"Pracuj nad sobą a z koniem się baw" Pat Parelli

poniedziałek, 27 października 2008

Prawie jak Aleksander Macedoński...

W piątek był incydent. Siwe się popisało z wieczora. Od południa nie było prądu, ktoś tam hen za lasem wycinał drzewa, drzewo na druty, druty się urwali…
Poszłam z latarką konie karmić. Siwe oczy zrobiło białe, wgapiało się w snop światła… Szaman – stoicki spokój (oho, żarcie nadchodzi!). Weszłam do Siwej wody dolać do wiaderka, latarkę zostawiłam na stołeczku na korytarzu… Razem ze mną do boksu wszedł mój CIEŃ. Tego było dla Siwki zdecydowanie za wiele… Już jej własny cień był podejrzany, ale wystarczyło zamrzeć w bezruchu i cień też nieruchomiał… A mój nie dość, że pełzł po ścianie, to jeszcze targał ze sobą wiadro… Siwe usiadło w drzwiach boksu walcząc ze strachem przed cieniem (właściwie już dwoma cieniami, bo i jej cień się nagle ożywił) a strachem przed snopem światła… W ułamku sekundy zebrało się w sobie, zatupało panicznie w miejscu i wypruło w światło. Stołek wywalony, latarka poleciała prawie do Szamana, Siwe dumne z siebie na podwórku w egipskich ciemnościach… Pozbierałam po-siwkowe klamoty (stołeczek cały, latarka świeci), wycofałam się do stajennej części gospodarczej, a Siwka hyc i już jest z powrotem w swoim boksie! Sama się prosiła o friendly z cieniem. Ależ się przyglądała ścianie! Na wszelki wypadek zaczęłam stojąc na korytarzu, żeby w razie odskoku Dzikiej od ocienionej ściany nie znaleźć się w polu rażenia siwego ciałka… Poszło szybko. Cień pozostał wprawdzie lekko podejrzany (Siwka przypatrywała się z czujną uwagą mojemu wolno poruszającemu się odbiciu), ale latarka została gruntownie przebadana organoleptycznie (snop światła na początku był postrzegany jako ciało stałe i były próby powąchania go oraz odskakiwania :-)

sobota/niedziela
Rano Szaman zaczął grymasić przy śniadaniu. Zamiast wywracania oczami z zachwytu (jak dotychczas) machanie głową, rozsypywanie granulatu dookoła, w końcu zwalenie wiaderka na ziemię i badanie rozsypanej zawartości. Spojrzenie-wyrzut a to co ma niby być? Zaniepokoiłam się: chory? może zęby? wiaderko brudne? brzucho boli? Dałam garść samego owsa: pożarł błyskawicznie. Garść granulatu a fuj!
Nowa pasza – totalne badziewie. Twarda jakaś, zapach aromatyczno-jabłkowo-podobny... mnie osobiście też się nie spodobał… O dziwo, spodobał się Zawsze Grymaśnej Siwej a psy wprost zachwycił! Bobuś o mało do beczki nie wlezie z pożądania!
Na padok za stodołą wyszliśmy z Szamanem-Fisiem na kantarku. Tak eksperymentalnie. Żeby zobaczyć, jak to się zachowuje Pan Koń z rana… W pensjonacie było wylatywanie wszystkich koni na hura! i biegiem na padok. A tu pełna kultura: nózia za nózią, leniwie… Za stodoła czasem zaczyna się start galopem, czasem kłusem… Ale wychodzi się bez bicia piany (zazwyczaj, bo czasem kogoś poniesie...)
Szaman dodatkowo (nie wiadomo kiedy) nabawił się positive reflex: obniża głowę, sam wkłada nos w halterek, skubnie samą wargą leciutko (przepraszam, zagalopowałem się…) albo i nie skubnie wcale…

…w ramach sprawdzania stanu zapasu siana na zimę wytargałam ze stodoły wielgachną plandekę niebieską szeleszczącą 5 x 8 m. – potężną. Wcześniej dałam koniom kostkę siana na padok. Czynnie pomagał mi Szaman: wypychałam siano przez wąsko przymknięte wrota, kiepsko szło, ale Szaman od strony padoku ciągnął zębami, więc jakoś się wspólnie uporaliśmy :-)
Plandekę wyciągnęłam, konie jedzą, Siwe ani głowy nie podniesie (a po historii z cieniami myślałam, że zapowiada się zwariowany weekend… zawiodłam się na Siwej... ;-) Szaman natychmiast zostawił siano i w te pędy na wizytację. Od razu wparadował na plandekę, grzebnął kopytem, złapał zębami… i został przegnany precz z plandeki. Jeszcze mi w niej tylko dziura potrzebna!
Spojrzałam na Siwą, zrobiłam w jej stronę DWA KROKI… Siwe niemalże westchnęło no dobra, idę… przyszła i położyła 2 razy nos na plandece (bez ciasteczka)… Wystarczy? i wróciła z powrotem do siana… Plandekę przeciągnęłam i zamknęłam na okrągłym wybiegu, bo licho (Szaman) nie śpi... Materac wiecznie skopany i przesunięty, więc i plandece nie podaruje...

…przymiarka derki była potem. Szaman oczywiście wymaga nowego odzienia (a kiedyś 125 cm. wisiało na nim jak na kiju) – 145, jak nie 155 cm. muszę Spaślakowi na zimę zakupić - na wszelki wypadek – nasza stajnia zimna :-(
Na Siwkę 125 cm jak ulał, choć ona niekoniecznie życzy sobie nosić kubraczki (dziwaczka… a tak jej ładnie w bordo… ;-) Pofriendlowałyśmy, derka przymierzona… Siwe doskonale zna schemat approach & retreat, śmiesznie to wręcz wygląda; to jej spinanie się, postawa alarmowa vs. wypuszczanie powietrza, przełykanie, opuszczanie głowy… modelowe. Mogę robić pokazy z prawej półkuli…Siwe nie ucieka, ale też wyraźnie pokazuje, gdzie jest granica jej wytrzymałości psychicznej… A czasem, gdy jest tylko lekko zaniepokojona, podchodzi blisko i wciska mi głowę w brzuch, pod pachę albo, jak ostatnio, mocno opiera na moim ramieniu i wciska mi pyszczek w szyję… tak trochę nachalnie… to ja się tu schowam… za każdym razem mnie to rozczula…
Z derką oswajałyśmy się on liberty (ja z lenistwa robię zazwyczaj friendly na wolności… nie chce mi się chodzić do stajni po linę)… Zaleta taka, że uczę się nie przesadzać z presją... Bo Siwe po prostu zwieje...

