"Pracuj nad sobą a z koniem się baw" Pat Parelli

środa, 20 lipca 2011

Czerniak

A więc jednak. Siwe ma czerniaka. Przypuszczenia naszych wet-ek potwierdziła dziś Olga Kalisiak.
Siwej urosło COŚ w okolicy ganasza. Najpierw była to mała gulka, malejąca-powiększająca się okresowo. Potem gulka zrobiła się jakby dwugulką, teraz jest gruzełkowatym większym CZYMŚ (spory orzech włoski). Zaczęło się ze 2 lata temu, ale wyglądało na okresowe powiększanie się lewego węzła chłonnego. W wyniku burzy mózgów nasze wetki wykluczyły węzeł chłonny, worek powietrzny i śliniankę (większe COŚ jest w tej okolicy), dziś Olga - przy okazji wizytowania Nowego - potwierdziła czerniaka. Ma podobną pacjentkę; COŚ w tej samej okolicy, wielkość - GRAPEFRUITA (!!)
Zalecenia - brak. Pacjentka była smarowana CZYMŚ, co podobno pomaga (toksycznym dla zwierząt i ludzi) - bez skutku. Czyli co..., żyjemy dalej.
Obawiałam się, żeby COŚ nie poszło do środka... żeby Siwe nie zaczęło się dusić, na przykład... Ale nie; COSIA wywala na zewnątrz... Pacjentka też się nie dusi, ot po prostu ma se owoc koło ganasza...

piątek, 15 lipca 2011

Wieści około-środowe

W środę z wieczora pierwsze werkowanie Nowego. Nowy, jako że przody fatalne (a jeden to w ogóle patologiczny i bolesny) nogi podaje za ciasteczko. Znaczy podaje, jak ma chęć i jak zaraz dostanie coś do gęby. I wyrywa. I odstawia taniec godowy (nóżka w przód, nóżka w tył), gdy nie ma ochoty nogi podać...
Przed werkowaniem - na linę. Najpierw zabawa w łapanie. O, dawno nie miałam okazji...
Tak w ogóle to ostatnio nawet level 1 sobie obglądnęłąm, ku przypomnieniu, jak się z surowym pracuje ;-)
Zabawa w łapanie śmieszna (przynajmniej ja się ubawiłam, nie wiem jak kuń. Raczej był zły ;-). Nowy ostentacyjnie energicznie odchodził, gdy zbliżałam się z kantarkiem. To kazałam odbiegać. Nowy - uchle płasko, odskok, bicie piany, reakcje nieadekwatnie żywiołowe.
Albo uchle płasko, głowa na 3 m. i stoi. Znaczy popisówa zastraszająca.
Uległ po 5 minutach :-)
Na linie - podobnie. Zrywy, podskoki, jedno dęba. Albo przeciwnie - wmurowanie w glebę. Wystarczyło jednak jedno wspólne obejście łąkowego padock paradisa (wygrodziłyśmy z Gośką Dziadkom ścieżki na łące, żeby się ruszali, nieroby ;-) i Nowemu przeszło :-) W trakcie owego obejścia kazałam robić rzeczy banalnie trywialne:
- iść za mną,
- nie wyprzedzać,
- wyprzedzać na komendę,
- stawać, gdy ja staję,
- cofać,
- cofać, gdy ja cofam,
- opadać liściem...
- okrążać w prawo/okrążać w lewo...

