwiżdżę po naszemu. Siwe rusza w moim kierunku, stępem takim sobie, wcale nie energicznym a Gruby podnosi głowę, wyostrza wzrok, uchle kosmate na mnie, robi żwawy zwrot na zadzie (prawie jak roll back), wydaje z siebie swój popisowy kwik, puszcza węża głową i wyrwa z miejsca wściekłym galopem! Przylatuje do mnie pierwszy, mijając po drodze Siwkę rzuca jej pomiędzy kolejnymi sapnięciami kto ostatni, ten fujara! i inkasuje 2 ciasteczka. Zazwyczaj to Siwa dostaje 2 ciasteczka… Tym razem Gruby zasłużył sobie na dokładkę :-)
Trenowanie SzamanaJako że podjęłam decyzję o wysłaniu Siwki na wiosnę w trening (poczyniłam wstępne ustalenia – stajnia praktykująca PNH + west, czyli idealnie to, o co mi chodzi…), wypada wziąć się za cywilizowanie Kosmatego… na kimś muszę przecież objeżdżać posiadłość… ;-)
Sesja pod hasłem: nie łapiemy liny ani wodzy w paszczę (skaranie boskie z tym koniem od małego pod tym względem… jazdy freestyle to ja sobie na nim nie wyobrażam… niech mu się tylko co dyndnie koło paszczy, od razu urządza polowanie gębą...)
Siodło west, dużo galopu, bruuum! czyli przetykanie gaźnika za moimi plecami – oba moje konie wypracowały sobie sprytną strategię zwalniania tam, gdzie mój wzrok nie sięga, czyli z tyłu. Dałam Sz. spokój, gdy ładnie okrążał mnie galopem, bez zmiany chodu…
Siwe na czas naszego trenowania zamiast konsumować, drzemało na sąsiednim padoku, obserwując Grubego leniwym wzrokiem… W którymś momencie ożywiła się i zarżała chrumkająco w naszą stronę, jakby przywołując źrebaka… Biedaku, ależ ona cię męczy…Po męczycielstwie Szaman opuścił okrągły wybieg yoyo style, on liberty. Bardzo ładnie, bardzo grzecznie, wcale do Siwki nie chciał lecieć… Dopiero, gdy wskazałam mu kierunek, grzecznie pomaszerował, po chwili się rozbujał i doleciał do Siwki kłusem… Od razu były noski-noski (Siwe myśli, że to jej źrebię…? kobyła dziwaczeje chyba na stare lata…) i pewnie jakieś obgadywanki mojej osoby ;-) bo dość długo coś tam do siebie szemrały, Zwierzaki Jedne…
wtorek, 18 listopada 2008
Kurs werkowania, naturalnie
Z. uczestniczył. Mądry teraz, wyedukowany. Chodzi i emanuje wiedzą, dyplom w kuchni wisi na honorowym, widocznym miejscu.
