"Pracuj nad sobą a z koniem się baw" Pat Parelli

wtorek, 23 lutego 2010

Kataklizmy

Cudna odwilż i słoneczko to wcale nie taka fajna rzecz... Tu, w Warszawie, owszem... Chodniczki suche, można eleganckim bucikiem do pracy przybyć i do domu powrócić. Ale na wiosce...

W piątek zaatakowały nas roztopy. Zamykam ci ja wieczorem drzwi a tu wraz ze mną wpływa do ganku fala powodziowa... Zalało nam ganek i częściowo łazienkę... Ja we wrzask, Oblubieniec brutalnie oderwany od laptopa... I do boju... Odkuwanie, skuwanie, spychanie... Szpadlem, siekierą, miotłą... Czym się dało... Koło północy sytuacja została opanowana; kanał odpływowy wyrąbany w lodzie, woda w większości odprowadzona spod domu, próg utkany stertą szmat, żeby psów w ganku nie zalało no i żeby woda nie wpłynęła nam do kuchni...
Ale to nie koniec zabawy... W stajni na korytarzu - jezioro. W jeziorze stoi zadowolony z siebie hucek, bo kupka sianka konsumpcyjnego na progu leży, a to podstawa... Co tam huckowi taka kałuża w obliczu tego, że jest co do gęby włożyć... Ja się jednakowoż kałużą pod huckiem przejęłam i dawaj kopać w stajni wzdłuż ściany rowek w celu zamiany jeziora na rzeczkę... Udało się, częściowo wodę spod hucka odciągnęło... I oczywiście jest już postanowione: WON Z GŁĘBOKĄ ŚCIÓŁKĄ, którą tak się zachwycałam! na wiosnę robimy w stajni podłogi z odpływem... czyli kolejny wydatek (coś czuję przez skórę, że moje uczestnictwo w majowym kursie z Berniem zagrożone!!!)

Dnia kolejnego (sobota) walka z obornikiem. ROZMARZŁ. Mało tego; zrobiła się z niego miękka, błotnista ciapa zasysająca kopyta...
O dzięki Ci Panie za wsparcie w postaci pensjonarki Ali, bo bym chyba na tym gnoju padła a w huckowej rzeczce bym się utopiła... Wywożenie, osuszanie, dezynfekowanie do 21.00, boks Szamana został na niedzielę, bo nie dałyśmy rady... Tyle, że mu odwaliłam 1/3 powierzchni, żeby miał w miarę czysty kawałek na noc... Konie złe, czekały pod bramką grymasząc, że co to za takie trzymanie zwierząt po nocy poza domem ;-) Co i raz wybuchały małe awantury, co i raz ktoś komuś pod bramką przydzwonił...
A tłumaczę łajzom, niech się przyzwyczajają, bo chów bezstajenny je czeka lada moment...

Oczywiście o jeździectwie mowy nie było. W moim przypadku, bo Ala Nika męczyła ;-) A taki plan ambitny miałam... W teren na hucku pomknąć (stępem na łąkę koło domu ;-))) A tu nawet siodła z domu siły nie miałam wytargać... Co tu mówić o byciu liderem z perspektywy tegoż siodła...
Trochę zabaw z ziemi jednak w niedzielę było; Siwka łaziła po podestach liberty (na koniec usnęła stojąc na oponach i tak została), z huckem na smyczy (pętelka ze stringa na szyi) robiliśmy obchód ogrodzeń, czy co się gdzie nad rzeką nie wali... Mróz z pewnością słupki nośne osłabił...
Bo trzeba Państwu wiedzieć, że Fisiek, dzięki takiemu właśnie odwilżowemu osłabieniu słupków, unicestwił okrągły wybieg!!! Złamał u podstawy 3 słupki i część ogrodzenia runęła... a Fisiek zadowolony z siebie z niewinną miną zżerał to, co obalił... O, i tak było robić słupki nośne z sosny... 2 sezony przetrwały tylko... Czyli na wiosnę znów kopanie dołków mnie czeka...

