"Pracuj nad sobą a z koniem się baw" Pat Parelli

środa, 5 czerwca 2013

Arabka - spotkanie nr 2 (historia w obrazach)

Część pierwsza:
Pierwsza próba nawiązania kontaktu:
 photo _DSC9107_zps375e0e7c.jpg

 photo _DSC9108_zps37677b6b.jpg

Faza nacierania (mojego)...
 photo _DSC9118_zpsc1fc9867.jpg

 photo _DSC9119_zpsba022bd7.jpg

 photo _DSC9120_zps831919d8.jpg

Faza refleksji (u konia):
 photo _DSC9121_zps4d257355.jpg

Faza odwrotu (mojego):
 photo _DSC9115_zpsc3ceea65.jpg

Prezentacja sprzętu (powrót sceptycyzmu*):
 photo _DSC9111_zps751b1499.jpg

* sceptycyzmu jedynie u białej, bo Mały jest pełen entuzjazmu do wszystkiego, co związane z czlowiekiem ;-)

Biała zaczyna współpracować (acz bez entuzjazmu ;-)

 photo _DSC9125_zpsb50eacf8.jpg

 photo _DSC9128_zps0dcfd199.jpg

Zaczątki błogostanu na obliczu (zdejmowanie meszek, drapanie itchy spots):
 photo _DSC9133_zps8325f554.jpg

Te, Mały, odczepisz się wreszcie???
 photo _DSC9140_zps21aef752.jpg

Część druga:
Arabka po wyścigach ;-)
 photo _DSC9169_zps18920a43.jpg

 photo _DSC9171_zpse91bafe7.jpg

Koń nad wyraz niezadowolony ;-) photo _DSC9167_zps3b67db38.jpg

 photo _DSC9176_zps2b77ee22.jpg

Nauka cofania od falującej linki:
 photo _DSC9197_zpsc6ecd682.jpg

 photo _DSC9196_zps03ff7f87.jpg

Chwila relaksu; konsultacje z trenerem ;-)
 photo _DSC9198_zpsf4e9ad08.jpg

 photo _DSC9182_zpsfc3bcdb5.jpg

Praca na wolności:
 photo _DSC9203_zps57a41bd9.jpg

 photo _DSC9204_zps60d7ba8c.jpg

Drapanie a przy okazji podchody ku odwrażliwianiu głowy:
 photo _DSC9233_zps9c236acb.jpg

 photo _DSC9205_zpsbd98f5c6.jpg

Pełen sukces :-)
 photo _DSC9212_zps205de50a.jpg

Część trzecia:
Arabskie miejsce wypoczynkowe. Próbuję się przyłączyć, co nie spotkało się początkowo ze zbytnim entuzjazmem ;-)
 photo _DSC9241_zps457cde44.jpg

 photo _DSC9243_zpsc2cdaa9c.jpg

Walka na dwa fronty ;-)
 photo _DSC9278_zps348ebfdb.jpg

Odwrażliwianie głowy i uszu:
 photo _DSC9308_zps6c03e2ec.jpg

 photo _DSC9309_zps075de745.jpg

 photo _DSC9326_zps7a14cf2c.jpg

Wyraźna niechęć do zmian; to, że mogę stać i dotykać z prawej strony, nie oznacza, że mogę stać i dotykać ze strony lewej. To, że mogę dotykać głowy jedną ręką, nie oznacza, że mogę dotykać głowy obiema rękami. To, że moge dotykać policzków, nie oznacza, że mogę dotykać czoła...

 photo _DSC9372_zps60382dca.jpg

 photo _DSC9376_zpsae511a82.jpg

 photo _DSC9382_zps33e57078.jpg

 photo _DSC9384_zps1e0d0c8d.jpg

 photo _DSC9383_zps7ea36af4.jpg

Tego konia nie da się skorumpować żarciem ;-)
 photo _DSC9404_zpseb4de3a5.jpg

Skoro nalegasz, wezmę...
 photo _DSC9414_zps68ff6e32.jpg

niedziela, 19 maja 2013

Arabka - spotkanie nr 2

Wczoraj kolejna sesja treningowo-terapeutyczna z białą. Tym razem jest masa fot, tyle że, póki co, w aparacie. A aparat chwilowo niedostępny ;-)

Warunki pogodowe diametralnie różne od zeszło-sobotnich: upał i kupa much. Konie też w nieco innej lokalizacji niż poprzednio; bardziej za domem, bliżej lasu. No i sprzęt inny: różowy nowiutki kantarek i takaż lina (różowiutka), które były dedykowane dla Siwki i wisiały sobie przy łóżeczku Kazika, nowiutkie i pachnące ;-)