Teraz mamy jasność, co i jak z nie-fajnymi kopytami Szamana... Czekamy tylko na sprzęt i zaraz bierzemy się do roboty... Piszę my, bo ja oczywiście zostałam wyznaczona do trzymania zwierza, ewentualnie kopyta - w zależności od rozwoju wypadków. Taki zaszczyt :-)

Zdjęć z kursu nie wstawię (materiał szkoleniowy pozyskany z rzeźni... ;-( Jeszcze ktoś nie doczyta i pomyśli, że urżnęłam Sz. nogę z zemsty... Czasem mu się bęcki należą, ale nie aż takie ;-)
Teraz mamy jasność, co i jak z nie-fajnymi kopytami Szamana... Czekamy tylko na sprzęt i zaraz bierzemy się do roboty... Piszę my, bo ja oczywiście zostałam wyznaczona do trzymania zwierza, ewentualnie kopyta - w zależności od rozwoju wypadków. Taki zaszczyt :-)

Zdjęć z kursu nie wstawię (materiał szkoleniowy pozyskany z rzeźni... ;-( Jeszcze ktoś nie doczyta i pomyśli, że urżnęłam Sz. nogę z zemsty... Czasem mu się bęcki należą, ale nie aż takie ;-)
środa, 12 listopada 2008
Długi weekend
Cztery dni na wsi... To lubię :-)
Zaczęło się nieciekawie – w piątek nie mogłam z pracy wcześniej, potem koszmarny korek, nie zdążyłam na autobus późnopopołudniowy i jechałam ostatnim, o 20.00. Dwie godziny przesiedziane na walizkach (plecaku) na dworcu… Na wsi o 22.00. Do koni oczywiście nie poszłam, nie będę siać zamętu po nocy…
Zdecydowane postanowienia były, co do edukacji koni… A guzik! Zwyciężyła opcja prace budowlane, bo straszą, że za tydzień zima, śnieg, mróz…
Zamki w stajni zrobione, okienko u Siwki wstawione, parapet piękny drewniany (funkcja półeczki na szczotki), malowany na palisander… Za pierwszym razem, gdy Siwe spostrzegło mnie za szybką (plexi przezroczyste niby, ale nieco obraz zniekształca…) zamarło… Ale szybko przeszło do porządku dziennego, zadowolone, że w końcu nie zasłaniam na noc okienka styropianem (oj, oj, oj, biały! skrzypi! chrzęści!!) i deską…
W sobotę rozpoczęłam akcję pod kryptonimem enteroferment. Celem ataku: brzucho Szamana (burcząco-biegunkowe, od nowości). Pierwsze podejście: rozpuszczone, dodane do śniadania. Gruby zaprotestował. Stanowczo. Wiaderko od razu wywalił, paszę rozsypał, musiałam zbierać i karmić z ręki. Grymasił, krzywił się, ale jadł. Nie wszystko, część gębą poroztrącał po ziemi… Bobek tylko na to czekał. Fućka zresztą też. Oba psy zawsze czekają w gotowości bojowej na resztki z końskiego stołu… Konie na padok a psy na wyścigi do boksów. Szczególną popularnością cieszy się boks Siwki, która notorycznie coś tam uroni zdatnego do konsumpcji…
…Siwa przy plandece odstawiła mały bunt. LEWOPÓŁKULOWY. Mała Gadzina. Oj, odczep się już z tą plandeką. Ile można? Nie wejdę! Już właziłam, tyle razy! Spokojnie, bez bicia piany, odsuwanie się, uniki głową, dryfowanie, miny… Walczyłyśmy z 5 min., bez żadnych pomocy (ni liny, ni carrota, ni ciasteczka). W końcu weszła, zerknęła na mnie, poprosiłam o squeeze, podziękowałam i dałam jej spokój. Coś tam chwilę jeszcze pod nosem wydziwiała, zerkała, czy aby na pewno sobie idę...? bo może znowu czegoś się uczepię...? ...i zaczęła skubać, co tam jeszcze zostało na padoku...
...niebieska piłka-reaktywacja. Wyciągnęłam z odmętów końskiej szafy. A co! Lekko podflaczała, ale zdatna do uzytku. Szaman od razu aaaa, moja piłeczka! i dawaj w te pędy zębem, głową, kopytem... Poturlałam po nim, poodbijałam od cielska, od czółka nawet (malutka kwaśna minka)... Powrzucałam na grzbiet między uszami: piłka turlała się po Panu Sz. przez szyję, wzdłuż kręgosłupa i spadała za zadem... Nuda, panie. Gada nic nie rusza ;-)
Siwe oczywiście aaaaa! nie podchodź!!!! (ręce mi czasem opadają), dość szybko doszłyśmy jednak do dotykania piłki nosem w wersji:
1) trzymam piłkę pod pachą, wykonuję pół-obrót jak przy zarzucaniu liny-czapraka-siodła na grzbiet - Siwka widzi piłkę raz w strefie 1, raz w strefie 3 - dotyka, gdy piłka znajduje się przed jej nosem
2) piłka leży nieruchomo na ziemi - na wskazanie ręką Siwka podchodzi - dotyka nosem - mówi daj ciasteczko ;-)
Stanie z piłką w strefie 1 i 2 - do przyjęcia; w strefie 3 zaczyna się lekki niepokój i próby blokowania głową (a Ty po co tam Z TYM idziesz???) Turlająca się po ziemi piłka jest bardzo podejrzana, podskakująca jeszcze bardziej... Poletko do obróbki.