 photo Fisiekwyko1440czy1420okr1050glaka_zps13080355.jpg

 photo HPIM7321_zpsbebba4f8.jpg

 photo HPIM7313_zpsb5d10e67.jpg

 photo HPIM7311_zpsdbd2b00e.jpg

W niedzielę wieczorem byłam świadkiem walki Siwki z huckiem! Czegoś takiego jeszcze w wykonaniu Siwki nie widziałam. Zaczęło się od tego, że hucek nie odsunął się na wyraźne polecenie Siwki. Znaczy, postawił się. Siwe go dziab w klatę a ten nic. To Siwe go dziab w klatę 2 razy mocniej a hucek chrumk do niej i zamarkował kłapnięcie... Ależ się Siwe wkurzyło! Błyskawicznie wykonała obrót zadem i dawaj walić w hucka! A mały gamoń, zamiast zwiać, zaczął jej oddawać! Akcja miała miejsce 1 m. ode mnie (stałam we wrotach stodoły) i tak mnie zamurowało, że nawet nie pomyślałam, żeby interweniować... Siwe kwiczało jak opętane i wierzgało z prędkością światła, hucek tylko pochrumkiwał groźnie i też wierzgał... Uderzenia były lekko chybione, bo oba zwierzaki obracały się przy tym ruchem wirowym jak kołujące butelki, unikając ciosów... Siwe jest jednak zdecydowanie szybsze od kluska i w końcu udało się jej zadać decydujący cios w huckową klatkę a zaraz potem w łopatkę z taką mocą, że aż upadła na nadgarstki. A hucek się zachwiał, myślałam, że glebnie... Siwe zaraz się zerwało, ale mały już nie wyglądał na zainteresowanego walką... Opuścił głowę i minimalnie przeniósł ciężar ciała na zad. To wystarczyło, żeby i Siwa straciła groźny błysk w oku... I zaczęła wyparskiwać nerwy ze zwieszoną głową, stojąc na szeroko rozstawionych nogach...

poniedziałek, 15 lutego 2010

Nowa "psia"...

Weekend zdominowany przez psie sprawy... Przybyła nam nowa psia: 5-miesięczna suńka rasy buldog amerykański... Czyli została zachwiana równowaga w gawłowskiej przyrodzie... 5 psów (z czego 4 bojowe) contra 4 konie... Ciekawe jak sobie teraz kopytne poradzą?

 photo SNV18871_zpsa7e07512.jpg

Gwoli ścisłości kopytne radzą sobie całkiem nieźle; do 2 czołowych agresorów (Fisiek i hucek) dołączył ostatnio Niko (tak, poczciwy, ciapowaty Niko ;-) który w niedzielę przeleciał się po Gliśce. Nie żeby Gliśka mu co akuratnie robiła. Gliśka szwendała się po padoku w czasie końskiego żeru... (a koński żer trwa permanentnie ;-) I wcale nie chciała Nikowi tych badyli, co je konsumował, odbierać... Niko najprawdopodobniej dokonał krwawej zemsty za poranne stajenne wrzaski Glizdy. Glizda ma szczególnie na pieńku z huckiem; potrafi stać naprzeciw niego i drzeć się wniebogłosy. Jak to na głupiego wilcura przystało (przepraszam wielbicieli wilcurów, ale to ich wieczne darcie gęby jest nie-do-zniesienia...) A że Niko stoi bok w bok z huckiem to i jemu mogło się od Glizdy oberwać po uszach...
Skoro więc tylko nadarzyła się okazja, przeleciał się po Gliździe, palnął ją kopytem, zrolował, przydepnął w locie ogon i wygnał z padoku! O! A niby taki grzeczniutki ;-) Glizda chyba nieźle się zszokowała, bo nawet nieszczególnie się darła. A zwiewała, jakby wcale nie była koślawa... Na szczęście obeszło się bez obrażeń, nawet nie kuśtykała...

W sobotę znów jeździectwo na hucku. Coś ostatnio udaje mi się częściej w siodło siadać (raz na 2 tygodnie, cha-cha-cha...!) Wprawdzie znów tylko na 15 minut, ale dobre i to...
Kooperacja huckowa sięga zenitu, w lot odgaduje polecenia, z ziemi zaczyna chodzić na samo spojrzenie i skinienie paluszkiem... Jak nie hucek... Wręcz muszę hamować jego zapędy do proponowania pacania nogą w co się da, tak się chłopak rozkręcił :-) I pomyśleć, że do niedawna stał tępo wpatrzony w dal...
Z siodła skupiliśmy się na zgięciach bocznych i odangażowaniu zadu. Czyli zupełne podstawy :-) Odangażowanie zadu z siodła szło nam do tej pory opornie, ale też nie przykładałam do tego ćwiczenia jakiejś szczególnej uwagi (nie, to nie), bo hucek w żadnym wypadku nie jest konikiem hop do przodu, więc po co dodatkowo wyłączać mu motorek ;-) Tym razem się uparłam i udało się. W obie strony, po kilka razy, począwszy od jednego kroczku a skończywszy na 3-4 :-) Choć nie powiem, na początku skurcz mnie w udo łapał (2 dni bym nie wytrzmyała, mowy nie ma ;-)
A potem popłynęliśmy ;-) pierwszy raz postanowiłam pojeździć z carrotem. Najpierw oczywiście przezornie sprawdziłam na ziemi (pomna na początkowe paniczne reakcje hucka na kijek), jakie są zapatrywania małego na człowieka z carrotem w strefie 3. Żadnego wrażenia nie zrobiło na nim ani machanie nad głową (prawo-lewo), ani głaskanie po potylicy, uszach i ganaszach... Więc wsiadłam (wsiadłam, nie wlazłam. Określenie wlazłam dotyczy koni w wielkości od wcale-nie-takiej-wysokiej Siwki wzwyż ;-) Na hucka wsiadam z ziemi z gracją (nie mylić z Siwką ;-) i lekkością ;-)
Trochę pokombinowaliśmy ze skrętami od carrota, ale jakoś nieszczególnie mnie to pociągało i carrota wywaliłam. Człowiek jest jednak przywiązany do swoich nawyków jeździeckich i machanie kijkiem koło końskiej głowy jakoś mi jeszcze nie pasi... Z siodła, bo z ziemi macham i czuję się z tym komfortowo...
Żeby nie przynudzać: jestem z hucka bardzo zadowolona ostatnio. Nawet mam ochotę wyruszyć na nim w teren... Tylko jak mam wytłumaczyć Siwce, że ma nie wyskakiwać z padoku a Fiśkowi, że nie wolno taranem przez bramkę za nami lecieć... Bo nie ma mowy, żeby kolesiostwo zniosło z godnością i bez emocji oddalenie się jednego z członków stada... Jak byk też będą chciały iść na spacer...