...druga sesja z derką miała być po kilku godzinach, ale się nie odbyła, bo Szaman zafisiował i zaproponował ganianki, pobawiliśmy się więc w końskiego dziada...
Koński dziad to zabawa wymyślona kiedyś przeze mnie na okoliczność któregoś tam z naszych nieznośnych kotów… To akurat była zabawa pt. koci dziad, czyli niby-straszenie kota, gdy wyczyniał rzeczy niepożądane, np. właził na stół albo wspinał się po firankach… Jakaś psychiczna albo i fizyczna niewygoda (np. pac gazetą, rzucenie znienacka czymś nieszkodliwym …). Koński dziad to wersja zmodyfikowana – w zasadzie finalnie sprowadza się do friendly…
Otóż idę z derką najpierw do Szamana, ten niby czeka, ale gdy jestem jakieś 2 m. od niego, nagle robi zwrot, kwik, wierzg i dzida! Zatacza koło galopem i staje patrząc wyczekująco. Dobra, rozumiem. Mają być ganianki. Rozwijam derkę, zaczynam nią wymachiwać. Niby taka straszna rzecz. Szaman UDAJE przerażonego (autentycznie widać, że udaje!), zrywa się galopem, Siwe oczywiście za nim, ogony po arabsku powiewają (u Siwki trochę prawa półkula, ale bardziej ekscytacja). Pognały na ostatni padok, zawróciły i wściekłym galopem z powrotem do mnie. Zataczają łuk i stają na wprost. Wystarczyło, że cmoknęłam i znowu start galopem z miejsca, wściekle. Błoto fruwa na wszystkie strony. Po drodze, wierzgi, potrząsanie głowami, wężowanie (i że to niby przerażenie ma być? prawa półkula? Kłamce Jedne…) W końcu się zasapały, Szaman głowę opuścił, Siwka podbiegła do mnie, stanęła, oklapła. Czyli basta…

...na sesję z ogromną plandeką zaprosiłam na okrągły wybieg Siwkę. Musiałyśmy się na nim zamknąć, bo Szaman kategorycznie żądał, że on też wejdzie... Cały czas krążył dookoła (wydeptał dookoła round-penu ścieżkę, akuratnie na follow the rail or trail się nada...), podgryzał drągi... Musiałam go przegnać ze 2 razy; nie zrezygnował, ale kombinował sprytnie poza zasięgiem stringa ;-)
Plandeka na Siwej większego wrażenia nie zrobiła (dziwy, panie...). Ot, kolejne moje widzi-mi-się. Szeleści. Trudno, widać musi… Schemat Siwka zna: podejść - powąchać - pacnąć. Wystarczyło, że wskazałam palcem… Siwe od razu podeszło, położyło nos, za chwilę postawiło nogę. Poprosiłam o cofnięcie. Cofnęła. Poprosiłam o ruch do przodu. Poszła, weszła, stanęła… BEZ WAHANIA.
- 1, 2, 3, 4 kopyta na plandece - na prośbę
- pacanie nogą (z rozmysłem – bo szeleści, bo marszczy się… rozwaga, żadnej ucieczki, żadnego odskoku)
- głowa w dole, niuchanie, skubnięcie (ha! na sianie leżała kilka miesięcy)- jojo przez plandekę (czasem zerknięcie do tyłu przy cofaniu, gdy noga szurnie zbyt głośno…) – przez całą długość (8 m.), bez liny…
- squeeze przez plandekę
- friendly – uderzanie stringiem w plandekę ze stojącą po środku Siwką (ludzie, nie wierzę! comfort zone!)Obok plandeki mamy przeszkódkę z 3 opon i 2 drągów. Nieużywaną. Po prostu jest. Szaman czasem ją rozbuduje. Opony poprzesuwa. I tyle.
No to co Siwe, poskaczemy? Eee, pacnę może…? Przy przeciskaniu nad było trochę ekscytacji, trochę potykania się, trochę omijania przeszkody…
Zauważyłam, że Siwe bardzo lubi zabawy close contact, gdy stoję blisko, dotykam… Zdecydowanie ekscytuje się i robi się niepewna, gdy ją od siebie odsyłam… Jedynie jojo jest dla niej do przyjęcia – tutaj odesłanie nie jest dla niej większym problemem…

Gdy tylko Siwa opuściła wybieg, zapakował się do środka Szaman. A jakże, dawaj na środek plandeki. I pacać! I skubać zębem! I ciasteczko dasz??!! Dałam i wygnałam z wybiegu. Ten zaraz coś wymyśli ekstremalnego...

…ładuję na taczkę słomę do ścielenia ze stodoły. Szaman asystuje. Pójdziesz! Odejdzie, ale zaraz wraca. W końcu nie mogłam nawet podejść do słomy, bo cielsko blokowało dostęp. No dobra, sam tego chciałeś: wzięłam kosmaty ogon, delikatnie pociągnęłam w tył i wydałam komendę BACK-BACK-BACK. Cofnął. Gdy tylko puściłam, z powrotem powędrował pod stodołę. Przypadek. Biorę ogon drugi raz. Cofnął. Trzeci raz – to samo. Przeszłam na drugą stronę zadu (na prawo) – nie cofa: aj, aj, oddawaj ogon… I uciekanie zadkiem. No to mamy schemat – za dużo rzeczy robię przy koniach z lewej strony. Wyraźnie widać Szamanowy brak pewności siebie za zadkiem po prawej stronie. Trzeba popracować nad symetrią… (Siwe też mnie częściej blokuje na lewo, bo spodziewa się, że tam właśnie pójdę)…

Z Siwką zaczęłyśmy w końcu 2 nowe symulacje: odrobaczanie i zastrzyki. Wstyd przyznać; zabierałam się do tego od x-czasu... W Siwe na widok białej tubo-strzykawki latało po ścianach... 2 sesje wieczorne przeprowadziłyśmy. W sobotę i w niedzielę. Na sucho, czyli bez papki żadnej smakowitej. Na weekend zamierzam przygotować i zastosować tarte marchwio-jabłko.
Pierwsza sesja rozpoczęła się Siwkowym sprzeciwem. Aaaa!!! nie podchodź!!! zabieraj!!! nie dotykaj!!! Próby uciekania po boksie. Zastosowałam schemat głowa do mnie i w dół = strzykawka sobie idzie a pojawia się ciasteczko. O, to się Siwce zdecydowanie spodobało :-)
Mogłam wkładać tubkę bokiem do pyszczka, masować język…
Kłucie na razie też tubo-strzykawką, w weekend zacznę z wykałaczką. Na początku były podrygiwania przy każdym dziubnięciu, za każdym razem głowa szybowała w górę, szyja momentalnie robiła się twarda… Ale i ten problem wstępnie rozwiązałyśmy (do mnie, w dół, ciacho)
Dziwna ta Siwa… Jej koniobowość nie powinna się ciachami motywować. A motywuje… A może ona jest krypto-LB-intro?

P.S. Szamanowi nieopatrznie strzykawkę z bliska pokazałam... Nawet nie raczył powąchać, od razu do pyska i zębiskami... Ledwo mu odebrałam... O mało jej na pół nie przygryzł . I czym byśmy się z Siwką w weekend symulowały??