...na początku zapowiadało się z arabką na dłuższe ganianki. Był wyższy poziom białej energii, bardziej buńczuczne zachowania. Była nawet próba zastraszenia mojej osoby polegająca na usiłowaniu wspięcia się tuż przed moim nosem. Oczywiście z płasko położonymi uszami, bo to zachowanie mamy nad wyraz utrwalone ;-) Usiłowaniu, bo ledwo przednie kopyta oderwały się od ziemi, nastąpiła natychmiastowa ostra reprymenda z mojej strony i energiczne odegnanie białej. Biała momentalnie wróciła na ziemię (dosłownie ;-) Zwiała galopem wywijając głową. Zwianie polegało na odbiegnięciu 3 foule, po czym biała zatoczyła łuk spokojnym klusem, stanęła nieopodal, w brzozowym zagajniku i bystrze na mnie spojrzała.
...za 5 minut miałyśmy założony kantarek i arabkę z błogą miną, bo zdejmowałam z niej całe stada much i meszek :-) Tym razem obyło się bez zaganiania do małej zagrody ;-)
Z mojej strony to by było właściwie tyle, bo zaraz przylazła Gośka i musiałam jej oddać linę z białą na końcu, no bo to jej koń przecież ;-) Robiłam więc za trenera i mówiłam, co i jak, bo dziecię trochę odwykłe od koni a już tym bardziej od takich przypadków, które mogą zrobić człowiekowi kuku ;-)

...było zdjęcie kantara i ponowne polowanie na białą, tym razem przez Gośkę, było też friendly na wolności, polegające na podchodzeniu-odchodzeniu, które białej nastręcza sporo trudności, bo widać, że ludziom nie ufa (to kładzenie uszu to raczej forma strachliwej profilaktyki, niż wyraz agresji - tak to widzę).  Było też eksperymentowanie z energią. Sesja na wolności zwieńczona potężnym ziewaniem :-)
Potem było sterczenie z drzemiącą na słońcu białą i odwrażliwianie głowy i uszu, na wolności - w moim wykonaniu, bo Bebo zobaczyło kota i poszło się do niego migdalić (Bebo jest straszliwa kociara ;-). Więc skorzystałam z okazji i po swojemu zajęłam się arabką ;-)

...w ogóle widać spory progres, mimo jednej tylko sesji. Głowa i uszy całkiem nieźle oswojone, jak na to, co było poprzednio (głowa bardziej oswojona niż uszy ;-)
Biała zaczyna się nam coraz bardziej podobać, bystra jest jak diabli i - póki co - nie jest grzeczna i sflaczała, jak nasze cudaki. Czyli w końcu coś się, panie, dzieje ;-)))

...mimo to na Gawłowie nasze konie, pędzące ku nam na najlżejszą sugestię, wydały się nam aniołami. Nawet dzikie Siwe ;-)

A jak już przy Gawłowie jesteśmy... Jak light-motif powraca temat końskich ogrodzeń.
Nawet te zrobione na podwójnie konie sforsowały... Stado chodzi teraz razem (wszystkie 4 sztuki), bo nie zrobiliśmy po zimie kompletnych ogrodzeń, tylko pozostawiliśmy gdzie-nie-gdzie luki, żeby konie mogły bardziej kluczyć, wywijać i padock-paradisować. Nie da się więc stada podzielić i psujców-grubych-wałachów zamknąć na zastodolu... A że to robota psujców - to psujcowanie ogrodzeń to rzecz pewna: na naszych z Bebo oczach psujec-gruby-wałach Huc przeleciał 2 tygodnie temu po taśmie (bo prąd nie doszedł ;-) i ją zerwał, mimo, że 3 m. dalej miał 5-metrową wyrwę w ogrodzeniu (uczynioną zapewne tą samą techniką hajda na dziada ;-)
Zapadła więc klamka i wracamy do solidnych drewnianych żerdzi (które się ostały całą stertą, bo tylko słupki nośne drewniane popadały). Będziemy jednak te żerdzie montować na słupkach betonowych metodyką: słupek, żerdź i ze 2 rzędy prądu, najchętniej drucianego (albo i więcej tego prądu, jak mnie fantazja i pracowitość poniesie ;-)
No bo nijak arabkę do nas przywieźć, jak towarzystwo razem chodzi i nie bardzo można je rozdzielić...
Na początek trzeba ją będzie (arabkę) z jednym koniem zaprzyjaźnić, a dopiero potem całe stado łączyć... Ciekawe, co na to Siwa powie... Samicy to u nas jeszcze nie było, same wałachy tylko się plątały... Może się Siwej samicza konkurencja nie spodobać... Zwłaszcza, że biała jest dość przystojna... ;-)