P.S. Ala była w tygodniu w terenie z Nikiem... Nasi nie uciekli, czyli istnieją pewne powidoki na szczęśliwe wyjazdy ;-)

poniedziałek, 8 lutego 2010

Wieści z frontu

Weekend z gatunku beznadziejnych. Żebym się chociaż z raz do koni dotknęła...
W sobotę pogoda ohydna, niby bez opadów, ale wiatr koszmarny i drogę tak nam zawiało tym, co na polach zalega, że Zbyn znów nie wyjechał werkować... I w ogóle nie wyjechał nigdzie...
Musiałam iść w niedzielę po południu do Świerkowa na PKS, bo w poniedziałek rano nie wydostałabym się do roboty... Odśnieżarki gminnej ni widu, ni słychu... Już nasza lokalna droga wygląda lepiej niż ta między-gminna... W sobotę zakopał się na niej duży samochód z mleczarni... inni w ogóle nie próbowali przejechać... Normalnie XIX w.

W niedzielę pogoda ładniejsza (słońce), wiatr mniejszy, ale ze wschodu, więc obleśnie niefajny... Jedyne co udało się nam ze Zbynem zrobić, to Bobkowa sesja zdjęciowa, chociaż łatwo nie było, bo mimo zamknięcia suk (Fućki i Monki) w domu, towarzyszyła nam nieodłączna pokraczna Gliśka, która co i raz pchała się albo w kadr, albo dla odmiany, nosem w obiektyw ;-)

 photo SNV18443_zps036d0279.jpg



 photo SNV18417_zps0b476333.jpg

Końsko to był jedynie incydent z huckiem oraz kozłowanie w wykonaniu Siwki.
Incydent z huckiem polegał na tym, że mały jakimś cudem dosięgnął do beczki z owsem, wywalił ją, zdjął pokrywę i zeżarł z 1/3 zawartości... I nic mu nie było... Rano pogrzał za stodołę jak gdyby nigdy nic i rzucił się na siano-słomę...
Siwe kozłowanie natomiast rozwinęło się w zeszłym tygodniu z trykania nosem piłki Szamanowej, która to piłka została Szamanowi odebrana... Bo tak się nad nią, wiszącą w boksie, pastwił, że w końcu ją urwał... Powiesiłam ją więc dla odmiany Siwce. Po iluś tam dniach ignorowania zabawki, Siwe żądając ciasteczka ciuchnęło piłkę nosem, polizało, ugryzło... patrząc na mnie wymownie. Wzmocniłam. W zeszły weekend Siwe wymyśliło, że piłkę można tak intensywnie trykać, że zaczyna odbijać się od deski... Wzmocniłam...
Teraz, oczywiście, co wejdę do stajni od razu piłka dudni o deski ;-)

poniedziałek, 1 lutego 2010

Powrót do siodła :-)

W weekend było jeździectwo :-) I to nie tylko w wykonaniu pensjonarki Ali & Nika ;-)

W sobotę miał miejsce powiew wiosny. Powiew wiosny polegał na tym, że z lekka rozmarzła zawartość boksów. Chciał nie chciał, wzięłyśmy się* z Alą za wywózkę owej zawartości.

* Zastosowana tu liczba mnoga może zostać uznana przez Alę za krzywdzącą. Przyznaję. Bo w trakcie zadzwoniła Asia z Białegostoku, Kursowa Koleżanka z września (z ekipy sławnego pokoju wieloosobowego w Celbancie, który to pokój zaprosił Berniego na wieczorne pogaduchy :-) I trzeba było popytlować, m.in. namówić się na kolejny kurs. Niniejszym przemycam tu nowinę (małym drukiem może Oblubieniec nie przeczyta): zapisałam się na kurs zaawansowany w maju!!!!
Niby ciepło (-1 st. czyli upał), ale wiatr nieźle dawał się we znaki. Nasza lokalna droga zawiana dokumentnie, miejscami trzeba było przekopywać tunel w śniegu do połowy uda i wyżej! Nie ma mowy, żeby cokolwiek do nas dojechało, oprócz sprzętu mega-ciężkiego... A kostek siana zostało nam raptem z 10! Pod wieczór udało się jednak utorować drogę na skuśkę, przez łąkę (spych sąsiada) a całkiem już po ciemku dowieźć 50 kostek siana (od tegoż samego sąsiada). Czyli końskie dupska póki co nie schudną ;-)