Photobucket
...a to jest Szaman w halterku warmblood size... taki jakiś ciut przyciasny mi się wydaje, ten kantarek, ledwo dało się zawiązać... a może to ta kupa zaczynającego się zimowego mamuciego futra?
A dziurę w plandece i tak Szaman wygryzł... W niedzielę po południu. Wszedł sobie na chwilę razem z Siwką na okrągły wybieg niby-popatrzeć, co robię... Za późno się zreflektowałam... A ta grzeczna mina powinna mnie była zaniepokoić...

środa, 22 października 2008

Kurs naturalnego werkowania

...tak, wybieramy się. Tzn. Oblubieniec Z. się wybiera, kategorycznie zażądał. On koni dogląda na co dzień - on jedzie. Taki kurs to dla nas konieczność, 2 miesiące czekamy na markowego kowala i doczekać się nie możemy... Ja się w sumie takiemu markowemu kowalowi nie dziwię - jechać kawał do 5 koni... (my - 2, Koleżanka z Gołębi - 3). Ale jak nie, to nie. Sami będziemy się skrobać :-) Zwłaszcza, że markowy kowal powiedział, że trzeba nas kuć. A ja do kucia zdecydowanie nie jestem przekonana ...

Photobucket
Naturalne kopyta dzikiego konia (fot. za Jaime Jackson)

poniedziałek, 20 października 2008

Jesień, jesień...

Ech, pogoda coraz bardziej jesienna... Brzydko-jesienna, podstępna. Niby słońce świeci, rano człowiek rześko wstaje, plany ma ambitne a tu wieje jak diabli, słońce znika, deszcz zaczyna siąpić i najchętniej siedziałoby się przy piecu...

Zabaw końskich w ten weekend nie było, małe incydenty tylko i spostrzeżenia. Główne, najgłówniejsze i najważniejsze spostrzeżenie to ugruntowująca się lewopółkulowość Siwki! Trwa to już od kilku weekendów (obserwacja moja), czyli od kilku tygodni (obserwacja Oblubieńca Z., doglądacza koni na co dzień). Siwe zdecydowanie spokojniejsze się zrobiło, zrównoważone, odważniejsze. Oraz dominujące Szamana!
Oczywiście Siwe nadal jest energiczne, high spirit, gdy coś ją zaciekawi i musi sprawdzić, co to, nie idzie, ale biegnie, żeby szybko, szybko, już, natychmiast zobaczyć… Ja oczywiście wykorzystuję to chociażby przy przywołaniu koni z ostatniego padoku, gdy proszę, by przyszły pod stodołę (mamy 3 padoki „przelotowe”). Siwka zazwyczaj przylatuje do mnie kłusem a czasem też galopem. Oczywiście z uczepionym u ogona Szamanem, który by sobie nie darował, gdyby Siwe się załapało na jakiś kąsek (chlebek? jabłuszko? ciasteczko ziołowe?) a on nie…

W sobotę zamiast iść z końmi na koniczynę (co oznacza deptanie łąki przeznaczonej na siano), wzięłam się za wycinanie koniczyny i wrzucanie koniom na padok. Przygnały od razu galopem z drugiego końca zagrody. Jedzenia było sporo, pokaźna kupka... Odwróciłam się, wycinam dalej a za plecami słyszę tumult. Patrzę, konie w fazie odskakiwania w tył. Uznałam, że dostały prądem. Tnę dalej. Tumult. Znowu prąd? Aż takie głupie to one nie są (no dobra, Szaman potrafi 3 x sprawdzić nosem, czy aby na pewno ogrodzenie kopie...?) Przypatruję się przez chwilę, Siwka je jak gdyby nigdy nic, Szaman stoi sztywny z boczku, oczy trójkątne, mina zbitego psa. Po chwili podchodzi, przyłącza się do jedzenia. Ki diabeł?? Odwracam się, schylam do trawy, ale pokątnie zerkam na konie. I co widzę: Siwka kładzie uszy, wywala na wierzch zębiska, błyskawiczny zwrot i siwy zad celuje w Szamana! Ten robi natychmiastowy odskok i znowu te trójkątne oczy i żałosna mina...
Na własnym łonie wyhodowałam małą siwą alfę! I oszukanicę, i kłamczuchę! Ładny, malutki, grzeczny koniczek. A wystarczy toto z oka spuścić... A jednak moje podejrzenia co do Siwki zaczynają się potwierdzać... Mądrzejsza, jak ładniejsza...

Kolejny obrazek:
...zwijałam taśmę biało-czerwoną z okrągłego wybiegu (za szybko się rwie, wymieniłam na taśmę pastuchową), kawałek ma z 50 m., powiewa przez pół padoku. Szaman oczywiście asystuje, pomaga, łapie paszczą, zarzuca sobie taśmę na grzbiet, wkłada pod nią głowę, taśma plącze mu się na uszach... Podchodzi Siwe, gryzie Szamana w zad, Szaman się odsuwa a Siwe zajmuje jego miejsce. Taśma fruwa, muska siwe brzucho, przednie nogi, zadnie nogi, wlatuje na grzbiet, muska uszy. Szeleści (dźwięki są bardziej przerażające dla Siwki niż ruch) a ta stoi i nawet nie chrumknie... I żeby jasność była: proszę mnie tym nie dotykać było zazwyczaj do tej pory...

...a przy podawaniu kolacji: Szaman dostał pierwszy, zajada, oczami ze szczęścia wywraca, Siwe w swoim boksie zaczyna cudować: nogą grzebie, głową trzepie (folblucie geny), szyję wyciąga jak żyrafa... Wchodzę do boksu z wiaderkiem, czekam. Pierwszy raz nie podaję kolacji od razu. Ooo, no co jest? Dawaj! mina zniesmaczona, pac! nogą niby po naszemu, ale z natężeniem o wiele większym... Czekam... No nie, nie wytrzymam!!! i małe dęba na ściankę sąsiadującą z Szamanem i gryz! zębiskiem w deskę! ZERO agresji w moją stronę, ale jakoś się przecież trzeba rozładować... Takie to Siwe się zrobiło! Za chwilę zacznie może decydować, na który padok wychodzimy, którą szczotką się czeszemy, w co się bawimy... ???

poniedziałek, 13 października 2008

Fajny weekend :-)

Moje konie mają tak: w piątek obowiązkowo należy sprawdzić, czy lider nadal jest liderem. Bo skoro nie było mnie tych kilka dni, to może już nie rządzę…? I testują: Siwka się kręci przy wieczornym czyszczeniu, czasem pójdzie sobie w kącik, głową po-unika… Być może trochę jest w tym odzwyczajenia się… Bo Siwe jest bardzo wrażliwe, zważające na szczegóły, dbające o to, kto konia oporządza, nie mające zaufania do obcych, zwłaszcza tych, którzy od razu wyciągają rękę, żeby głaskać siwą głowę… Ale tu za bardzo prawopółkulowania nie widać, raczej cudaczenie takie…
A Szamanisko może i też zważa na szczegóły, ale bardziej te związane z kulinariami (żarcie jest…?? bo jak nie, to czego tu…??) On w ogóle jest niegrzeczny w piątki, nóg nie chce podawać, odwraca się demonstracyjnie i idzie w swój kąt do spania a na stanowcze traktowanie się obraża i stoi z niezadowoloną miną z lekko cofniętymi uszami… (stoję, bo muszę). Chyba, że czyścimy cielsko iglakiem. O, wtedy to jestem FAJNA…