A poniżej Gośka z Małymi. Trudno cokolwiek zrobić bez ich uczestnictwa. Niezwykle partycypująca odmiana konia - całkiem jak nasz Fisio ;-)

 photo 93e0aaec-6e30-402c-a3a5-0381d6d69ee4_zps252d0503.jpg

niedziela, 12 maja 2013

Arabka - spotkanie nr 1

Na początek 2 niefarty:
niefart pierwszy - rozchorował się nasz fotograf, więc zdjęć z pierwszego spotkania z arabką nie będzie :-((
niefart drugi - jak tylko wysiadłysmy z Bebo-Gośką z pociągu na stacji docelowej (czyli arabskiej ;-), zaczął lać deszcz. Dokładnie tak: nie padać, ale lać. Sesja z arabką stanęła więc pod dużym znakiem zapytania. I stała tak, z tym dużym znakiem zapytania, dopóki nie dotarłyśmy do miejsca pobytu wzmiankowanej arabki. Tutaj mnie poniosło (Bebo chyba też, bo sterczała w deszczu nie bacząc na okoliczności ;-), przywdziałam gumnioki-sztyblety, wytargałam pomoce naukowe (kantarek, lina, kantar) i wygramoliłam się z samochodu w deszcz.
Z mety oblazły nas zwięrzeta. Stadem. Psy i falabelki (klaczka i wałaszek). Arabka zerkała, strzygąc w pobliżu trawnik, ale nie podchodziła.
Z falabelkami trzeba było stoczyć potyczkę pt. nie, kantarek i lina nie dla Ciebie, Mały (któreś Małe - nie odróżniam, bo podobne - wsadzało nos w sznurki, podgryzało klasyczny kantar, skubało mnie za odzienie, asystowało i łaziło krok-w-krok uśmiechając się pogodnie i miłośnie. Tylko takie konie mieć, to by była bajka :-)

Z arabką sesja około-godzinna. W ulewnym deszczu ;-)
Cel: zdiagnozować przypadłość, założyć kantar.
Dodatkowo, jeśli się uda założyć kantar: podstawowe ćwiczenia na linie - w zależności od rozwoju sytuacji.
Teren operacyjny: duuuży ogrodo-las wokół domu (z hektar albo i więcej przestrzeni).
Zastosowana metoda:  natarcie & odwrót, czyli wariacje na temat metody Monty Robertsa okraszonej parellistycznymi naleciałościami ;-)

...wyciągniętą rękę arabka powąchała z płasko (bardzo płasko) położonymi uszami, po czym majestatycznie odpłynęła skubiąc trawę. Bez pośpiechu i na pełnym luzie. W oddalające się dupsko oberwała lekki pac sznurkowym kantarkiem. Pac był lekki, bo nie zamierzałam wprawić arabki w szybszy ruch, bacząc iż arab to wytrzymała cholera i jak zacznie latać, to będę se ją ganiać - pardon - do usranej śmierci a czasu za dużo nie miałam ;-) Pac miał na celu wyrządzić upierdliwość za jawną olewkę mojej osoby oraz unaocznić, z kim mamy do czynienia. Arabka odkłusowała nieśpiesznie parę kroków, po czym powróciła do spokojnego skubania trawy*. Od kolejnego powtórzenia paca otrzymałam ucho na moją osobę (w czasie oddalania się i skubania trawy, bo biała** konsekwentnie powtarzała tę sekwencję zachowań) a po kolejnym - pierwsze żucie. Potem żucie było co-i-raz.
Po paru minutach nacierania & wycofywania się nastapił pierwszy mały przełom: arabka spojrzała na mnie z uwagą, uszy - do tej pory płasko położone - stanęły na sztorc i wycelowały się centralnie w moją osobę. Wycofałam się, chwilę się sobie poprzypatrywałyśmy, po czym biała powróciła do powtarzania wzmiankowanej wcześniej sekwencji zachowań. Coś jednak się zmieniło, bo coraz częściej pozwalała do siebie podejść i wąchała podsuwaną jej pod nos rękę (uszy nadal płasko, ale momentami jakby nieco mniej płasko). Dotknąć się do czoła nie pozwalała, nie pozwalała też, bym znajdowała się blisko łopatki - wolała mieć mnie bardziej na wprost.