Nowy
BARDZO bystry, żuł co kazanie, a na koniec jeszcze ozór wywalał i żuchwą wywijał, jakby mu co w zęby trzonowe powłaziło. Tak mu owe trywialne polecenia dały do myślenia :-)

A, i jeszcze od razu zapowiedziałam, że CIASTECZKA NIE BĘDZIE ;-) I nie było.
Przody zrobione, wystarczyło kilka małych reprymend :-) Nawet gryzące muchy (dzięki forum SPNH wiem, że to jusznice ;-) nie przeszkadzały, o dziwo ;-)

poniedziałek, 11 lipca 2011

Weekendowe szaleństwo

Co się u nas w weekend działo...! Przewaliło się przez Gawłowo stado ludzi, stadko psów, gromada samochodów...
Psy tzw. ras niebezpiecznych, czyli uśmiechniętych i rozbrykanych; rodzeństwo buldosiów amerykańskich, przy których nasza Buła okazała się wielkim psem; paradowała więc z zadartym nosem powarkując na drobiazg :-) I jeszcze eee... pitbul...? amstaf...? kurcze, w psach to ja się jakoś szczególnie nie wyznaję ;-)
Stado ludzi pomagało w obejściu, psy hasały podzielone na grupy; były sesje zdjęciowe z treningu, z niecierpliwością czekam na jej owoce :-)

 photo HPIM8951_zps3nsa2mc8.jpg

 photo HPIM8946_zpsa2yigaui.jpg

Mimo obecności Bebo Gośki na wiosce, końskich zdjęć fajnych nie udało się porobić, bo tak jakoś wyszło...
Jazdę urządziłyśmy sobie w sobotę o 21, wcześniej się nie dało... Po fali opadów, naszedł upał niemiłosierny; konie sterczały w cieniu, siano niedojedzone walało się dokoła, trawa rosła sobie nie niepokojona końską gębą...
Owady się powściekały, powylatywały na żer po tygodniowym poście spowodowanym opadami i zimnicą... Miała więc miejsce globalna akcja psikania wszystkich koni; nasi - absorbiną, pensjonaty - czym tam który miał... Absorbina zdecydowanie wymiata inne środki, ale tym razem w 100% nie zadziałała... Aczkolwiek nasi i tak mieli się o wiele lepiej (od razu walnęli się spać w spokoju ducha), jak gościnni, których prawie od razu owad rąbał na całego...
Siwka dostąpiła zaszczytu dziewiczej jazdy w ogłowiu natural west bridle by Parelli. Przy tranzlowaniu zerkała podejrzliwie na śnieżobiałe mekate, ale zachowywała się godnie. Niezadowolenie okazała przy pracy z ziemi; wydała z siebie lewopółkulowy bryk (głowa między nogi i hajda w górę) i wyrwała mi linę!!! Bryk powolny i z rozmysłem - u Siwej zjawisko nie-wys-tę-pu-ją-ce. Tak się zwierza pozmieniała - LBI się z niej porobiło :-)
Lina upadła mi pod nogi (nie wysilałam się, żeby ją na siłę opanować), Bebo Gośka wrzasnęła co wy wyrabiacie??? bo akuratnie walczyła o życie na Hucu (czyli wsiadła na konia po dłuższej przerwie) a Siwe, jak gdyby nigdy nic, odangażowało się i stanęło naprzeciw mnie z grzeczną minką. Puściłam na ósemkę, poprosiłam o stęp (były propozycje a może jednak zamaszystym kłusem, hę...?) Wsiadłam, Siwe dość żwawe, ale w pełni kontrolowalne. Trochę się pokręciłyśmy, zakłusowałyśmy... takie wielkie nic a tu znowu Gośka: mamo, co Ty robisz??? i oczy bałuszyła coraz bardziej, że oto Siwka spokojnie (acz energicznie) kłusem pod jeźdźcem zasuwa... No tak, zapomniałam, że Bebo za często mnie na Siwce nie widziało... A Siwkę pod jeźdźcem kojarzy ze swoimi spektakularnymi z niej upadkami ;-) A tu proszę, kłusuje z człowiekiem i nie wpada w szał ;-)