Wieczorem uknułam podstęp na Szamana z tym nieszczęsnym enterofermentem. Do wody dolałam. Bidul, ale miał minę! Co nos wsadził do wiaderka, zaraz go wyciągał, wargą wywijał, niuchał, patrzył na mnie z wyrzutem! ...ale rano wiaderko było puste...
Zaczęłam implementować Siwce nowe zadanie na końską cierpliwość - poranne czyszczenie przy otwartych drzwiach boksu... Siwka sama to sprowokowała wymyślając sobie taką oto zabawę: wchodzę do boksu (czy to rano, czy to wieczorem), drzwi zostawiam zawsze uchylone. Siwe chwilę stoi, po czym podchodzi do drzwi, popycha je nosem i otwiera na szeroko... Stoi i patrzy. Czasem zrobi malutki kroczek i czeka, co będzie. Jeśli odpowiednio szybko nie zareaguję, tup-tup-tup i już tylko ogon zostaje w boksie... Wtedy do akcji wkracza Szaman (korytarzyk dość wąski jest) i zagania Siwkę z powrotem do boksu wydając jej zębami komendę BACK. Siwka się złości i tyłem wraca do boksu, robiąc do Szamana groźne miny :-)
Siwe przy porannym czyszczeniu stoi grzecznie, drzwi otwarte... A jeszcze niedawno dawało się odczuć lekka poranną niecierpliwość... Konsekwentnie ćwiczyłyśmy przy wychodzeniu do przodu-do tyłu oraz jojo. Teraz wychodzę z boksu, drzwi otwarte a Siwe się waha: ale mogę? ale na pewno?
Poniedziałkowe drobnostki:- cofanie Szamana za ogon - działa z obu stron :-)
- przestawianie zadu ze strefy 5 jeżem - ładnie oba koniska, Szaman ciut un-confident (jak na niego, o wiele za szybko to wykonuje)
- przymiarki 2 tranzelek westernowych pięknych, galowych (no i czego nie zrobiłam zdjęć??) - Szaman się mieści na ostatnie dziurki, ale podgardla za krótkie (zgroza!), Siwka bardzo elegancko - zdecydowanie bordo będzie dla niej :-)
- OBOP wędzidłowy - Siwe lubi dość ciasno zapięte wędzidło! luźniejsze ją irytuje; międli, próbuje wypchnąć językiem
- Szaman zaproponował zabawę z językiem :-) On zawsze na masowanie pyszczydła i warg reaguje wywracaniem oczami, ziewaniem i wywalaniem jęzora. Teraz dodał wystawianie języka bokiem, po parellowemu. I sam na to wpadł :-) Raz nawet udało mi się cały jęzor wyjąć delikatnie i przytrzymać. Ale zaraz zażądał zwrotu, więc mu go oddałam :-)
Poniedziałkowy trening:
Z założenia miało być krótko... Nic z tego. Siwka zdziczała. Zatargałam nową linę 3,7 m., nową linę 7 m., starą podkładkę, stary carrot… Powiesiłam wszystko na płocie, poszłam po Siwkę… Ależ było wydziwiania! A czego te liny takie białe?? A co to tam wisi?? A czego tego tak dużo jakoś?? Szaman od razu podszedł zbadać, nową linę w gębę (aaaaaa, skórka markowa zagrożona!!!!!)… musiałam walczyć na 2 fronty: Szaman przyjazny, ale namolny oraz zdziczała Siwka… Dobra, podkładka po długich bojach założona (approach & retreat, approach & retreat, approach & retreat…), wygibasy na krótkiej linie przerobione, pora na dłuższą… Siwe od razu na koniec liny 7 m. pognało przy okrążaniu, napierające, chętne do ucieczki…Walałyśmy się za stodołą, wśród klamotów placykowych-zabawowych… Siwe wybitnie prawopółkulowe, żwawe, ruchliwe… Szaman ospale włażący co chwilę w strefę rażenia… Był traktowany jako obiekt (7 games with obstacle)