*  Uff, kolejne Siwe to to nie będzie. Oryginalne Siwe byłoby już w sąsiednim powiecie ;-) Wstępna, bardzo wstępna diagnoza arabska: lewopółkulowy introwertyk z temperamentem.
** Biała, bo siwa, ale bardziej siwa od Siwej ;-)

Wbrew moim wcześniejszym obawom nie było prowadzania się po całym wielkim terenie posiadłości; arabka konsekwentnie powtarzała schemat kręcenia się na dość małej przestrzeni a jak słusznie zauważyła potem Bebo-Gośka, po pacu, nie wiała gdzie bądź, lecz odwędrowywała w kierunku innych ludzi. Być może rolę niebagatelną odgrywały falabelki, które zawsze przy człowiekach, więc i biała kierowała się tam, gdzie stado.
Paprałyśmy się tak w błocie przez jakiś czas (spodnie mokre do kolan ;-) bez większych postępów, zaczęłam więc eksperymentować z energią własną oraz paca (szybciej, bardziej, mocniej). Raz dostałam ze 2 foule galopu, zaczęło się też trzepanie i fidrygalenie głową - takie hucowe*** (ni to fun, ni to foch).

*** Huc - przypominam - jest lewopółkulowym introwertykiem ;-)

W końcu zapadła decyzja, że trzeba by arabkę na jakiś mniejszy teren, żebym mogła być bardziej upierdliwa i dosadniej wpływać na arabskie przestawianie nóg (lub ich nieruchomość)... Wybór padł na warzywniak (nieobsadzony ;-) wielkością przypominający mały okrągły wybieg, tyle, że w kształcie około-kwadratowym.
Zaczęło się 3-osobowe polowanie  (obecny właściciel, Bebo i ja), czyli próba osaczenia i skierowania białej do zagrody. Biała dość szybko połapała sie, w czym rzecz i postanowiła nam nieco polowanie utrudnić. Ale nie jakoś przesadnie. Raz odbiegła kawałeczek galopem, raz zaprezentowała bukiet zachowań arabskich (ogon na plecy, szyjka w łuczek, chrapy rozdęte, pochrumkujące) a tak poza tym przypatrywała sie dość uważnie, co robimy. Trawę oczywiście jeść przestała :-) W końcu do akcji wkroczył któryś Mały falabelek i ruszył stępem do warzywniaka (paczta, frajery, jak to się robi fachowo ;-) a arabka powędrowała za nim.
W warzywniaku poszło dość szybko; najpierw wprawiłam arabkę w ruch kłusem po obwodzie, dość często nakazując jej zmianę kierunku. Sprawę nieco komplikował fakt, że razem z arabką polecenia wykonywał Mały falabelek, plączący się pod nogami (a to moimi, a to arabskimi ;-) Arabce też się to chyba średnio podobało, bo co i raz się szczurzyła i poganiała Małego.
Potem dodałam zatrzymania. Kilka razy podchodziłam, dawałam rękę do powąchania i odchodziłam. W końcu biała pozwoliła mi stanąć na wysokości łopatki (uszy, które wcześniej były już pół-płaskie, znowu płasko przyległy do głowy). Zaczęłam ją drapać po szyi, grzywie, grzbiecie, pod brzuchem. Dość szybko znalazłyśmy itchy spot (połączenie szyi i klatki piersiowej - strupki po owadzich ugryzieniach). Uszy od razu poszły na sztorc, mina złagodniała, zaczęły się minimalne zaczątki ruchów wargami z cyklu błogostan.
Zaczęłam masować arabkę zwiniętą liną i kantarkiem, co nie zrobiło na niej większego wrażenia. Pozwoliła sobie przełożyć kantarek najpierw przez szyję a po chwili całkowicie założyć (przy wkładaniu nosa w sznurki chwilę je obwąchiwała). Od momentu wzięcia na linę, biała stała normalnym, oswojonym koniem. Z uszami do góry, grzecznie szła za mną i zatrzymywała się, gdy ja stawałam.