W niedzielę najpierw upał, potem deszcz... Wzięłam się za kopyta. Trochę miałam opory, bo ludzie, psy, ruch w obejściu jak w ulu... Ale przerwa kopytna była 2-tygodniowa i sumienie mnie zagryzało, że kopyta domagają się interwencji... Na dokładkę wydawało mi się, że Hucyk pod Gośką w sobotę lekko znaczył na przód, wypadało dokładniej sprawdzić, co się dzieje pod spodem...
Zaczynam już pewne rzeczy widzieć; np. to że kąty wsporowe Hucykowi błyskawicznie odrosły... I że ma każdy przód inny; jeden z uporem maniaka hoduje sobie jakieś podejrzane (jak dla mnie) podpórki... Ciachnęłam małemu wszystkie 4 kopyta, dość śmiało jak na mój gust, ale Huc odszedł żwawym eleganckim krokiem, więc chyba nic mu tam nie uciachałam nadmiernie ;-)
Potem wzięłam Siwkę; ta z kolei ma kopyta zupełnie inne. Niby starte, kąty niewysokie, ale idzie jej w pazury... Było więc skracanie tarnikiem ... Miejsce obrałam sobie niezbyt bezpieczne, ale jedyne bezbłotne: pod starą wiatą. Tu ściana, tak słup a jeszcze dalej drzewo... Było nie najgorzej. Na szczęście nikt się szczególnie nami nie interesował. Do czasu wypłosza (zdaje się, że Fucia pod ścianą wiaty myszki szukała i pokazała nagle dołem pod ścianą swoja groźną facjatę ;-) Siwe skoczyło na mnie, ja wrzasnęłam i odruchowo uskoczyłam... Siwe dopadło do mnie, ciuchnęło mnie barkiem, zamarło przyklejone i od razu wyluzowało. Wyglądało to raczej jak Ratuj...!!! niż ucieczkę na oślep.
Siwkę zdecydowanie wolę werkować bez asysty (i w ogóle wszystko wokół niej wykonywać w samotności), bo wtedy jest o wiele spokojniej. Przy ludziach Siwe się od razu spina.
Lina leży sobie na ziemi, Siwe dostaje kupkę siana, żeby się nie nudziła a ja miotam się na kopycie ;-) A po wypłoszu przyparadowało do nas kilka ożywionych incydentem osób... Ponieważ jednak trzymali się w słusznej od Siwki odległości, ta nie zwracała nią nich szczególnej uwagi i mogłam spokojnie kontynuować dzieło. Trochę poległam przy zadach; ręce odmówiły posłuszeństwa, bo mój mini-tarnik lekko już stępiał i muszę trochę mocniej pocisnąć... Nic to. Może uda się dopiłować czubeczki w środę.

Z Nowym mamy już poustalane pewne sprawy. Do ustaleń doszło przy okazji psiakania się anty-owadem. Nowy jest podobno niepsikalny, poszłam więc do niego z psikiem i jego osobistą gąbką. Najpierw ustaliliśmy sygnały: idź, w prawo, w lewo, do tyłu (nie lubi, nie lubi ustępować miejsca ;-) stój, zabierz dupsko, patrz mi w oczy. Po tym jakże podstawowym acz mocno niedoszlifowanym repertuarze manewrowania kuniem okazało się, że Nowy jest w 99,9% psikalny (przy psiku w okolice siusiaka szykował się do groziebnego podnoszenia adekwatnej zadniej nogi). Najpierw wydałam z siebie odgłos psik-psik-psik (Heniu już na taki symulowany dźwięk psikania bałuszy gały i rośnie ;-) potem psiknęłam na gąbkę... Nowy stał leniwie popatrując po okolicy... No to go psikłam w łopatkę... I poszło, po całości. Bez ceregieli - grzecznie, lina luźna.
Największy och! był przy głowie (tutaj miało być gąbkowanie), Nowy kategorycznie odmówił współpracy i zadarł głowę hen wysoko... Przerobiliśmy więc ekspresowe ustępowanie od nacisku na potylicę a następnie zaproponowałam zabawę chcesz trzymać głowę w górze? pomogę Ci! I gdy Nowy zadzierał głowę, przytrzymywałam go za bródkę w górze. Od razu mu się zadzieranie znudziło; zaczęły się kombinacje i manewry, jak tu mnie przechytrzyć i opuścić głowę :-) Tak się wycwanił, że nurkował do samej trawy. I tak się wygąbkowaliśmy: z nosem przy ziemi. Niezły ubaw; oboje wygraliśmy ;-)

 photo HPIM9118_zpskdk3kcw0.jpg

 photo HPIM9119_zpsyvpswnwp.jpg

poniedziałek, 4 lipca 2011

Mokro...