W niedzielę dla odmiany pogoda cudna! Słońce, zero wiatru, temperatura w okolicach 0 (w słońcu było + 2 st. przez chwilę!!!!) Wygrzebałam sprzęt jeździecki (składowany obecnie w pokoju), co było sporym wyzwaniem - 4 siodła na jednym stojaku, ogłowie tu, carrot tam, kantarki & liny na karniszu a pad jeszcze gdzie indziej... Załadowałam toto wszystko na taczkę (cudny wózek stajenny pozyskany od Ani Truskawkowej spoczywa ukryty w komórce, póki co. I tak by nie przejechał przez nasze śniegi) i zawiozłam się na padok. Wśród koni zapanowało ożywienie. Siwe lekko się zaniepokoiło (po cholerę jej to siodło??? o rany, reaktywacja jeździectwa chyba będzie... ), ale trwało dzielnie przy bramce. A Fisiek od razu z uśmiechem próbował wykraść sterczącego z taczki carrota...
Siwe zostało przywołane do stanowiska przy oponach, wyczyszczone, ustrojone w ogłowie Continentala, które dostała pod choinkę (bardzo twarzowe) i osiodłane. Przy okazji zaprezentowałam jej jak sycząco wydobywa się powietrze z Theraflex Self-Inflating Padu, co nie zrobiło na Siwej większego wrażenia. Sprawdziłyśmy zgięcia (na wędzidle) - mega rewelacyjnie. Wręcz za rewelacyjnie, bo tylko wodzę uniosłam i położyłam na niej dłoń (nie zdążywszy wykonać puzonu) a już Siwe zgięte było :-) Pomyślałam, że może wlezę na Siwca...? (ale odwaga, co? nic nie robiłyśmy z siodłem pół roku a Siwe dzikie przecie...) Zaczęłam się gramolić. A tu same przeciwności losu: buciory termiczne od spodu śniegiem oblepione, śnieg kopny, Siwe albo urosło, albo złośliwie ;-) na górce stanęło... Bucior się w strzemieniu skórzanym ślizga, grube odzienie ruchy krępuje... O rany, jak stara baba się gramoliłam! Siwe aż się z niesmakiem do mnie odwracało... Wstyd! Ze 3 razy udało mi się wwindować i przewiesić przez siodło i na tym zakończyłam przygodę z jazdą na dzikiej ;-) Z czym do ludzi? Na Siwca żeby się ładować, trzeba być w miarę ogarniętym... A ja co????
Ale zdążyłam już się rozochocić. Udałam, że nie widzę Szamana (a lazł w oczy cały czas, musiałam go co i raz carrotem odpędzać) mnie weź! mnie weź! (czyt. ciasteczko daj! ciasteczko daj!) Na niego musiałabym donieść drabinę do wsiadania... Wzrok mój padł na hucka. Rozmiar akuratny, malutki-grubiutki... I tylko ten charakterek, ostatnio nazbyt wyeksponowany...
Przywołało się kolesia paluszkiem. Jakby tylko na to czekał, momentalnie przymaszerował spod stodoły :-) Stanął grzecznie koło stanowiska do czyszczenia-siodłania... Wyczyściliśmy się na wolności (w międzyczasie hucuś obniuchiwał i przeglądał zębem zawartość taczki ;-), założyliśmy kantarek, ogłowie Siwkowe (wędzidło sam wziął do pyszczka pochylając główkę - trzeba było tylko skrócić o 2 dziurki po każdej stronie :-) i siodło.
Na linie było dość energetycznie na początku, żwawo, z malutkimi imitacjami dęba przy komendzie zmiana kierunku w CG. Aczkolwiek hucuś grzeczny bardzo, szedł na koło na pierwszą fazę, nawet carrota z taczki nie musiałam pobierać :-)
Były też huckowe propozycje pacania nogą w mega-opony zwieńczone wdrapaniem się na ich szczyt i kopanie w beczkę.
Wlazłam na kolesia na środku padoku, ale zaraz zlazłam, bo Siwe tak się zainteresowało tym niecodziennym widokiem (o matko, a co Wy robicie właściwie...???), że przymaszerowało do nas i zaczęło trącać hucka nosem w słabiznę :-) Hucek zagulgotał ostrzegawczo 2 razy (ni to warknął, ni to kwiknął), wolałam więc nie narażać się na porażkę (vel glebę) i widok pogardy w oczach całej końskiej widowni (bo i Szaman nas bystrze obserwował)... Patrzcie, jaka frajerka! byle co i od razu spada!
Poszliśmy na okrągły wybieg (Siwe oczywiście za nami, zaparkowało przy drągach na zewnątrz, bo zamknęłam jej bramkę przed nosem). Tutaj hucuś zaprezentował technikę odangażowania zadu przy próbie włożenia stopy z strzemię, więc podchwyciłam ochoczo jego pomysł każąc mu odangażować się biegiem 3 razy dookoła. Raz, drugi... trzeciego razu już nie było, bo hucusiowi nagle znudziła się taka zabawa, stanął jak wmurowany i przy próbie strzemiennej ani myślał się ruszyć :-)
Popracowaliśmy w stępie z 15 minut. Było sporo stania, cofanie na BACK (przeniesienie ciężaru na zad, wodze do góry, łydki popukujące), małe koła w wygięciu, skręcanie od dosiadu. Mały jest genialny! Chodził jak bardzo dobrze ujeżdżony koń westernowy, wodze** luz, główka w dole... Coś mu się stało czy co?? Był wyraźnie zadowolony z naszej wspólnej aktywności :-) Oczywiście mam mocne postanowienie rzeźbienia w hucku regularnie :-)