W piątkowy wieczór załapałam się jedynie na podawanie kolacji i czyszczenie. W ramach czyszczenia stoczyłam małą potyczkę z lewą półkulą u Siwki z okazji wyskubywania rzepów z grzywki; z Szamanem z kolei stoczyłam wielką potyczkę na okoliczność podawania nóg…
…Siwka zgromadziła sobie w swej rachitycznej grzywce nad czółkiem (cały czas odrastamy po wiosennym strzyżeniu z okazji grzyba) kolekcję rzepów łopianowych. Za każdym pobytem staram się jej toto wyskubać, a ona na kolejny weekend znów serwuje mi czepliwe kulki… Za pierwszym razem wyczyniła malutką panikę na odgłos wyciąganego z grzywki rzepa (fakt, chrzęścił dziwacznie przy samym uchu…), potem było pod-dreptywanie a tym razem Siwka zrobiła jawnie niezadowoloną minę, uszki delikatnie cofnęła (nie, nie położyła, ale w sposób oczywisty demonstrowała sprzeciw) i zaczęła wyczyniać kombinacje, jakby tu mnie wymanewrować… Nurk głową w dół, szybko do góry, w prawo, w lewo… Lewopółkulowo i bez najmniejszej paniki… Zastosowałam słówko EJ! (dotychczas doskonale znane tylko Szamanowi) i przytrzymałam stanowczo głowę! … Siwka westchnęła i znieruchomiała z głową w dole… Wszystkie rzepki zostały zneutralizowane… Do tej operacji zastosowana została technika, jaką prezentuje Pan Parelli na płytce z cyklu Success Series (DVD 3, Safe Ride - bridling) – łokieć na grzywie…

Śniadanko:
Photobucket Photobucket

Po śniadaniu wypuściłam Siwkę, ale zapomniałam zawiesić sznureczka-zamykawki i wejście na podwórko stanęło otworem. Siwka oczywiście od razu, zamiast na padok za stodołę, myk i już stoi na podwórku koło betoniarki (czy wszystkie konie tak mają? moje ZAWSZE wypatrzą nowe otwarcie czegokolwiek i ZA KAŻDYM razem idą właśnie tam… a im bardziej zakazane, tym prędzej właśnie TAM polecą…). Ad hoc przetestowało się rozdzielenie koni: Szaman w boksie zaczął dreptać, ale niezbyt panicznie, bo miał jeszcze resztki siana do konsumpcji a poza tym widział Siwkę… Sytuacja szybko została opanowana, Siwe niby robiło uniki, ale linę na szyję dało sobie zarzucić i grzecznie poszło za stodołę…

Zabaw w ten weekend było co niemiara. Nie żaden tam okrągły wybieg i siodło, ale prawdziwe zabawy na naszym padoku-placyku. I były to zabawy spontaniczne (kilka sesji), bo nie szłam direct z klamotami-pomocami, tylko przy tak zwanej okazji…

...idę rano sprawdzić ogrodzenie, Siwka od razu podchodzi. Mam akurat ciasteczka w saszetce, Siwka oczywiście bardzo kontaktowa się robi (o, ciasteczka… moje ulubione…) i proponuje…
DWA RAZY Z RZĘDU sama podeszła do plandeki (ja nawet nie patrzyłam w stronę plandeki) i dotknęła ją nosem. Głowa do góry i patrzy na mnie. I znowu nos na plandekę… No i jak tu nie przyjąć takiego zaproszenia…? Zaproponowałam pacniesz? A Siwka pacnę! i buch nogą w plandekę-materac. Ciasteczko. A wejdziesz 1 nózią? No pewnie, wejdę od razu dwoma! A ciasteczko jest…? Jest…
Potem (kolejna mini-sesja) pierwszy raz próbowałyśmy cofać przez drąg leżący w bramce na drugi padok (yoyo style) – bardzo ładnie w przód i w tył na kiwanie paluszkiem, z drągiem pod kłodą, ale przekroczenie drąga tyłem było a-wykonalne. Kopytko puknęło, Siwka się obejrzała i do mnie z wyrzutem no co ty, nie da się… Odangażowała się, stanęła bokiem i zaproponowała chód boczny :-) No dobra, niech będzie…

Kolejne zabawiania się były niemalże wymuszane przez Siwą. Zabawy z plandeką i drewnianym podestem błyskawicznie zaawansowałyśmy (głowa w dole, pełne skupienie, wymyślanie – Siwka okazała się prawdziwym puzzle solver'em). Bawiłyśmy się w:
PODEST
1. pacanie w podest
2. wchodzenie na prośbę jedną, dwoma, trzema nogami (cztery się nie mieszczą, podest za mały)
3. przechodzenie i cofanie przez podest
PLANDEKA-MATERAC
1. wchodzenie na prośbę jedną, dwoma, trzema, czterema nogami
2. stanie nieruchomo z opuszczoną głową
3. odangażowanie zadu, zwroty na plandece (driving style)
4. cofanie przez i podchodzenie (yoyo style)
PLANDEKA a na niej PIEŃ DRZEWA
zabawy podobne do tych na samej plandece + dodatkowo:
1. pacanie w pień (Siwka na plandece, tylko przednimi nogami na plandece, tylko tylnymi nogami na plandece)
2. stawianie nogi na pniu
3. cofanie do pnia
4. chody boczne przez plandekę wzdłuż pnia
5. przekraczanie pnia jedną, dwoma, trzema, czterema nogami na prośbę
6. yoyo przez plandekę
Siwka dodała od siebie:
7. turlanie pnia ruchem wahadłowym w przód i w tył

A wszystko to bez kantarka i liny :-) Siwka była na tyle pewna siebie, że ani razu nie uciekła, mimo, że wcześniej plandeka stanowiła dla niej prawdziwe wyzwanie...