Strategia let me help You be right brain skutkowała do momentu któregoś tam ustawienia się Fisia na trasie przelotu… Siwe myknęło mu za zadem (nawet nie specjalnie, żeby uciec, tak jej po prostu wyszło…), Fisiu popchnięty liną za zadek zagalopował zgrabnie, Siwka po zewnętrznej za nim… Aaaaa, moja piękna markowa biała lina…! Już po chwili utytłana w błocie, czarna… Szaman latał za Siwą, przydeptywał jej tę linę, Siwka przyjmowała piękną postawę westową (wspomnienie chambonu) i tak sobie ganiały… Szaman się oczywiście szybko zasapał i zakończył wygłupy, więc i Siwka pokornie do mnie wróciła… Poszłyśmy na okrągły wybieg, pobawiłyśmy się energicznie a od czasu do czasu robiłyśmy sweet spot przy strasznej piłce… Do tego stopnia sweet, że gdy wiatr odtoczył kawałek piłkę, Siwka podążyła za nią :-)
Na koniec wgramoliłam się na piramidę z 3 opon, średnio stabilną, i po-pokładałam się na siwym grzbiecie i zadku. Grzecznie, ale gdy poprosiłam o zgięcia boczne z podwyższenia, Siwka zaczęła się lekko spinać no co Ty? Leżysz to leż, czego głowę ciągniesz…??Puściłam (najpierw jojo tyłem przez bramkę – ostatnio zawsze tak wychodzimy), powlokła się pod stodołę, ZERO adrenaliny, głowa zwieszona do ziemi prawie… Wykończyłam Siwe… Chciała prawą półkulę, to ma… ;-)
Szaman wkroczył na wybieg zadowolony no nareszcie! Poszlifowaliśmy chody boczne na dłuższych odcinkach (20-25 m.) Zachwytów, że taki kawał trzeba bokiem chodzić, nie było, ale grzecznie. Oczywiście trochę okrążania w galopie (o, jak on się pięknie rusza w galopie! jaki talent do pleasure’owego lope !), choć galop nie jest ulubionym chodem Szamana… Przynajmniej on wyznaje zasadę lepiej za wolno, niż za szybko :-) I też wyszedł z wybiegu tyłem. Spokojnie. Z godnością osobistą. Ale ciastko daj!
We wtorek wizyta Pani Mamy i Bratowej Oblubieńca Z. Było wesoło. Panie bez wcześniejszych kontaktów z końmi. Szaman upodobał sobie Panią Mamę! Cyrk po prostu. Wodził za nią oczami, wpatrywał się, podłaził. Miłość od pierwszego wejrzenia. Pół biedy, gdy za drągami, ale gdy weszła na padok, ten do niej kłusem! Pani Mama oczywiście przestraszona i nic dziwnego... Jakby za mną latało biegiem po padoku takie 700 kg. żywego zwierza, które pierwszy raz widzę z bliska, też bym przypękała...




...najpierw trochę podkładkowo pobawiłyśmy się z ziemi z Siwką (energicznie, żwawo)
Potem wzięłam się za dokręcenie śrubki Szamanowi. Po ściganiu Pani Mamy po padoku, trącaniu głową i przesuwaniu na prawo i lewo, obrósł w pióra Króla Zwierząt i paradował zadowolony z siebie z zadartym nosem. Nie łatwo było go sprowadzić na ziemię! Nieźle musiałam go przegonić, zanim nasze relacje wróciły do normy! A i tak z podkładką wykonał serię niezadowolonych bryków w galopie! Proszę, jak szybko zasmakował w byciu chwilowym liderem człowieczym!