** loop rein ze skórzanymi łącznikami otrzymane w podarku od Pana Podkowy z dedykacją wytłoczoną na skórce. Za wyzywanie się od DYSKRYMINATORÓW westernowców na forum SPNH ;-)))

Zbyn najpierw się zadziwił (jeździłaś??) a potem się rozochocił (dobrze, dobrze, poducz go, fajne zdjęcia się porobi i da ogłoszenie...) A guzik! Teraz to hucek nie jest na sprzedaż ;-)

Cholera, gdzie mój zdrowy rozsądek?? 3 końskie gęby na utrzymaniu... Żebym znowu nie zaczęła snuć przemysleń na temat sprzedaży Wielgachnego Fiśka-Figlarza...

 photo HPIM7224_zps06cd2c14.jpg

 photo HPIM7220_zpsf5fe1117.jpg

 photo HPIM7238_zpsb3e1fa13.jpg

 photo HPIM7250_zps60195148.jpg

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Predatory

...Fisiek reprymendy za ogrodzenie nie dostał, bo po primo drągi na oko tkwią na swoich miejscach, czyli na słupkach nośnych a po secudno Oblubieniec przyznał, że mutant upatrzył sobie jeden drąg i go z upodobaniem ze słupka zdejmował :-) Ja jednakowoż nie zauważyłam, by Fisiek przejawiał jakiekolwiek zainteresowanie ogrodzeniem. Ale może to rozrywka na dni powszednie... Zobaczymy, co będzie w tym tygodniu...

W sobotę okazało się, że to, co Zbyn opowiada o psich wyczynach, to tylko wierzchołek góry lodowej... Chodzi o psie wyczyny w końskim aspekcie, oczywiście. Psy i konie uznają się wzajemnie za potwory. To tak generalnie. Oczywiście bywają odstępstwa od tego aksjomatu, jak chociażby wczoraj wieczorem: wspólny wypas w boksie tandemu Siwka & Gliśka. Siwka wypasała się na sianie a Gliśka na... siwych odchodach. Wypas był bezkolizyjny, panie na siebie zerknęły ze 2 razy, Siwe mruknęło z akceptacją i Glizda w boksie spokojnie żerowała (w okolicach siwego zadu, nota bene). Gdy Siwe nie życzy sobie bliższych kontaktów z psią (nie lubi np. całusków zimnym nosem w ganasz, gdy pije z wiaderka) robi głową węża i psia już wie, że lepiej zaprzestać ;-)

W sobotę zapałałam kole południa chęcią poganiania się z koniami. Zaczynamy wariować, Siwe już kłusuje z ogonem na modłę arabską, Fisiek pokwikuje radośnie wywijając głową a tu nagle ze stodoły, przez uchylone padokowe wrota zastawione tyłem od furmanki (takie niby-zasieki na psy), wypadają po kolei kanarki. Za chwilę dołącza Glizdka, jako że koślawa nie-skoczna, przylatuje na około przez podwórko... I dawaj całą gromadą pomagać, czyli ścigać stado! Konie błyskawicznie oceniły, kto tu jest bardziej predatorowaty (oczywiście na tle psów wypadłam bladawo z kawałkiem gałęzi kasztanowca w dłoni... a gdzie kły? a gdzie pazury...?) i dawaj wiać gęsiego na sąsiedni padok! Psy zastosowały manewr okalający a Bobuś, mój malutki Bobuś (a de facto żaden tam Bobuś, tylko Quentin Avangarda, Samiec-Przywódca) wykonał w trakcie pościgu skok na Fiśkowy zad (Panowie mają na pieńku i od dawna toczą boje, kto kogo). Skok na modłę lwa, z paszczą rozdziawioną w kierunku Fisiowej słabizny. Fiś jakoś szczególnie się nie przejął. Odskoczył błyskawicznie, adekwatnym półdupkiem zwieńczonym kopytem w Bobusia wierzgnął i zwiał. Z boku jednakowoż przyatakowały go Fućka-Matka i Monka-Córka a z tyłu za pęcinę próbowała skubnąć Glizda. Fisiek się zeźlił, wykonał efektowny roll-back i przeszedł do kontrataku. Suki rozpierzchły się błyskawicznie na wszystkie strony, przekierowały swoją uwagę i ruszyły na małego hucka. Ten jednak, znany już wszystkim naszym zwierzakom, gawłowski zabijaka, tylko głowę w locie w kierunku suk obniżył i zrobił tak ohydną minę, że suki wymiękły i momentalnie odstąpiły od pościgu.
W międzyczasie Siwka tak się rozbuchała, że zaczęła walić zadem w locie, niby się opędzając od atakujących, choć nikt jej nie ścigał. Wszyscy wiedzą, że wariatka ;-) W pewnym momencie zaczęła ćwiczyć pół-piruety, roll-backi, sliding stopy i czynić przymiarki do odskoku celem przeskoczenia na dużą łąkę. Istne pomieszanie stylów i dyscyplin jeździeckich. Obserwując jej wyczyny naprawdę trudno zdecydować, do jakich dyscyplin to stworzenie ma większe predyspozycje... Bo we wszystkim, co wyczynia jest naprawdę dobra...
Postanowiłam sprawdzić, jak stan rozbuchania wpływa na siwe posłuszeństwo i zagwizdałam. Siwe natychmiast skierowało na mnie wzrok i przygnało do mnie biegiem. Za co oczywiście zainkasowała ciasteczko. Ze 2 razy głośno wypuściła nosem powietrze, obserwowała okolicę pusząc się i nadymając, cały czas gotowa do odlotu.
Uznałam, że psy dostatecznie się już wykazały i wygnałam je z padoku na podwórko. Kombinowały, jak mogły, żeby zostać, byłam jednak nieugięta... Trochę mnie to nieugięcie kosztowało wysiłku, bo psy nieodmiennie uważają mnie za osobnika numer 2* w hierarchii naszego domowego ludzko-psiego stada i za każdym razem rozważają w duchu: posłuchać jej, czy nie posłuchać? oto jest pytanie...