Przy okazji zabaw miałyśmy z Siwką sesję zdjęciową z dwoma fotografami i widownią :-)

Photobucket

Photobucket

Photobucket

Photobucket

Photobucket

Photobucket

Photobucket
Photobucket

 photo HPIM4653.jpg


PhotobucketPhotobucket

Oprócz zabaw na placyku próbowałyśmy też okrążania na wolności; Siwe wyjątkowo kleiste było i za każdym razem zatrzymywało mi się za plecami i cichutko podchodziło do mojego ramienia. Odsyłałam ją zza siebie, bez odwracania się, ale ona z uporem maniaka robiła 1/2 koła i myk mi do pleców :-)
Dałam spokój z okrążaniem i zaproponowałam całkiem nową zabawę - cutting. Nie byłam pewna, czy coś nam z tego w ogóle wyjdzie, bo Siwa zdaje się nie mieć do takich działań predyspozycji, ale okazało się, że jestem w błędzie :-) Siwe wyraźnie się ożywiło, na sugestie carrota skakało na boki, raz ją nawet poniosło i z figlarną miną skoczyła w moją stronę...!
Całkiem fajowa sprawa! Z Szamanem bym się na coś takiego nie odważyła, ale Siwe jest na tyle ogarnięte i nie-agresywne (przynajmniej w stosunku do mnie ;-), że zamierzam kontynuować zabawy w wycinkę...

Photobucket

Zabawę w cutting zaczęłyśmy od sprawdzenia, czy DG działa należycie...

Do tej zabawy niezbędny mi jest drugi carrot. Bo przerzucanie jednego z ręki do ręki jest dość kłopotliwe... Oczywiście da się, ale z dwoma byłoby o wiele poręczniej...

Fisio (nowa przezywka Szamana, od słówka fisiować) cały czas nam się plątał prawie-pod-nogami, załapał się więc od czasu do czasu na małe co-nie-co ćwiczeniowe no i oczywiście na ciasteczko, bo głównie o to chodziło...

Photobucket

Photobucket

Ale jak go prosiłam, żeby popacał nogą jak Siwka, to nie, on nie wie o co chodzi... A jak na chwilę odeszłam, to ten dawaj walić w plandekę tym swoim kopyciskiem...! O, taki jest! Zawsze po swojemu... Ale ciasteczka to by brał! I to najchętniej za nic.

Z Siwką zaczęłam jeszcze ostatnio jedną malutką nowość - jeż ze strefy 5. Do tej pory praktykowaliśmy jedynie jeża popychającego - proszę ruszyć (wykorzystywane głównie do wepchnięcia Szamana do jego boksu; Szaman, jak tylko zobaczy u siebie siano, od razu, jeszcze z korytarza, bierze się za konsumpcję, traci poczucie czasu i przestrzeni i zostaje dupskiem na korytarzu zagradzając Siwce wejście).
Nowa wersja 5-strefowego jeża: chcę przejść na drugą stronę zwierzaka a jestem za nim, w ramach don't move your feet, proszę o przestawianie zadu stojąc za koniem i naciskając na odpowiedni pół-dupek. Stosuję często podczas wieczornego czyszczenia :-)

wtorek, 7 października 2008

Weekendowe obrazki

Tym razem mój weekend trwał 3 dni, łącznie z poniedziałkiem (urlop na żądanie). Nie oznacza to, niestety, że miałam więcej czasu dla koni... Wręcz przeciwnie... Budowaliśmy wrota stajenne (w niedzielę skoro świt odnotowałam pierwszy szron poranny na przedmiotach podwórkowych) i bramkę-furtkę na padok nr 2, koło stodoły... Prace zwieńczone sukcesem, choć bramkę kończyliśmy po ciemku, przy latarce...

Poniżej garść newsów z weekendu:
- dzięki uprzejmości Ani Truskawkowej mamy piękny wózek na siodło (żegnaj taczko!)
- trening koński tylko jeden, w sobotę wieczorem - SZAMAN. Siodło klasyczne, nowy popręg profilowany z gumami, 145 cm. (ledwo dopięty za pierwszym podejściem). PAN niezadowolony, wierzgi, kwiki, strzał z zadu w stronę ogrodzenia (chybiony). Pod siodłem nieprzypięty rzepami potniczek, który w trakcie galopu stopniowo zjechał PANU na zadek, PAN się skulił, ogonek między nogi (jakbym Siwkę widziała) i w ten pędy do lidera (oj! co to? zabierz!). Od razu zrobił się bardziej współpracujący, jak przypękał ;-)
- w sobotę, z okazji podawania kolacji, Siwka tryknęła mnie głową (!), gdy za długo grzebałam się z otwieraniem jej boksu. LEWA PÓŁKULA u Siwki!!! NIE WIERZĘ!!!
- koński placyk zabaw za stodołą. Póki co, mizerny:

plandeka (stary gruby dmuchany materac, załatwiony przez myszę ),
Photobucket

pień drzewa "na leżąco"około 1-metrowy,
Photobucket

podest, czyli trapez z desek (tył od starej furmanki, odnaleziony przy okazji przeglądu zawartości komórki).
Photobucket

Szaman od razu upodobał sobie materac. Skopał, zagryzł, zgramolił, zrolował, ułożył sobie pod brzuchem Himalaje, a na zakończenie odgryzł korek. Oddał nie-bez-walki. Podstępnie wyhodował sobie kły (wampir!) i moja interwencja w jego pyszczydle na jeden z owych się natknęła... Obyło się bez krwi :-)
A Siwe zawładnęło podestem. Waliło nogą, naprzemiennie prawą i lewą, aż dudniło! Bez najmniejszej zachęty z mojej strony...

Siwe w ogóle było bardzo left brain:
- wytupało się na podeście (pomysł autorski)
- przyszło na moją prośbę na goło ("za bródkę") do materaca 3 razy i obwąchało go wnikliwie z minimalnym furkaniem
- podniosło carrota za stringa, pobujało i z lekceważeniem na obliczu odrzuciło na bok
- w niedzielę przy kolacji zaatakowało (!) przez deski Szamana, gdy ten nieopatrznie próbował sprawdzić przez szpary, co tam dziś szef kuchni poleca (jakby nie wiedział...)
- zrobiło się leniwe na okoliczność jeża (nie zawsze, Siwka jest BARDZO grzecznym koniem, ale zdarza się jej czasem eeeeee, na pewno muszę...?)

Powoli otwierają mi się oczy - Siwka ma na mnie opracowaną strategię...! Przytulić łepek, główkę opuścić niziutko do moich kolan - od razu się rozczulam i nie proszę o wygibasy tylko miziam... (i tutaj dodatkowo OBOP savvy clubowy - ona się tak czasem introwertycznie CHOWA!!!)
Tak na marginesie mam i powalający OBOP na temat Szamana... Za szybko, za szybko, za szybko...! To, że on ekspresowo przyjmuje nowości, powoduje u mnie przyspieszenie w działaniu... Niby widzę te jego trójkątne oczy, a jednak brnę dalej... A on niekoniecznie w pełni akceptuje to, co robię...
No i po co mi był ten Parelli... ;-) Po normalnemu już dawno śmigałabym na moich koniach po okolicy...
Tylko, czy konie przylatywałyby do mnie na gwizd galopem...? Śmiem wątpić...

poniedziałek, 29 września 2008

Babie lato...