Za weekend tak cudownej urody, to ja zdecydowanie dziękuję. Ledwo się narybek w niedzielę na Hucyka załapał a i to w czasie czyszczenia (na szczęście pod wiatą ;-) złapała nas mała ulewa.
Ja się oczywiście jeździectwem znów nie skalałam ;-)

W piątek skoro świt przyjechał Nowy. Nowy wyładował się z przyczepy na drodze głównej, zbaraniał, zrobił się 3-metrowy, capnął w gębę kępkę pszenicy sąsiada, wybałuszył dziko oczyska i powędrował w kierunku swojego nowego domu. Czyli do nas ;-)
Powędrował to określenie dość oględne, bo de facto wyglądało to tak, że wlókł 2 osoby uwieszone na dwóch uwiązach po obu stronach jego paskowego kantara. Owe 2 osoby to jego właścicielka + ja. Pięknie to zaiste musiało wyglądać; Oblubieniec skwitował, że to Nowy nas prowadził, a nie my jego. Aż dziw, że przebyłyśmy owe 500 m. od drogi głównej w jednym kawałku, niepodeptane i niepokopane.
Kurcze. I pomyśleć, że kiedyś moje konie były podobne... Że Siwka, przy próbie pierwszego wyprowadzenia ze stajni na uwiązie, przeciągnęła mnie solidnie po płocie... A Fisiu, jako żwawy młodzian-jeszcze-ogier, wskoczył mi na plecy...!
Takiego ZERA szacunku do człowieka to ja dawno nie widziałam... Czułam się PRZEZROCZYSTA. Do tego koleś pewny siebie (wytrzeszcz i 3 metry wzrostu to była tylko adrenalina); po drodze łapał w gębę trawę spod nóg; na pierwszy rzut oka wygląda na LBI z tymczasową nadpobudliwością. Poszedł od razu na łąkę i bez wstępnych ceregieli, zerknąwszy na nasze stadko, zajął się konsumpcją. Stadko oczywiście się ożywiło. Ożywienie polegało na przekłusowaniu wte i wewte, stanięciu i gapieniu się z rozdziawionymi gębami. Rządkiem, wzdłuż ogrodzenia. Hucyk, żeby lepiej widzieć, wdrapał się na środkową górkę-Himalaj. Potem kombinacje, jak tu się do Nowego dobrać, zapoznać, ustalić kto zacz.

 photo HPIM9114_zps7hwlnl4s.jpg

 photo HPIM9112_zpsisz9hxkk.jpg

Generalnie wszystko odbyło się dość spokojnie. Nowy nie jest jakiś wybitnie problemowy; owszem, na początku płoszył się biało-czerwonej taśmy i nie chciał za nic wejść na podwórko ścieżką (około 2 m. szerokości), ale pozostawiony sam na sam ze sobą, dość szybko przyswoił podstawową gawłowską końską wiedzę: cholera, da się przeżyć ;-)
Po kilku godzinach naszym koniom znudziło się gapienie na Nowego i zdecydowały się powędrować na nadrzecze. Ostał się ino drzemiący Dziadek-Henio. Nowy poczuł się nieswojo, zarzucił ogon na plecy i zaczął latać zawiesistym kłusem.
Heniu jakby tylko na to czekał, ocknął się, przywędrował pod bramkę i zażądał jej otwarcia. Cóż było robić - otworzyłam ;-) Heniu od razu postępował na łąkę, do Nowego. Odbyło się zapoznanie. Bardzo kulturalne (a podobno w poprzednich stajniach Henio był czasem izolowany od stada, za agresję ;-) Była konfrontacja czółko-czółko (mała próba sił, kto ma mocniejszą głowę ;-), kilka kwików i jeden pac przednią nogą w próżnię. I rozeszli się panowie konsumować :-)
Heniu bardzo szybko stał się dla Nowego wzorem do naśladowania; Nowy bez mrugnięcia okiem poszedł za nim pod starą wiatę (na podwórko, pod kasztanowca), międlił siano pod strasznymi, powiewającymi bimbadłami, oglądał bez lęku hałaśliwą budowę i wariujące wokoło psy.