*Numer Jeden to oczywiście Oblubieniec, na użytek psów zwany Panusiem (wystarczy, że powiem Panuś jedzie a psy już ujadają ze szczęścia jak byle kundle ;-)

Cwane konie, gdy tylko zoczyły, że wyganiam psy, momentalnie ustawiły się gęsiego, gotowe do powrotu na swój ulubiony pierwszy padok, czyli na zastodole. A gdy za psami zamknęła się furtka, Fisiek przygnał do mnie galopem... Ale jesteś odważna... 4 psy naraz pogonić, hohoho... po czym przeszedł do meritum: Daj ciasteczko...! widziałem, że masz... o, w tej kieszonce... ;-)

W stajni dokonaliśmy małej rewolucji i zrobiliśmy z biegalni 2 boksy; tak oto kolesie Niko i hucek zostali rozdzieleni. Teraz, gdy Panowie chcą sobie odebrać żarcie albo nie dopuścić się do wiaderka z wodą, mogą się co najwyżej cmoknąć przez deski ;-) Hucek wygląda na bardzo niezadowolonego, że nie ma się z kim wieczorem nawalać i w ramach rozładowania frustracji użarł (niegroźnie, raczej skubnął) Gliśkę, która akuratnie przechodziła nieopodal...
Hucek
w ogóle jest niezłe zioło; lider to ja dla niego nie jestem, o co to, to nie... Bawić się? chętnie, chętnie (jest ciasteczko...?)... Ale żeby wzrokiem za mną wodzić z szacunkiem jak Siwka albo i Fisiek... (który udaje twardziela, ale w rzeczywistości jest grzeczny i wie, że lepiej dla niego, gdy nie nastręcza porażek pedagogicznych ... ;-) ...to mowy nie ma...
A jeszcze jak zobaczyłam, jakie cudne minki robi ten hucek jeden do Oblubieńca... Normalnie wygląda wtedy jak Nermal, śliczny kotek...
(jak kto nie wie, jak wygląda śliczny kotek, niech spoglądnie na mojego fotobloga. Albo poogląda przygody Garfielda... tam Nermal od czasu do czasu uroczo trzepie rzęskami)

Ach, zapomniałam o sztandarowym wyczynie Siwki podczas wariacji z psami: skoku przez nasz mega-podest z wielgachnych opon traktorowych... faza lotu wynosiła z 5 m. Skoczyła sobie z wdziękiem na chybił-trafił, bez szczególnego przygotowywania się, bez przyglądania się, przez co skacze i w jakim miejscu... I wypadł jej skok w najszerszym miejscu podestu, czyli przez 2 opony... I żeby jeszcze się potknęła, przeraziła swego czynu będąc już w powietrzu... Nic. Wylądowała elegancko w głębokim kopnym śniegu i zadowolona pogalopowała dalej... Taka jest, Siwa Bestia :-)

piątek, 22 stycznia 2010

Szaman Niszczyciel

Oblubieniec donosi, że Ten Mój Koń (oczywiście nie muszę nawet pytać, o kogo chodzi ;-) rozwala ogrodzenia... Czyli wymyki z padoku pod bramką to było dopiero preludium do większych Fisiowych występów... Bo połamać na mrozie słupki plastikowe z taśmą prądową to żaden wyczyn, ale rozmontowywać drzewniane drągi z prądem na drucie...
Zdaje się, że będę musiała przeprowadzić z Fiśkiem w weekend poważną rozmowę... No bo pod 230 V go nie wsadzę (chociaż, jak będzie sie upierał i nie wykaże należytej skruchy... ;-)