Kolejny weekend za nami. Całkiem pozytywny :-)

W piątek zatargałam na wieś siodło. Komunikacją miejską. Najpierw musiałam to siodło przytargać do pracy, a do siodła klamoty rozmaite (osprzęt tzw.). Mimo, że westujemy zawzięcie, postanowiłam zapoznać zwierzaki ze sprzętem klasycznym. Właściwie było to zapoznanie wtórne, bo dawno, dawno temu miały już przyjemność nosić się na klasycznie, ale to się nie liczy, bo było w czasach przed PNH…
Doczekał się mój stary, dobry „Hubert” (Daw Mag) swoich 5 minut… O tyle stary, że kupiłam go ładnych parę lat temu, Pupili jeszcze wtedy nie było na świecie… A tak naprawdę nowiutki, elegancki, leciuteńki w porównaniu z moimi siodłami west (a i tak moje modele należą do tych najlżejszych…)
Re-introdukcja klasycyzmu nastąpiła wieczorem przy sianie; konie zrelaksowane w boksach… Szaman oczywiście nie zwrócił nawet uwagi, że coś mu się na plecach pojawiło (złoty koń, jeśli chodzi o akceptację nowości… ech, żeby Siwe tak miało…). Siodełko wyglądało na nim, jak miniaturka… Jakieś takie mało widoczne na Szamanowych plecach było… Generalnie początkowo wydawało mi się za wąskie, ale potem jakby się dopasowało do fałdek tłuszczu…
U Siwki w boksie spędziłam oczywiście z pół godziny. Przywykłam już do jej wygibasów… Cóż, ten typ tak ma… Ona zawsze wolała siodła west (klasycznych bardziej się obawiała), co jest dla mnie pewną zagadką, bo westowe mają przecież więcej dyndadeł-straszydeł a klasyczne właściwie nie mają czym przerażać…
...oczywiście approach & retreat (a raczej retreat & re-approach), Siwka chrumkająca, głowa w górze… Doszłyśmy do kilkukrotnego położenia gołego siodła na grzbiecie (Siwe spięte cały czas, w gotowości do ucieczki); w międzyczasie kilka razy odchodziłam z siodłem na korytarz albo odsuwałam się w kąt i odwracałam tyłem, co Siwka za każdym razem kwitowała przeciągłym westchnieniem ulgi/wypuszczeniem powietrza… Skończyłyśmy w miarę pozytywnie. Siwe nawet siodło liznęło i skrobnęło zębem, choć raczej na zasadzie wypracowanego schematu (wygląda mi to na skrobnięcie z obowiązku), niż rzeczywistego ciekawienia się przedmiotem…

W sobotę przewałęsałam się na roboczo po obejściu, zrobiłam porządki w stajennej szafie (z torby z końskimi ciasteczkami uciekła tłuściutka, uśmiechnięta mysz), wzięłam się za sadzenie drzewek owocowych wzdłuż padoków (konie kombinowały zza ogrodzenia, jakby tu do mnie podejść, ale na szczęście im się nie udało)
Późnym popołudniem urządziliśmy zabawy pod znakiem siodła klasycznego.
Pierwszy Szaman, oczywiście dał popis (a jakże! jak nie będzie popisów, znaczy biegiem wzywać weta!! znaczy, że chory…). Stał niby-grzecznie, niby-drzemał, a gdy położyłam mu siodło na grzbiecie zrobił 3 malutkie kroczki w skosem wprzód (ciągiem, Panie…?), po czym kwiknął i ruszył galopem przed siebie (a nie mówiłam, że muszę nad refleksem popracować…? a fala liną, gdzie…? ) Siodło oczywiście spadło. Szaman nawet okiem nie mrugnął, żadnego spłoszenia… zatoczył ½ kółeczka i podbiegł do mnie, ustawiając się przy leżącym na ziemi siodle… Gadzin Jeden. Osiodłaliśmy się ładnie, z kocykiem navajo westowym, bo czaprak-potnik dopiero następnym razem zabiorę na wieś. Popręgi wzięłam na wszelki wypadek 2, najdłuższe jakie miałam (130 i 140 cm.) Ten 140 ledwo się dopiął… na ostatnie dziurki po obu stronach. Trochę ruchu, 3-krotne dopinanie i wygospodarowało się jeszcze po 3 dziurki, taki nadęty był  :-)
Siodło klasyczne w ruchu się Panu nie spodobało. Popręg ciaśniejszy niż west, bez miękkiego futerka… Pan poruszał się ospale, nie-energicznie, chrumkał sobie pod nosem w galopie co foule… Ale był grzeczny, nie cudaczył…

...Siwce to się już w ogóle to siodło nie podobało tragicznie… Furkała, boczyła się… No dziki dzikus po prostu… Na początku nawet w strefie 2 nie mogłam z siodłem stanąć… Potem stopniowo położyłyśmy siodło na grzbiecie ileś tam razy (nie zliczę już, ile…), najpierw bez popręgu, potem z przypiętym popręgiem (o, brzęczące sprzączki to dopiero są straszliwe… o wiele gorsze od strasznej budy…)
W końcu zapięłam Siwej popręg, poprosiłam o kilka kroków cofania a Siwe było tak spięte, że ledwo mogła nogami poruszać… Po trzech kroczkach poprosiłam ją o podejście, wróciła bardzo ochoczo, próbując wleźć mi prawie na głowę (zabierz to ze mnie, zabierz!!!)… Zdjęłam siodło, położyłam na oponach i kontemplowałyśmy je wspólnie z 10 minut… Siwa je lizała, skubała zębem, ale gdy tylko brałam je do ręki, natychmiast się spinała… OK. take time it takes… W sumie czy nam się gdzieś spieszy?

W niedzielę był dzień popisywania się, bo odwiedziła nas Koleżanka z Gołębi :-)
Szaman w ramach popisów walnął z zadu podczas okrążania w galopującego i dziamgoczącego na zewnątrz round penu Bobka (Panowie ćwiczyli synchroniczne CG vel follow the rail), Bobek trafiony nie został, natomiast oberwała sprężyna zamykająca wejście... Dzięki Bogu lecąca sprężyna Koleżanki z Gołębi nie trafiła, za to trafiła w taśmę biało-czerwoną i ją przerwała... Szaman oczywiście z rozkoszną miną kontynuował okrążanie jak gdyby nigdy nic :-)
Popisy skończyły się moim wgramoleniem na Grubego; wyjątkowo w ramach popisów grzeczny był, chociaż gdy za którymś tam razem zsiadłam, szczypnął mnie z niezadowoloną miną w rękaw...

Photobucket
Straszna buda stała się z czasem mniej straszna...


Photobucket
My tu mamy wszystko na oku...


Photobucket
Po tej konfrontacji samochód zyskał na śladach po 2 zębach i po 1 kopycie...

poniedziałek, 22 września 2008

Tym razem jesień...