Zaczęło się nieciekawie – w piątek nie mogłam z pracy wcześniej, potem koszmarny korek, nie zdążyłam na autobus późnopopołudniowy i jechałam ostatnim, o 20.00. Dwie godziny przesiedziane na walizkach (plecaku) na dworcu… Na wsi o 22.00. Do koni oczywiście nie poszłam, nie będę siać zamętu po nocy…
Zdecydowane postanowienia były, co do edukacji koni… A guzik! Zwyciężyła opcja prace budowlane, bo straszą, że za tydzień zima, śnieg, mróz…
Zamki w stajni zrobione, okienko u Siwki wstawione, parapet piękny drewniany (funkcja półeczki na szczotki), malowany na palisander… Za pierwszym razem, gdy Siwe spostrzegło mnie za szybką (plexi przezroczyste niby, ale nieco obraz zniekształca…) zamarło… Ale szybko przeszło do porządku dziennego, zadowolone, że w końcu nie zasłaniam na noc okienka styropianem (oj, oj, oj, biały! skrzypi! chrzęści!!) i deską…
W sobotę rozpoczęłam akcję pod kryptonimem enteroferment. Celem ataku: brzucho Szamana (burcząco-biegunkowe, od nowości). Pierwsze podejście: rozpuszczone, dodane do śniadania. Gruby zaprotestował. Stanowczo. Wiaderko od razu wywalił, paszę rozsypał, musiałam zbierać i karmić z ręki. Grymasił, krzywił się, ale jadł. Nie wszystko, część gębą poroztrącał po ziemi… Bobek tylko na to czekał. Fućka zresztą też. Oba psy zawsze czekają w gotowości bojowej na resztki z końskiego stołu… Konie na padok a psy na wyścigi do boksów. Szczególną popularnością cieszy się boks Siwki, która notorycznie coś tam uroni zdatnego do konsumpcji…
…Siwa przy plandece odstawiła mały bunt. LEWOPÓŁKULOWY. Mała Gadzina. Oj, odczep się już z tą plandeką. Ile można? Nie wejdę! Już właziłam, tyle razy! Spokojnie, bez bicia piany, odsuwanie się, uniki głową, dryfowanie, miny… Walczyłyśmy z 5 min., bez żadnych pomocy (ni liny, ni carrota, ni ciasteczka). W końcu weszła, zerknęła na mnie, poprosiłam o squeeze, podziękowałam i dałam jej spokój. Coś tam chwilę jeszcze pod nosem wydziwiała, zerkała, czy aby na pewno sobie idę...? bo może znowu czegoś się uczepię...? ...i zaczęła skubać, co tam jeszcze zostało na padoku...
...niebieska piłka-reaktywacja. Wyciągnęłam z odmętów końskiej szafy. A co! Lekko podflaczała, ale zdatna do uzytku. Szaman od razu aaaa, moja piłeczka! i dawaj w te pędy zębem, głową, kopytem... Poturlałam po nim, poodbijałam od cielska, od czółka nawet (malutka kwaśna minka)... Powrzucałam na grzbiet między uszami: piłka turlała się po Panu Sz. przez szyję, wzdłuż kręgosłupa i spadała za zadem... Nuda, panie. Gada nic nie rusza ;-)
Siwe oczywiście aaaaa! nie podchodź!!!! (ręce mi czasem opadają), dość szybko doszłyśmy jednak do dotykania piłki nosem w wersji:
1) trzymam piłkę pod pachą, wykonuję pół-obrót jak przy zarzucaniu liny-czapraka-siodła na grzbiet - Siwka widzi piłkę raz w strefie 1, raz w strefie 3 - dotyka, gdy piłka znajduje się przed jej nosem
2) piłka leży nieruchomo na ziemi - na wskazanie ręką Siwka podchodzi - dotyka nosem - mówi daj ciasteczko ;-)
Stanie z piłką w strefie 1 i 2 - do przyjęcia; w strefie 3 zaczyna się lekki niepokój i próby blokowania głową (a Ty po co tam Z TYM idziesz???) Turlająca się po ziemi piłka jest bardzo podejrzana, podskakująca jeszcze bardziej... Poletko do obróbki.