Ponieważ obaj panowie są w wieku około-emeryckim i mają bardzo zbliżone potrzeby żywieniowe (jako jedyni u nas dostają treściwe) zamieszkali na stałe na łące. 24 h. Udostępniliśmy im dojście do zadaszonych pleców nowobudowanej wiaty, więc mogą się wedle życzenia chować lub sterczeć na deszczu. Panowie już się podzielili przestrzenią pod dachem: Heniu rezyduje bliżej bramki, Nowy bliżej zastodolnego padoku. Ku uciesze Siwki, która od razu dostała rui i w Nowym zakochana :-) Snuje się, nawołuje, zagapia. Czasem powędruje w nadrzeczne chaszcze do Fisia i Huca, ale zaraz wraca galopem. Może w końcu trochę schudnie od tej miłości ;-)

 photo HPIM9088_zpswgrnsffd.jpg

 photo HPIM9086_zpsx6pgbape.jpg

 photo HPIM9105_zpsvfxeeeqs.jpg

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Starość straszna rzecz...

...4 dni na wsi i żeby prawie nic nie pamiętać...? Co się działo...? Tak to jest, gdy lata już nie te i notatek się nie robiło na bieżąco... A mgliście pamiętam, że byłoby o czym pisać, uh...!

Była wizyta w zaprzyjaźnionej stajni i praca z naturalnie surowym koniem. Dzikim. Siwym. Działo się. Siwego ulubiona forma ucieczki - do góry. Siwy grubaśny (miętkie ciałko), ale nieszczególnie wycwaniony, więc mimo pokaźnej masy nie dał mi rady ;-)) Na dokładkę bystry, szybko chwytający. Dogadaliśmy się szybciutko. Potem stał z opuszczoną głową, wyraźnie szukający kontaktu. Przypadł mi ów siwy (właściwie siwka ;-) do gustu. Kombinuję teraz, jak by tu właścicieli zapłodnić myślą o naturalnej ścieżce kariery dla ich zwierzaka... ;-) Bo póki co biedak jest jedynie lonżowany, podobno nieszczególnie skutecznie - chodzi tylko w jedną stronę :-(

Była robota kopytowa. A jakże, zgodnie z samo-obietnicą. Znów zadki Hucyka i przody Fisia. Siwkę tym razem sobie odpuściłam, ale wnikliwie przyjrzałam się siwym kopytom i cóż NAGLE ;-) spostrzegłam?? Strzałki jak dzwony! Szerokie po same piętki... Kurczaki, niezłe są...! Ale pazury się robią. I to dość szybko. W weekend musowo się do Siwki doczepię.

Były pojedyncze (WSTYD!) zabawy z ziemi: z Fisiem liberty na poważnie (mimo, że BARDZO DŁUGA PRZERWA - geniusz, panie), z Siwką spacery na sienną łąkę, oglądać samochody terenowe w trakcie wymiany koła, bawić się w touch it w terenie (lekko nie było, Siwe mega-rozproszone, gałujące i pytające czego? czego?)...