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Ciasteczkowa reaktywacja

Dziś spóźniłam się do pracy 2 godziny. O, nie ma to jak dojazdy do Wawy ze wsi... Cały weekend tak koszmarnie wiało, że nasza droga znów we fragmentach pokryta jest nieprzejezdnymi zaspami... Oblubieniec wczoraj wieczorem porzucił samochód u sąsiada (gwoli ścisłości: sąsiad mieszka około 1 km. od nas) i przydylał po ciemku przez śniegi na piechotę. Wywołał małą psią awanturę, bo psom nijak nie mogło się w głowach pomieścić, że ta chybotliwa wędrująca latarka to ich Ukochany Panuś. Panuś zajeżdża przecież, jak Półtora Pana, zawsze autem... I ruszyły z rykiem do ataku...

Z końmi w końcu coś się ruszyło. Znaczy w kwestii mojej końskiej aktywności się ruszyło... Sprowokował mnie Fisiek. W sobotę od samego rana był NIEZNOŚNY (nie bez powodu taka edycja: DRUKOWANYMI; samo pogrubienie to za mało). W boksie się tłukł, żeby szybciej, szybciej (zostawiłam go sobie na koniec, wszyscy już wyszli...), więc złośliwie przetrzymałam go chwilę dłużej, niż zwykle... Gulgotał pod nosem, ale w końcu grzecznie się wycofał od drzwi boksu i opuścił głowę, mimo, że przez chwilę udawał, że będzie się wspinał. Gdy pokazałam mu ręką, że może dołączyć do stada, wypruł wściekle z miejsca (o mało nie glebnął pod stajnią, bo w drodze na padok wymagany jest zwrot o 90 stopni) i pognał za kolesiami. Polazłam zamykać bramki, postać, popatrzeć, jakieś fotki cyknąć, bo rano zawsze jest trochę fikania-kwikania i przepychanek. A tu nic. Towarzystwo gapi się i czeka, stercząc przy padokowych wrotach do stodoły, kiedy zacznę tamtędy siano podawać...
Poszłam sprawdzić poidło (kastrę), czy trzeba lód wywalić a tu nagle Fisiek odłącza się od sterczących pod stodołą i maszeruje żwawo w kierunku wyjścia z padoku. Zoczył na ścieżce pojedyncze sianka... I dawaj nura pod bramką (góra taśma pastuchowa, po środku sprężyna); gadzina pokapował się, że nie słychać pykania, znaczy prąd niepodłączony... Ja za nim z okrzykiem Ej, gdzie??? a ten zagęścił ruchy, kłusikiem na podwórko i azymut na stodołę. Po drodze zakręt w lewo, bramka zamknięta wiszącym łańcuchem (elegancka stylizacja przez Oblubieńca - stary łańcuch od psiej budy odmalowany i postarzony specjalną farbą). Fisiu w locie łańcuch złapał w paszczę, zdjął z haczyka, odrzucił na bok i oto już tylko 5 m. metrów dzieli go od stodoły... A tam 6 dużych kostek siana (ostatnie na-padokowe zapasy)... Nie zdążyłam dopaść gada, zanurkował do stodoły. Wrzasnęłam, zaraz wyleciał, zobaczył, że gotuję się najeżona do ataku i skruszony, lekko pękając (głowa opuszczona, jęzorem mieli, chód niepewny) podszedł. Z powrotem zapakowałam go na padok. Jeszcze nie doszłam do stajni (10 m.?) a ten znowu myk dołem. I ponownie: łańcuch w gębę, z haczyka, na ziemię... I tak cztery razy. Cztery razy!!! Zeźliłam się, zamknęłam dodatkowo padok drągiem. Odchodzę. Jeszcze nie doszłam do... (tak, do stajni... około 10 m.), słyszę trzask i łomot: Fisiek taranem, drąg złamany a ten dołem... Aaaa, skapitulowałam. Wyniosłam kostkę siana, rozrzuciłam. U Fiśka mina triumfująca: patrzecie, jak potrafię ją załatwić...!!! Oczywiście kolejnego wyłamu z padoku nie było... ;-)))