Ze stricte parellizmów:
- zaczęłam od sprawdzenia cofania od falującej linki (jojo; dość oczywiste przy koniach o skłonnościach do dominacji ;-) Nie umiała, ale bardzo szybko przyswoiła cofanie na fazę około 3. Przywołanie za to na samo pochylenie się, uśmiech i czesanie liny :-)
- potem ruch po kole (zmodyfikowane okrążanie; obracałam się razem z białą). W lewo - idealnie: poszła na pokazania kierunku liną i cmok jako 2. fazę; w prawo - mały, bardzo mały opór (zdaje się, że mamy gorszą stronę ;-) Zmiana kierunku na kole - bardzo ładnie. Pewnie była kiedyś lonżowana ;-)
- kolejna sprawa - opuszczanie głowy od nacisku kantarka (jeż na potylicy). O, tu mamy zapierającego się osła dardanelskiego, czyli poletko do naukowego popisu ;-) Przy okazji węszę talent do odsadzania się, choć do tego oczywiście nie doszło. Ale tendencję widać, jak byk ;-)

Potem było zakładanie kantara klasycznego - na kantarek sznurkowy. No i tu się nie popisałam, bo tak się odzwyczaiłam od używania tego typu osprzętu, że nijak nie mogłam z tym kantarem dojść do ładu ;-) Żeby jeszcze był brudny... (bo to kantar Siwki - błękitny we wzorek indiański ) Ale wzięłam ci go ja i  wyprałam, więc obie strony czyste, a przy suszeniu tak nim kręciłam i obracałam, że jak wysechł, straciłam orientację, która strona prawa a która lewa ;-) A prawo- i lewo-stronność są dość istotne, jeśli o zapinanie idzie ;-) Wyszło to jednakowoż, summa summarum, na dobre, bo z zakładania kantara zrobiło się przybliżanie & oddalanie i przy okazji wstępne odczulanie uszu, które są przez białą bardzo chronione (o, tu to będzie dopiero praca u podstaw...!)

Przekazałam potem linę Bebo-Gośce, żeby się do arabki przymierzyła. No bo w sumie taki był chitry plan, że arabka dla Gośki będzie**** Gdy tylko Bebo podeszło, arabka momentalnie położyła uszy na płask (oho, kolejny siwy koń dla jednego człowieka ;-) ale na tym poprzestała i zaraz grzecznie Gośki polecenia wykonywała (polegające głównie na prowadzaniu się i zatrzymywaniu na WHOA!)
Na koniec - Bebo stała koło arabki i obgadywałyśmy sytuację - biała zaprezentowała mega-ziewanie, wywracanie oczami i ogólne sflaczenie (z uszami do przodu ;-) A po zdjęciu kantara energicznie powędrowała do podanej w warzywniaku kupki siana konsumowanej przez Małe falabelki.

...i to by było właściwie na tyle...

**** no właśnie... Jakby to powiedzieć... bo zaproponowałam Gośce, że arabkę wezmę sobie ja, a jej oddam... Siwe (zdrajca, zdrajca, po trzykroć zdrajca!!!!!!!) Gośka jednakowoż podniosła straszliwy wrzask (WIEDZIAŁAM, że to powiesz... WIEDZIAŁAM...!!!) i wręcz zapowiedziała, że arabkę to ona sama chce sobie robić a nie żebym JA ją po swojemu... Więc nie wiem, jak to będzie z arabską sesją treningową nr 2... Czy mi Gośka POZWOLI... ;-)))
Próbuję wprawdzie negocjować, żeby Gośka przejęła arabkę na Gawłowie a póki co, ja ją trochę ogarnę, załaduję do przyczepy i przywiozę... Ale nie wiem, co z tego będzie... Mogę wprawdzie, w ramach niewygody, przykręcić kurek z kieszonkowym i Bebo (pewnie) od razu zmięknie, ale jak przy okazji runie mój misterny chitry plan i Bebo przestanie na wioskę przyjeżdżać...?
Skąd ja potem wezmę tanią, jurną i młodą, siłę roboczą????? ;-)

niedziela, 5 maja 2013

Czwartek, sobota

Dwie mega-ekspresowe wizyty na wsi. Bez Kazika (babcia padnięta na twarz ;-)