Była jedna jazda (WSTYD! WSTYD! WSTYD!) na Siwce, w niedzielny wieczór. I ciekawa obserwacja. Przed jazdą psikanie anty-owadzie, więc Siwe lekko ożywione; siodłanie w innym niż zwykle, ciasnym miejscu, więc nadal oko bystre... Po zasiądnięciu - Siwe złapało taką zawiechę, że aż obudził się we mnie lekki niepokój, czy aby nie wpędziłam zwierza w katatonię ;-) Jakaś ona podejrzanie grzeczna pod siodłem ;-) ZA KAŻDYM RAZEM tak jest. Ale na pomoce reaguje ochoczo, kłusuje żwawo, tyle że na komendę STÓJ! momentalnie flaczeje... Cóż, pewnie taki urok konia robionego od początku naturalnie ;-)

Była budowlanka. Nowa wiata cała już pod dachem (Oblubieniec nawet bukiet na blasze umieścił. Że niby wiecha ;-) Długa ściana od strony łąki zabudowana, został tylko wysoko pas na okna (A co. Wzdłuż całej ściany będę miały kunie okna, od wschodu. Na pobudkę ;-) Teraz robi się podłoże i krótka ściana od strony zastodola.
Pod starą wiatą kontynuacja utwardzania podłoża. Miało być kamieniowanie, skończyło się na super fajnej posadzce ze starych cegieł. Pięknie jest :-)

Było, było, było... A co będzie? W piątek o świcie przyjeżdża do nas nowy Dziadek. Ciut młodszy od Henia, też wielkopolak :-) Oczywiście dzień na żądanie i hajda w czwartek po robocie na wioskę :-)

A na koniec: rodzynek. Do długich bojach toczonych sama ze sobą, kombinacjach finansowych, ciułaniach, odejmowaniu sobie od pyska... zamówiłam Natural West Bridle... I oto jest... Cudne...
Powiesiłam je sobie koło łóżka i zachwycam się po przebudzeniu... (bu-ha-ha, robię się sentymentalna jak jaka gimnazjalistka... Zdaje się, że to prawda, że z wiekiem ludzie dziecinnieją :-))

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Sprawy kopytowe

Sobota pod znakiem werkowania. Niedziela - dzień otwarty w Gawłowie, czyli kupa gości.

W sobotę poczułam wolę bożą; wzięłam narzędzia Oblubieńcowe (+ swój mały tarnik hobby DICK) i przytargałam Hucyka pod kasztanowca. Hucyk próbował na początku zwiać (czyżby nie wierzył w moje UMIEJĘTNOŚCI...??? ;-) szybko doszliśmy jednak do porozumienia (ekspresowe wybiórcze 7 zabaw, do zadyszki ;-) i mały stał jak aniołek, przywiązany do ziemi. Na warsztat poszły zadki. Obniżyłam kąty wsporowe (vel piętki), skróciłam pazurki. Nawet nieszczególnie się umęczyłam. Mały odszedł zadowolony, że przeżył ;-) a pod drzewo nadciągnęła Siwka. Jej też uwiesiłam się na zadach. Tutaj było trochę więcej roboty, bo Siwe wyłupało sobie szpetnie kawał kopyta, nawet się dziwiłam, że nie kuleje... Siwe jednakowoż twarde jest; przycięło się, przypiłowało i Siwka śmignęła objadać przed-bramię.
Siwe chodzi już tam samo, na przywołanie lub pokazanie paluchem, aliści woli, gdy kręcę się tam razem z nią. Gdy wracam na podwórko, Siwe za chwilę też wraca. Ostatnio biegiem. Tak się pilnuje. Planuję zrobić eksperyment i przejść się naszą polna drogą z Siwką luzem. Ciekawe, jak daleko zajdziemy ;-)
Już po siwych kopytach czułam się jak po pakowaniu na masę. A jeszcze mnie licho podkusiło wziąć Fiśka. Tu spodziewałam się porażki, bo Szamanisko zaraz się pewnie znudzi, zacznie grymasić, nogi wyrywać... A jeszcze przywiązany tylko do ziemi...? Da mi popalić, jak nic...!
A tu siurpryza. Fisiu ani razu nie próbował zabrać nogi...! Miotałam się z obcęgami, ręce mi więdły, bo ten to dopiero ma róg jak się patrzy...! Tarnik potem ledwo trzymałam w łapach. Całe szczęście, że konie łażą ostatnio po bagnie a i deszcz popadał i kopyty lekko zmiękły...! Ledwo dałam radę, ale jakoś poszło. Oczywiście tylko przody, bo do zadów chyba bym się nawet nie dowlokła ;-) 6 kopyt jednego dnia - mój życiowy rekord :-) W niedzielę - zakwas totalny. Wolę sobie nie wyobrażać, co by było, gdybym nie pakowała na siłowni regularnie ;-)
I teraz oczywiście jest postanowienie - co tydzień trenujemy z narzędziami :-)