No to mamy jesień... Pada, pojawiło się kląskające błoto w miejscach dotąd permanentnie suchych, wręcz pustynnych, jak np. koło stodoły (wiecznie kurzące się ulubione miejsce do końskiego leżakowania na stojąco)... Jedyna niewątpliwa zaleta: znacznie poprawił się nam stan kopyt...
Dzień coraz krótszy, konie spędzają więcej czasu w stajni (około 12-13 godzin), co od razu da się odczuć w postaci emanującej z nich energii. Nawet z ciekawości zważyłam, ile paszy treściwej dostają... I wyszło na to, że nie ma z czego ciąć... Owsa 2 razy dziennie po jakieś 400 g maksymalnie + tyle samo granulatu... Za to siana do oporu... A i tak przyłapałam wieczorem Pana Szamana na wyjadaniu spod siebie ściółki (!!!)... Żeber u nich nie uświadczysz, nawet u Siwki nie mogę się ich domacać… A to już ewenement, bo Siwka zawsze była chuderlawa nie licząc letniego wzdętego od trawy brzucha…
W sobotę rano oba konie ponaglały mnie, żeby szybciej wydostać się ze stajni… O dziwo tym razem prawdziwym wulkanem okazała się Siwka, lekko pobrykując i wężując głową… Porobiłyśmy więc w korytarzyku zabawę w podążanie w przód i w tył, z Siwki po kilku powtórzeniach zszedł zapał do wylecenia ze stajni na złamanie karku, więc pokazałam jej, że teraz może wyjść… Z Szamanem powtórzyłam to samo zaledwie 2 razy i już był spokojniutki… Ale ten to jest ściemniak i oszukaniec jakich mało… Wyszedł z boksu grzeczniutko, ale gdy tylko mnie minął, wygiął się w łuk, chmajtnął głową w moją stronę i wyrwał z miejsca galopem chrumkając pod nosem… Tym razem bez żadnego wierzgu… może dlatego, że w ręku miałam linę a on do liny czuje pewien szacuneczek…
Towarzystwo wybrało opcję za stodołę (już chyba przywykły, że jak przyjeżdżam to idziemy w okolice okrągłego wybiegu) i zaczęły się szaleństwa! Ganianie, wyścigi, mega-wierzgi. Siwka zaprezentowała swój popisowy numer, niezbyt często wykonywany, polegający na wybijaniu się z 4 kopyt w górę, jakieś 50 cm wzwyż i walenie z zadu w locie. Muszę się kiedyś zaczaić z aparatem na te ewolucje (albo przynajmniej z kamerą)…

Inna dość interesująca Siwkowa ewolucja to rytuał porannego przeciągania się… Najpierw wyciąga się któraś przednia noga, wyprostowana, przed siebie. Potem Siwka stawia ją na ziemi i ugina maksymalnie grzbiet (bad bannana w wersji maksymalnie zapadniętej), obniża przód bardzo nisko (wygląda jak zapraszający do zabawy szczeniak), zadek zostaje w górze, Siwka rozciąga w tej dziwnej pozycji kręgosłup (czasem coś w nim pyknie), potem podnosi przód a obniża zad, wyciągając jednocześnie do tyłu wybraną zadnią nogę. Jak baletnica. Wydaje przy tym dziwaczny odgłos ni to warczenia, ni to stękania, ni to przeciągłego westchnięcia… Wszystko to wykonuje bardo wolno, z rozmysłem i w skupieniu… Taki koński streching. Muszę sfilmować, bo fajne… Takie wygibasy widziałam tylko u źrebaków, ale nie w tak ekstremalnej wersji… Koń-guma…?
Do wariacji chciał się spontanicznie przyłączyć Bobek-Pies, ale został natychmiast przywołany do porządku. Padok należy do koni a te, gdy tylko spostrzegły pędzącego za nimi rozradowanego Bobasa, zrobiły jak na komendę równoczesny zwrot i dawaj szarżować… Bobek zwiał z padoku w te pędy i więcej nie próbował się integrować…

A Szaman tak się rozochocił i rozbrykał, że w ferworze wariacji zapomniał, że został wykastrowany w wieku lat 2, i próbował wskakiwać na Siwkę w jasno sprecyzowanym celu… Oczywiście oberwał od razu, bo Siwka jest dość obcesowa w obejściu z samcami i pseudo-samcami (czyt. wałachami). Najwyraźniej Pan Sz. nie jest w jej typie…
Wariacje trwały jakieś 15 minut, potem było parskanie, międlenie paszczami; uznałam, że starczy tego dobrego i wzięłam Szamana na linę... Siwka dość grzecznie za nami luzem. Poszliśmy się zaprowadzić na dużą łąkę, pod prąd (zerk na straszną budę, czy nadal leży na boku, tak jak leżała, czy aby się nie przekręca, nie rusza, nie skrada…?) Po drodze z 10 zatrzymań i cofnięć w ciasnych miejscach (bramka padokowa, furtka koło strasznej budy, korytarzyk ze słupków i taśmy, wąskie przejście między komórką a stodołą…) Szaman niby luzak, ale oddech mu się zmieniał za każdym razem na ciut głośniejszy (aha! taki duży a jednak się boi…) Generalnie bardzo grzecznie, bardzo pozytywnie, żadnego przyspieszania, figlowania po drodze z Siwką (lubią się podgryzać wzajemnie po drodze). Szaman tak ma: u niego pewność siebie przekłada się wprost proporcjonalnie na grzeczność. Im bardziej non-confident, tym grzeczniejszy… A im pewniejszy siebie, tym bardziej nienośny (play-full)…

Po południu konie wróciły za stodołę, bo zaplanowałam prace budowlane wokół okrągłego wybiegu (buduję mały wał dookoła i ulepszam podłoże)… Za stodołą nie ma prądu, więc muszę mieć na Towarzystwo oko, żeby czegoś nie wykombinowało… A Towarzystwo wymyśliło sobie od razu nową zabawę; lazło tuż za moimi plecami, gdy pchałam skrzypiącą taczkę, Szaman prawie pokładał mi się na plecach, po chwili Siwka rzucała hasło chodu! i oba startowały galopem. Siwka w przyzwoitej odległości, ale Szamanowi przyzwoitość jest raczej obca i jego starty zza moich pleców napawały mnie lekkim hmmm… niepokojem. W końcu miałam dość i chciałam im taczkę zohydzić, więc zaczęłam je z tą taczką (opróżnioną, oczywiście) ganiać… A gdzie tam! Zadowolone były z takiego obrotu sprawy… Uciekały, prychały, zataczały koło i z powrotem za moje plecy… W końcu musiałam im taczkę oddać w chwilowe posiadanie; Szaman od razu ją wywrócił, próbował do niej wejść, podgryzł trochę rączkę, Siwa ją obwąchała z rozwagą, trąciła nosem… I taczka przestała być przedmiotem pożądania… Odczepiły się, mogłam sobie wozić ziemię do woli…