Bilans:
- ogrodzenia po-zimowo zdewastowane - naprawione, zrobione na podwójnie, żeby kolesiostwu sodówa nie uderzyła do głów, że wiosna, więc hajda w teren ;-)
- konie odrobaczone - PARAMECTIN
- siodlarnia sprzątnięta, siodła nasmarowane, ale nie obyło sie bez złorzeczeń i karczemnych bluźnierstw pod mysim adresem - ponadgryzały mi delikatnie parę sprzętów!!!!!!
- konie na powrót oswojone z moją osobą - głównie Siwe, bo reszta stada generalnie ludzi miłuje i oswajania nie wymaga (zwłaszcza, że ludzie głównie przychodzą po to, by zadać siana ;-)
Siwe już nawet chrumka na mój widok i na wolności polecenia wykonuje a pamięta wszystkie nasze fidrygały ;-)
- wizyta u arabki-wariatki umówiona na najbliższą sobotę; przekładana już ze 3 razy, bo ciagle było coś pilniejszego do zrobienia...
A tak w ogóle to plan najchytrzejszy z chytrych obmyśliłam: podzieliłam skórę na niedźwiedziu, czyli podarowalam arabkę Bebo-Gośce. W sobotę jadę z nią jako konsultant, żeby zdiagnozować i ewentualnie podpowiedzieć strategię a tak poza tym się nie dotykam - Bebo uwielbia wyzwania (do tej pory były to wyzwania folblucie, teraz zaczną się arabskie ;-)
Oczywiście wszyscy już wiedzą, że Gośka dostała od mamy araba na 21. urodziny ;-)
A chytrość planu polega na tym, że Bebo najarane na arabkę już snuje plany, jak to się ją zrobi i czego to one razem nie dokonają. Na pierwszy rzut umyśliła szykować wariatkę do Western Pleasure. Zdaje się, że zapomniała, że kiedyś tam powróciła do klasyki ;-)
Nic to. Najważniejsze, że plany treningowe oznaczają, że będzie Bebo bywać na wsi regularnie ;-)

...jeszcze w kantarze, jeszcze nie w Gawłowie:

 photo Cermitka3_zps1a865166.jpg

 photo Cermitka5_zps85717a40.jpg

 photo Cermitka4_zpscee711d5.jpg


poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Falstart :-(

Życie plany weryfikuje... Zwłaszcza, gdy się ma niemowlaka pod bokiem...
Pojechaliśmy z Kazikiem na wieś i jeszcze szybciej wróciliśmy... 3 dni (niepełne), konie widziałam z bliska może ze 3 razy i przez chwilę... Siwe na wstępie spytało z wytrzeszczem: A pani to, przepraszam, kto??? 4 miesiące mojego niebytu i proszę...

Kolejne podejście - w czwartek. Tym razem jednodniowa wizyta bez Kazika (ale za to z Bebo-Gośką & Co) i bynajmniej nie w celu zajmowania się końmi, tylko aranżacją przestrzeni życiowej...

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Arab...

...no więc jest tak: dostałam araba... Arab ma 6 lat i jest samicą... Siwą... Czujecie? ;-))
Po Służewcu i rajdach...

Jest tylko jeden mały problem: muszę po araba pojechać, złapać, założyć mu kantar, załadować do przyczepy i wyładować na Gawłowie... A może to być operacja dość skomplikowana, bo arab kantar rozwalił, chodzi więc po terenie sote vel na goło a przy próbie nawiązania z nim interakcji atakuje człowieka zębami i kopytami, tudzież szarżuje... Mam już pomysł jak gada wstępnie pokonać, ale napiszę post factum, jak przeżyjemy... ;-)

Zdaje się, że mój powrót na wieś będzie obfitował w wydarzenia... W końcu będzie o czym pisać, bo mnie samą już ten blog nieco znudził brakiem końskich ekscesów... ;-)

 photo cermitka_zpsa8b47c23.jpg

sobota, 6 kwietnia 2013

Jeździectwo - rys pre-historyczny ;-)

Przygoda z jazdą konną w macierzystej stajni Siwki zaczęła się dla mnie dość niefortunnie; krótko po kupnie Siwej pojechaliśmy w 3 konie na stępa do lasu. Koni z tej stajni jeszcze nie znałam. Miał być spacerek. Ja na folblutce, matce Siwki. Ponad 20-letni staż jeździecki...