Wieczorem uknułam podstęp na Szamana z tym nieszczęsnym enterofermentem. Do wody dolałam. Bidul, ale miał minę! Co nos wsadził do wiaderka, zaraz go wyciągał, wargą wywijał, niuchał, patrzył na mnie z wyrzutem! ...ale rano wiaderko było puste...
Zaczęłam implementować Siwce nowe zadanie na końską cierpliwość - poranne czyszczenie przy otwartych drzwiach boksu... Siwka sama to sprowokowała wymyślając sobie taką oto zabawę: wchodzę do boksu (czy to rano, czy to wieczorem), drzwi zostawiam zawsze uchylone. Siwe chwilę stoi, po czym podchodzi do drzwi, popycha je nosem i otwiera na szeroko... Stoi i patrzy. Czasem zrobi malutki kroczek i czeka, co będzie. Jeśli odpowiednio szybko nie zareaguję, tup-tup-tup i już tylko ogon zostaje w boksie... Wtedy do akcji wkracza Szaman (korytarzyk dość wąski jest) i zagania Siwkę z powrotem do boksu wydając jej zębami komendę BACK. Siwka się złości i tyłem wraca do boksu, robiąc do Szamana groźne miny :-)
Siwe przy porannym czyszczeniu stoi grzecznie, drzwi otwarte... A jeszcze niedawno dawało się odczuć lekka poranną niecierpliwość... Konsekwentnie ćwiczyłyśmy przy wychodzeniu do przodu-do tyłu oraz jojo. Teraz wychodzę z boksu, drzwi otwarte a Siwe się waha: ale mogę? ale na pewno?
Poniedziałkowe drobnostki:- cofanie Szamana za ogon - działa z obu stron :-)
- przestawianie zadu ze strefy 5 jeżem - ładnie oba koniska, Szaman ciut un-confident (jak na niego, o wiele za szybko to wykonuje)
- przymiarki 2 tranzelek westernowych pięknych, galowych (no i czego nie zrobiłam zdjęć??) - Szaman się mieści na ostatnie dziurki, ale podgardla za krótkie (zgroza!), Siwka bardzo elegancko - zdecydowanie bordo będzie dla niej :-)
- OBOP wędzidłowy - Siwe lubi dość ciasno zapięte wędzidło! luźniejsze ją irytuje; międli, próbuje wypchnąć językiem
- Szaman zaproponował zabawę z językiem :-) On zawsze na masowanie pyszczydła i warg reaguje wywracaniem oczami, ziewaniem i wywalaniem jęzora. Teraz dodał wystawianie języka bokiem, po parellowemu. I sam na to wpadł :-) Raz nawet udało mi się cały jęzor wyjąć delikatnie i przytrzymać. Ale zaraz zażądał zwrotu, więc mu go oddałam :-)
Poniedziałkowy trening:
Z założenia miało być krótko... Nic z tego. Siwka zdziczała. Zatargałam nową linę 3,7 m., nową linę 7 m., starą podkładkę, stary carrot… Powiesiłam wszystko na płocie, poszłam po Siwkę… Ależ było wydziwiania! A czego te liny takie białe?? A co to tam wisi?? A czego tego tak dużo jakoś?? Szaman od razu podszedł zbadać, nową linę w gębę (aaaaaa, skórka markowa zagrożona!!!!!)… musiałam walczyć na 2 fronty: Szaman przyjazny, ale namolny oraz zdziczała Siwka… Dobra, podkładka po długich bojach założona (approach & retreat, approach & retreat, approach & retreat…), wygibasy na krótkiej linie przerobione, pora na dłuższą… Siwe od razu na koniec liny 7 m. pognało przy okrążaniu, napierające, chętne do ucieczki…Walałyśmy się za stodołą, wśród klamotów placykowych-zabawowych… Siwe wybitnie prawopółkulowe, żwawe, ruchliwe… Szaman ospale włażący co chwilę w strefę rażenia… Był traktowany jako obiekt (7 games with obstacle)