W niedzielę najazd gości-psiarzy. Buła oszalała, bo wśród gości znalazł się m.in. jej hodowca :-) Co psy wyczyniały, lepiej nawet nie wspominać; wystarczy, że napomknę, że w trakcie wizyty mieliśmy potężną burzę-gradobicie, po której psy popisywały się zapasami w błocie :-)

 photo DSCF4087_zpsfto3tca1.jpg

 photo DSCF4042_zpso6hs3n7e.jpg

 photo DSCF4082_zps2ojji3jb.jpg

 photo DSCF4049_zps6zwrgug7.jpg

Konie przyjęły gości chętnie, Siwe tylko poprosiło, żeby ją (pasącą się na podwórku) do koni wpuścić, ale na padoku ludźmi się interesowała, podchodziła, sterczała z błogą miną. Dzielny zwierzak zważywszy, że kiedyś wiała na widok obcych (a już mężczyzn - w szczególności).

 photo DSCF3911_zpsd94kmaop.jpg

 photo DSCF3824_zpszr3gg6rk.jpg

 photo DSCF3801_zpspqvl1kei.jpg

 photo DSCF3888_zpscydwg8fk.jpg

 photo DSCF3897_zpsmt8evfdq.jpg


poniedziałek, 13 czerwca 2011

Zwózka, wizytacje i inne

Siano zwiezione (15 bel), łąka odrasta na kolejny pokos.
Ekspresowo rośnie trawa u nas w tym sezonie, ledwo konie objedzą kwaterę, zamyka się toto a po tygodniu już widać odrosty...! Nadrzecze tak zarośnięte, że konie, jak wlezą w bagno, to ledwo je widać...! Ostatnio nie mogłam namierzyć Szamana, tak się zagłębił, nawet czubek ucha nie wystawał ;-) Żarcia tyle, że spaślaki siedzą w chaszczach 1-1,5 godziny i ledwo się dotaczają w okolice okrągłego wybiegu spać pokotem ;-)

 photo HPIM9005_zps6gfniy1k.jpg

 photo HPIM9011_zpsudy7erva.jpg

 photo HPIM9001_zpsr0xo7lp8.jpg

 photo HPIM8992_zps27tq0oto.jpg

Nijak się ich nie odchudzi, cholerka. Fiś znów ma żeberka pochowane a jak wygląda Hucyk to już lepiej nie mówić... Futerko przyciasne prawie mu się przeciera na łokciach ;-)) Nawet Siwe wygląda jak markowe AQH, taka okrąglutka. Chyba będę musiała zainwestować w kagańce z małą dziurką na pojedyncze źdźbła ;-) Tylko czy taki kaganiec nie jest zbyt łatwo zdejmowalny... Zaraz się porozbierają, typki... W sumie mogłabym przetestować takowy na Hucyku, który jest egzemplarzem zdecydowanie zagrożonym otyłością... Ostatnio narybek nie mógł się nadziwić w czasie jazdy patrząc na hucykowy cień, że może tak pod koniem brzucho wisieć ;-)