Już przy czyszczeniu i siodłaniu matki w boksie zapaliła mi się czerwona lampka. Było kręcenie się i defensywne zachowania, gdy próbowałam czyścić strefy dalsze, czyli od połowy kłody po zad. Potem problemy przy dociąganiu popręgu... Nic to. Dałyśmy radę. Nie z takimi typami miało się do czynienia...
Kolejna czerwona lampka przy wsiadaniu. W myśl zasady: byle szybciej w siodło. Dobra, siedzę. Wyjeżdżamy za bramę. Tuż za bramą rozpoczyna się seria permanentnych  pobryków w wykonaniu matki. Do wysiedzania. Więc siedzę. Pilnuję tylko, żeby przed sobą miała ogon czołowego (jadę jako druga) i tak docieramy do lasu (kilkaset metrów)...
W lesie ścieżki, wąsko, matka jakby się uspokaja. Jedziemy. W którymś momencie zerkam za siebie a ostatni koń ze 100 metrów za nami. Stoi głową w stronę stajni. Jeździec usiłuje. Usiłowanie polega na próbie odwrócenia konia i podążeniu naszym śladem. Stajemy, czekamy. Po chwili słyszymy odgłos żwawego chodu; usiłowanie udało się wcielić w czyn, koń pędzi galopem w naszą stronę. Mija nas po lewej. Zanim mrugnęłam, ułamek sekundy i matka zapala. Nawet nie zdążyłam przeorganizować swojej osoby w siodle, skrócić wodzy... Zauważyłam tylko, jak nagle przed nami wyrasta opasłe drzewo, matka uskakuje w lewo w celu jego ominięcia, mnie futrzana czapa spada na oczy (kasku oczywiście nie założyłam), tracę orientację i pozostaję na wcześniejszej trajektorii lotu, czyli na wprost i w owo opasłe drzewo przydzwaniam, rozstawszy się uprzednio z matką. Szczęście w nieszczęściu, przydzwaniam bokiem (od łokcia po biodro) a nie głową...
...leżę, przez 5 minut dyszę, nawet nie próbuję się podnosić. Zamroczenie bólem powoli mija, staję na nogi, podają mi wodze matki, którą udało się złapać... Ostatni koń, ten co matkę sprowokował do domniemanego wyścigu (matka była w treningu na Służewcu ;-), też pozbył się jeźdźca... Ino w krzaki a nie w drzewo, więc jeździec nieuszkodzony... Gorzej ze mną; co krok coś mi w biodrze przeskakuje, pyka. Że o bólu nie wspomnę.
Wracamy na własnych nogach. Wychodzimy z lasu, zaraz na początku otwartej przestrzeni wyrywa się pierwszy koń, wraca galopem do stajni. Potem wyrywa się mój... Ostatni utrzymany zostaje puszczony luzem, bo nie ma sensu toczyć walki z wierzgaczem...
To była moja ostatnia jazda klasyczna, tradycyjna, rekreacyjna... Zwał, jak zwał. Jednym słowem czułam, że coś wypada w tym jeździectwie zmienić...


 photo b64e5403-4f99-4c7c-8f3e-f5d271bbfc01_zps948d3e73.jpg
luty 2005 - przed wypadkiem; przygotowania do wyjazdu (ja - skrajnie po prawej, w głębi; widać kawałek matki oraz kawałek mnie)

W jeździe przerwa parę miesięcy. Zresztą nie bardzo było na kim jeździć... No bo przecież nie na tych dzikusach... W międzyczasie poszukiwałam wyjścia z impasu. Dość szybko znalazłam... W ramach nowego zapisałam się na sportowy obóz jazdy konnej w stylu western... Wtedy western i natural wydawały mi się bardzo pokrewnymi dziedzinami...

 photo fb138229-085f-4c56-b747-224ad626fcb7_zps1d6bc021.jpg
Rancho Kozerki, 2005

 photo 7e1bd2aa-5d27-4d8b-ae17-6a1e19541ef5_zpsa5f3fc2a.jpg
Rancho Kozerki, 2005

 photo 3688d2a0-d4e3-4ec3-aa0d-f00a42ec6f4e_zps02337c60.jpg
Rancho Kozerki,  2005

Lipiec (obóz) zbliżał się wielkimi krokami, w programie 4 godziny jazdy konnej dziennie a ja odzwyczajona od siodła... Nijak te 4 godziny, dzień w dzień, wysiedzieć... Trzeba zacząć jeździć...
Stopniowo dzikusy trochę się przy obrządku zapoznało... Prezentowały się niezbyt pozytywnie; okazały się jednak nie tyle dzikusami, co nieco odwykłymi od pracy lewopółkulowcami...  Z pominięciem, rzecz jasna, matki, która dla mnie wyglądała na lekko psychiczną i bynajmniej nie lewopółkulową... Więcej się do niej jeździecko nie dotknęłam ;-)

...zaczęłyśmy z Bebo-Gośką orkę na ugorze. Gośka pobierać zaczęła indywidualne lekcje z instruktorem, trochę się otrzaskała (wcześniej, w wakacje, jeździła ze mną stępo-kłusowe tereny na koniach kaszubskich), zaczęłyśmy jeździć we 2, potem dołączyła do nas Koleżanka Aśka od Morsa...
Najpierw klasycznie...