Strategia let me help You be right brain skutkowała do momentu któregoś tam ustawienia się Fisia na trasie przelotu… Siwe myknęło mu za zadem (nawet nie specjalnie, żeby uciec, tak jej po prostu wyszło…), Fisiu popchnięty liną za zadek zagalopował zgrabnie, Siwka po zewnętrznej za nim… Aaaaa, moja piękna markowa biała lina…! Już po chwili utytłana w błocie, czarna… Szaman latał za Siwą, przydeptywał jej tę linę, Siwka przyjmowała piękną postawę westową (wspomnienie chambonu) i tak sobie ganiały… Szaman się oczywiście szybko zasapał i zakończył wygłupy, więc i Siwka pokornie do mnie wróciła… Poszłyśmy na okrągły wybieg, pobawiłyśmy się energicznie a od czasu do czasu robiłyśmy sweet spot przy strasznej piłce… Do tego stopnia sweet, że gdy wiatr odtoczył kawałek piłkę, Siwka podążyła za nią :-)
Na koniec wgramoliłam się na piramidę z 3 opon, średnio stabilną, i po-pokładałam się na siwym grzbiecie i zadku. Grzecznie, ale gdy poprosiłam o zgięcia boczne z podwyższenia, Siwka zaczęła się lekko spinać no co Ty? Leżysz to leż, czego głowę ciągniesz…??Puściłam (najpierw jojo tyłem przez bramkę – ostatnio zawsze tak wychodzimy), powlokła się pod stodołę, ZERO adrenaliny, głowa zwieszona do ziemi prawie… Wykończyłam Siwe… Chciała prawą półkulę, to ma… ;-)
Szaman wkroczył na wybieg zadowolony no nareszcie! Poszlifowaliśmy chody boczne na dłuższych odcinkach (20-25 m.) Zachwytów, że taki kawał trzeba bokiem chodzić, nie było, ale grzecznie. Oczywiście trochę okrążania w galopie (o, jak on się pięknie rusza w galopie! jaki talent do pleasure’owego lope !), choć galop nie jest ulubionym chodem Szamana… Przynajmniej on wyznaje zasadę lepiej za wolno, niż za szybko :-) I też wyszedł z wybiegu tyłem. Spokojnie. Z godnością osobistą. Ale ciastko daj!
We wtorek wizyta Pani Mamy i Bratowej Oblubieńca Z. Było wesoło. Panie bez wcześniejszych kontaktów z końmi. Szaman upodobał sobie Panią Mamę! Cyrk po prostu. Wodził za nią oczami, wpatrywał się, podłaził. Miłość od pierwszego wejrzenia. Pół biedy, gdy za drągami, ale gdy weszła na padok, ten do niej kłusem! Pani Mama oczywiście przestraszona i nic dziwnego... Jakby za mną latało biegiem po padoku takie 700 kg. żywego zwierza, które pierwszy raz widzę z bliska, też bym przypękała...




...najpierw trochę podkładkowo pobawiłyśmy się z ziemi z Siwką (energicznie, żwawo)
Potem wzięłam się za dokręcenie śrubki Szamanowi. Po ściganiu Pani Mamy po padoku, trącaniu głową i przesuwaniu na prawo i lewo, obrósł w pióra Króla Zwierząt i paradował zadowolony z siebie z zadartym nosem. Nie łatwo było go sprowadzić na ziemię! Nieźle musiałam go przegonić, zanim nasze relacje wróciły do normy! A i tak z podkładką wykonał serię niezadowolonych bryków w galopie! Proszę, jak szybko zasmakował w byciu chwilowym liderem człowieczym!
Subskrybuj:
Posty (Atom)