W niedzielę przybyła Ala. Zawieja, śnieg mimo, że nie pada, to sypie się z dachu stodoły, zawiewa z pola... Ala twardo wali na padok, pozabawiać się z Nikiem. Noga Nika już ok, opuchlizna zeszła, kolega zachowuje się energicznie, przegania Fiśka, wymienia brzydkie miny z huckiem, pobrykuje...
Chciał nie chciał wytargałam z szafy carrota i poszłam za Alą. W sumie odgrażałam się od kilku weekendów, że koniom pokażę (zwłaszcza huckowi), ale zawsze tak jakoś zeszło na pracach obowiązkowych i na pokazywanie nie starczało czasu...
Przy okazji wydobywania z szafy carrota, dokopałam się do dwóch słoików z żelaznymi zapasami kończących się ziołowych końskich ciasteczek... Wypchałam kieszonkę i hajda na padok. Najpierw sprawdziłam, czy najfajniejszy z moich koni przyjdzie z połowy padoku na przywołujące kiwania paluszkiem i szept Siwka, chodź... Przyszła. Równocześnie z nią jednakowoż wystartował z odległej części padoku... hucek i maszerował szybciutko niemalże caplując... Jaką toto ma pamięć... Z nim też bawialiśmy się w chodź i wołanie paluszkiem, ale nie za często i dawno temu... Oczywiście ciasteczko dostał do pyszczka i ani myślał się odczepić...! Siwe sobie poszło a jej miejsce zaraz zajął Fisiek (ooooo, co tam rozdaje ??). Ustawił się grzecznie obok hucka (żadnych przepychanek, dziw...!), więc pomyślałam, że może by tak spróbować Panami synchronicznie posterować...? O, jak fajnie było! Najpierw oba, jak w zaprzęgu, szły do przodu i cofały na komendę (ze strefy 1 wydawałam rozkazy, żeby było im łatwiej załapać...) Potem prosiłam, by jeden stał w miejscu a drugi cofał. Potem zmiana. Grzeczni byli jak diabli, obaj. Tylko uporczywie wpatrywali się w kieszonkę. Czy sięgam... I do kogo kieruję dłoń z wiadomą zawartością. Interesowne te lewopółkulowce, że hej ;-)

Po przerwie (godzina przy piecu) druga porcja zabaw. Z każdym po kolei, na okrągłym wybiegu. Sesyjki 5-minutówki, na wolności...
Najpierw Fisiek. Aaa, jak ładnie kłusował, na słowo GALOP i wskazanie kierunku zagalopowywał, na WHOA i blok carrotem stawał. A na BACK cofał, na NAPRZÓD ruszał. Za każdym razem, przy zmianie polecenia, odwracał głowę, patrzył na mnie, żeby się upewnić, czy o to chodzi a potem znów spoglądał w kierunku ruchu, dopóki nie zachciało mi się, by zrobił coś innego... Wtedy znów spoglądał, upewniał się, że tak, o to mi chodziło...
Jaki on cudny :-))) Nic tylko wsiadać. Tylko po co, kiedy na ziemi nam tak fajnie :-)))))

Siwka
na początku zjeżyła się ciut na widok zbudowanego wcześniej przez Alę obiektu: niebieskich zaśnieżonych beczek i położonych na nich żółtych podstawkach pod kawaletki... Parę razy czmyhnęła koło nich nieufnie, ale gdy podeszłam i pogłaskałam beczkę Siwe natychmiast podeszło a, to moje moje beczułki! i zaczęło obgryzać korek :-) A potem zaparkowało w wąskim przesmyczku, w głębokim śniegu pomiędzy beczkami... Poprosiłam o parę kółek galopu (Siwka nie zasuwaj tak, bo sie wywalisz) i gdy tylko Siwe ustabilizowało chód i zwolniło galop, skończyłyśmy :-)

Na koniec przyszła pora na hucka. Bez przekonania, bo przewidywałam spektakularną ucieczkę połączoną ze zrywaniem zamykającego sznura (było, było... Nawet to, że był na linie go nie powstrzymało... Linę mi wyrwał, zamknięcie staranował i zwiał...) Teraz poszliśmy na okrąglak na stringu. Trochę się hucek zdziwił, że chcę go gdzieś na carrocie prowadzić, ale po chwili wahania grzecznie podążył. Dałam ciasteczko i wysłałam na koło wskazując ręką kierunek. Pokłusował ładnie po obwodzie. Minął bramkę nawet nie zerkając w jej stronę (dziw!!!). Spróbowałam zatrzymania na obwodzie przez blok przodu carrotem i WHOA. Przyspieszył, ale zaraz na mnie zerknął i stanął przy beczkach. Przywołałam (chodź paluszkiem) i dałam ciasteczko. Od tej pory hucek za każdym razem proponował stop przy beczkach :-) I chód boczny koło beczek. I usiłowanie postawienia nogi na beczce :-)
Wystarczyło tylko reaktywować ciasteczka, by wykrzesać z hucka chęć współpracy...
No i wyszłam przed Alą na kłamczuchę, że gadam na hucka, że łajza i niegrzeczny ;-)

Stajnia powolutku się buduje, lada moment będziemy kłaść dach a potem już tylko deski fantazyjne przybijać (obladry) i kosmetyka (wrota, boksy, drzwiczki etc)...
O, z tym pewnie będzie trochę bujania się... No i na razie nie możemy zrobić dołu ścian z kamieni polnych, bo mróz trzyma... Tak oto stajnia, która miała stanąc w październiku, stanie pewnie finalnie na wiosnę...

A wczoraj odebrałam 2 opakowania końskich ciasteczek (4 kg!) Już widzę ten koński entuzjazm w wykonywaniu poleceń ;-) I oddolną inicjatywę końską też widzę, oczyma duszy :-))
Chyba trzeba będzie wrócić do nauki różnych sztucek, skoro mamy tyle motywatorów ;-)