 photo 0ffba114-f729-4e5e-b004-9e9a130ad072_zpse111e44a.jpg
Gośka, wiosna 2005

 photo 10af74e7-a59a-4271-80ec-e703cf36094b_zps25c62ed0.jpg
Gośka, wiosna 2005

 photo 027367b7-2a86-438f-b91c-2eb9e6dc2038_zpse358de86.jpg
Gośka, wiosna 2005

...potem zaczęła się nasza przygoda z westernem ;-)

 photo 3-21-2013_036_zps0b02aa01.jpg
Ja, jesień 2005


Konie okazały się na tyle bystre, że bez problemu chodziły w obu stylach :-)

 photo 6433442d-3584-44fe-a01c-fffd7dc98798_zps69a70328.jpg
Gośka, jesień 2005

 photo d567253b-f5e4-457b-b43b-7a492937cc80_zps035a4346.jpg
Gośka, jesień 2005

 photo 396475e6-02ee-4998-acf4-ae6d75c265c8_zps122ef1bf.jpg
Ja, jesień 2005

 photo d25ffd2a-ac9f-4d8c-863a-dce1d68efb0d_zps9196985f.jpg
Ja, jesień 2005

 photo 4b267713-290e-4770-ac09-f01abca97b92_zpsceffb353.jpg
Ja, jesień 2005

 photo d2a1b45e-a113-473a-9382-87e6554232c3_zps0f3454c1.jpg
Ja, jesień 2005


Po jakimś czasie Bebo-Gośka upatrzyła sobie i umiłowała folbluta (ku mojej zgrozie, bo też po Służewcu) i powróciła, zdrajca, do klasyki... ;-)
Moje obawy okazały się jednak płonne; Gośka swoim umiłowaniem rozpuściła folblucicę do granic przyzwoitości, ale i zmieniła w mamałygę, co widać na poniższym zdjęciach ;-) Stosowała przy tym własną, zmodyfikowaną wersję naturala: cackanie się i zero presji :-) Rządził wprawdzie koń, ale krzywdy jej nie robił, bo Bebo-Goskę lubił :-)

 photo 852881ac-4627-4f6e-ae90-3f379cf5ba6e_zps271d88c5.jpg
lato, 2006

 photo d520c66b-1e21-4191-a5a9-88b272719372_zps0877ce3a.jpg
lato, 2006

 photo 3f1fd442-fdac-4f38-b72d-f694dcb9453b_zps2141aaf0.jpg

lato, 2006

 photo 3dbcaf2b-8664-4f4d-977c-73bf06fdf7b2_zps4db979c0.jpg
lato, 2006

Mnie zamiłowanie do westernu pozostało do dziś. Pozbyłam się całego klasycznego ekwipunku via allegro (no dobra; uległam jękom Bebo-Goski i zostawiłam jedno klasyczne siodło, bardzo wygodne i ładne ;-)
Stopniowo gromadziłam sprzęt westowo-naturalowy i teraz moja siodlarnia pęka w szwach ;-)

A na koniec parę fotek z czasów, gdy konie stały w pensjonacie, więc można było swobodnie podróżować na rozmaite zawody, pokazy czy szkolenia...

 photo 704e11bb-d934-4aa5-8c14-bd3badcf0316_zpsd15fd454.jpg
Piknik Olimpijski, Agrykola, wrzesień 2005

 photo 20b9e275-8a70-4bd0-bc85-eff8242fc8c4_zps28b681c1.jpg
Piknik Olimpijski, Agrykola, wrzesień 2005

 photo 64eba987-1aa9-4a99-b1f1-b0d85dc1aa51_zps0a966ae3.jpg
Piknik Olimpijski, Agrykola, wrzesień 2005

 photo a9ab0e3f-8e99-4ce2-8d05-4546439dbc99_zpsbc2b6540.jpg
Piknik Olimpijski, Agrykola, wrzesień 2005

 photo 0d1ef480-102d-4de7-920d-3d9cc5d0754c_zpsd307d2c2.jpg
Rancho Kozerki, wrzesień 2005

 photo d706d0a9-589b-4569-af6d-bf34c5b6d685_zps04ff0215.jpg
Rancho Kozerki, wrzesień 2005

 photo a5b9717e-cdc0-4fa5-b769-53be3f9f4cbc_zps9522bd43.jpg

Rancho Kozerki, wrzesień 2005

 photo c0e2d712-e44e-4205-ada7-38667993092a_zps496817ee.jpg
Rancho Kozerki, wrzesień 2005

Koń, na którym raczkowałam naukowo w stylu west. Uderzająco podobny do Fiśka ;-)