Wieczorem zarządziłam trenowanie. Szaman na pierwszy ogień, sam się zresztą wprosił za mną na okrąglak. Zaczął oczywiście pozytywnie, czyli od wywalenia taczki ze sprzętem… Siodło capnął za horn w gębę i chodu na obwód koła kłusem… Nauczył się, Pioruniec Jeden, błyskawicznie umykać z ukradzionym klamotem, zanim zdążę go dopaść i mu fant odebrać… Oj, muszę popracować nad refleksem…
Po krótkim pościgu rzucił siodło na ziemię, odangażował się z własnej inicjatywy (uch, spryciarz! odebrał mi argument do trzepnięcia go z zemsty w zadek) i grzecznie czekał na dalszą procedurę… A wiadomo, że procedura rozpoczyna się zawsze od drapania cielska iglakiem, co Szaman uwielbia…
Ładnie się osiodłaliśmy (comfort zone jak nic!) i ruszyliśmy w tany… I tu NAGLE wylazło szydło z worka, czyli wredota z Siwki… Gdy poprosiłam Szamana o ruch po kole, Siwka-Prowokator-Sabotażysta dostała małpiego rozumu i zaczęła latać równolegle z Grubym, tyle że na zewnątrz koła. Gruby od razu stracił zainteresowanie swoim osobistym liderem, bo Siwki propozycje były o wiele ciekawsze… Ta, w ramach ćwiczenia follow the rail (ciekawe, skąd je zna… bo tego się jeszcze nie uczyłyśmy…) rozpędzała się na maksa, wierzgała i waliła barany… Szaman oczywiście podchwycił momentalnie (ale fajowo…!) i dalej zasuwać galopem wściekłym (jak nie on…!) i też barany walić! Ależ się wybrykał! Tak jeszcze z siodłem nie wydziwiał. I dobrze. Oklepał się, że hej!
W końcu oboje mnie zeźlili, posłałam w stronę Siwej stringa (nawet jej nie musnął), zwiała błyskawicznie pod stodołę, coś tam po drodze głową wymachując pod moim adresem…
Mogliśmy z Grubym Zasapańcem spokojnie kontynuować… Ładnie generalnie nam wszystko szło, Szaman, zdaje się, powoli zaczyna godzić się z losem konia-nosiciela-siodła… Najfajniejsze są jego starty przy odesłaniu w circling game. Dotychczas było eee, no idę…a może jednaj nie…? Postałbym tu sobie, może jakieś ciasteczko masz…? Chlebka chociaż kawałeczek…? Nieeee…?? Oj, ale po co zaraz tym sznurkiem straszyć… dobra, dobra, idę…Teraz jest Lecę!! I start galopem. Kolega prawie roll-back potrafi wykonać sam z siebie… Nasza strategia bruuum! (przetykanie gaźnika) okazała się wielce skuteczna i długotrwała… Teraz musimy popracować nad finezją… Bo nie każde odesłanie oznacza, że życzę sobie od razu galop ;-)

A Siwkę treningowo zaskoczyłam… A niech sobie nie robi schematów…
Przyszła na wybieg grzeczniutka (te barany fikane to wcale nie ona…). Na środku wybiegu cały czas leżą nasze opony trampolinowe sprzed tygodnia, doskonale się sprawdzają jako stojak (leżak) na siodło… Siwka oczywiście od razu sama się podrivingowała rytualnie powąchać pad i siodło (siodło zawsze dostaje jednego skroba zębem). Trąciła nosem ogłowie z wędzidłem i czeka. Ja za pad i kilka razy na grzbiet-z grzbietu, Siwka spięta czeka, co dalej a tu siurpryza. Nic. Pad zdjęty, odłożony. Wzięłam ogłowie, Siwka uniki małe (a może tu dam głowę... O, a może powącham sobie teraz siodło…), w końcu ustawiła się ładnie, głowa w dole – odłożyłam ogłowie… Mój wewnętrzny auto-predator został pokonany. Siwka z miną zaskoczoną…
Odesłałam na koło… Siwka w CG zdecydowanie robi się emocjonalna, pędzi… Wracamy do podstaw. Koniec z kłusem/galopem z siodłem. Tylko stęp. Skoro na goło się ekscytuje, to siodło sprawę może tylko pogarszać… Teraz ze 2 razy wpadła spontanicznie w galop, ale zaraz sama wróciła do kłusa… Skończyłyśmy bardzo szybko, bo było już kompletnie ciemno, ledwo Szamana było widać… A ten, korzystając z mrocznej zasłony, podbił swoim kłębem-taranem drąg i przedarł się na sąsiedni padoczek, odrastający na potem… Siwe oczywiście od razu kombinacje i przygotowania do odskoku, że może ona tak wyskoczy z okrągłego wybiegu, bo po co tracić czas na wędrowanie do wyjścia… No to dostała zadanie do wykonania proszę mi tu galopować (liberty) i robić zmiany kierunku co ½ koła… (dobrze, że Siwa jest trochę siwa, to ją w ciemności widać… Bo Szaman to jedna wielka ciemna masa…) Siwka momentalnie zapomniała o skakaniu… Już po chwili ładnie za mną w przód w tył, zwrot w te i wewte…

Ostatnio szlifujemy cofanie z coraz dalszych stref; zazwyczaj wieczorem w boksie; ze strefy 3 – bez problemu; 4 – 99% trafień; 5 – fifty/fifty z tendencją pozytywnego wzrostu… Teraz, po ciemku, porobiłyśmy cofanie ze stref 4 i 5 (liberty) i były same pozytywy :-)
Po wyjściu z wybiegu Siwe szło grzecznie obok... szło... szło... w końcu nie wytrzymało i dzida! w stronę Szamana majaczącego na sąsiednim padoku. Ja po ciemku biegiem za nią. Wiała, aż się kurzyło. Nie dałam za wygraną, w końcu poddała się i wróciła biegiem do mnie. Dostała ciacho w gębę i krzyżyk na drogę: proszę bardzo, możesz sobie iść… Głuptaki Swawolne popasły się trochę w zupełnych ciemnościach, w końcu przyszła pora na sprowadzanie.
Ostatnio wieczorami są galopy i wyścigi pod hasłem, kto pierwszy w stajni, ten Mistrz. Trzeba się w końcu za to wziąć i łebki poukręcać wichrzycielom… Zawzięłam się w sobie jako lider, spuchłam jak ta ryba-jeżówka (czy jak ona tam ma…), żeby dodać swojemu liderostwu należytej powagi i otworzyłam padok… A te Przebrzydłe (lina w pogotowiu, że jakby co to JA WAM POKAŻĘ...) krok w krok za mną, ani jeden nosem się przede mnie nie wysunął… Stępikiem przyszły za plecami i prościutko do swoich boksów…

W niedzielę padało i w ogóle było jakoś tak obleśnie... Konie zaspane, niemrawe, psy podobnie... Mały spacer na koniczynę, długo nie wytrzymałam, bo zimno... Szaman grzeczy i współpracujący na linie, żadnych ekscesów to i pisać nie ma o czym :-)