W sobotę, w ramach sprawdzania huckowego stanu umysłu, załadowałam się na małego. Na wędzidle. Mały najpierw wypruł trochę zbyt żwawo do przodu, ale zaraz się wyciszył. Czyżby jednak trochę się pod narybkiem popsuł ;-)?
Jazda sympatyczna, chyba się mały na Siwkę pod siodłem napatrzył, bo zaczął na wewnętrzną wodzę ramę west przybierać ;-) Do tego zwrotny, na dosiad chodzi (vel na focus: oczy-pępek...), stopy wali jak należy...
Pod narybkiem też grzeczny, na ostatniej jeździe przeszłyśmy nawet do kłusa na oklep, którego się trochę obawiałam, bo Hucyk nie lubi, jak go ludzkie kości w plecki gniotą (Bebo-Gośkę ostrzegawczymi brykami informował, że zaraz pośle ją na glebę ;-) Pod narybkiem niczego takiego nie sugerował. Może dlatego, że jazda narybku to właściwie savvy on line - narybek sobie pasażersko siedzi a Hucyk dyga różne manewry i figury na moją komendę ;-) Czyli cały czas rozmawiamy sobie z Hucykiem na temat pecking order :-)
Potem były popisy, bo narybkowa mama robiła fotki i filmiki, żeby w tygodniu oglądać i wspominać (narybek jest maniakalnym miłośnikiem końskim). Konie stanęły na wysokości zadania a Siwe poproszone na koniec o odniesienie hucykowego klasycznego siodła, którym jej nie kalam (bo nie-westowe ;-) grymasiło, żeby obciachu jej przy ludziach nie robić (po co te podchody? to odczulanie?) tylko założyć, zapiąć i iść ;-)

 photo DSC04082_zpsheg57qvy.jpg

 photo HPIM8967_zpsahczo35u.jpg

 photo HPIM8965_zpsn2gbkpkf.jpg

 photo HPIM8974_zpsc5omjvbh.jpg

 photo HPIM8970_zpsnwlzvz96.jpg

 photo HPIM8966_zpsrwqkla5k.jpg

 photo DSC04093_zpstvzo7sxs.jpg

 photo DSC04091_zpszuk254rc.jpg

 photo DSC04090_zpsavzizesr.jpg

Jeździecko na Siwce małe novum: zatrzymania zgięciem bocznym z kłusa... Nie dość, że od razu staje, to jeszcze siwa głowa idzie do mojego buta a Siwe flaczeje z westchnieniem...
Genialny koń... Zmieniłam jej wodze z Dark Podkowa na linowe, na dokładkę obciążone skórkami i Siwe już na sam ich ciężar się zaokrągla. W kłusie prawie przestała wyginać się odwrotnie (bad banana), wręcz przeciwnie: tak się uwypukla, że ledwo jej uszy widzę (cholerka, czy to aby nie auto-rollkur?? ;-) Muszę to koniecznie sfotografować lub wręcz sfilmować, żeby obejrzeć, jak wyglądamy. Znaczy ktoś musi, bo sama raczej nie dam rady ;-)

 photo HPIM8987_zpsmeljosph.jpg

W niedzielę za to wizytowanie 2 zaprzyjaźnionych stajni przydomowych w okolicy. Nomen omen wyemigrowanych na wiochę Warszawiaków ;-) Chyba powinniśmy założyć jakieś Kółko Gospodyń Eks-Miejskich czy czegoś w tym rodzaju ;-)

 photo HPIM8983_zpsst6evk8u.jpg

Oczywiście zapomniałam coś jeszcze o Siwce... Stale wzrastająca dzielność Siwki godna jest odnotowania: bo nie dość, że za bramę chodzi pasać się na goło, całkiem luzem, to na dokładkę prawie daje się wypsikać owadzim sprayem!! A po podwórku chodzi jak po swoim; nawet nie zerknie, gdzie konie... Staje z bezczelną miną przed sprężyną prądową, każe otwierać i z godnością osobistą zasuwa na trawnik przed dom :-)