"Pracuj nad sobą a z koniem się baw" Pat Parelli

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Powrót do cywilizacji

Po wakacjach :-(

 photo HPIM8008_zps2223bdbe.jpg

 photo HPIM8007_zps75be1813.jpg

Wróciłam, niestety :-( Donosów na bieżąco nie było (co zresztą łatwo zauważyć ;-), bo ani miałam czas w głowę się podrapać, że o włączeniu laptoka nie wspomnę... Co to się na wsi działo... Ło, Ludzie... Takiego zatyranego urlopu to ja jeszcze nie miałam... I jeszcze te jazdy końskie w międzyczasie...

 photo HPIM7992_zps3c17ae03.jpg
...wakacje na Gawłowie to tylko psy mają... ;-)

Od razu na początku z grubej rury: w sobotę (31 lipca) przyjechał do naszego bezstajennego pensjonatu nowy koń. Szaman przy nim to miniaturka... Nowy ma 20 lat, całe życie mieszkał w stajni i jest emerytowanym sportowcem-skoczkiem. Co zresztą udowodnił wyskakując w czasie naziemnego treningu z placu manewrowego ;-)

 photo HPIM7970_zps3d027ccf.jpg

Nowy poszedł mieszkać na padoki zastodolne, po godzinie dołączył do niego Niko (oczywiście pod okiem swojej Pani), który jest grzeczny, niekonfliktowy i bezproblemowy.

 photo HPIM7969_zps8cb71e1b.jpg

 photo HPIM7966_zps19b02f8d.jpg

Pierwszej nocy latałam oczywiście na padok sprawdzać, jak taki stajenny staruch znosi brak boksu, ale koleś od pierwszej nocy zachowywał się, jakby całe życie spędził pod gołym niebem :-)
Po 13 dniach połączyliśmy stopniowo stado (najpierw dorzuciliśmy chłopakom hucka a potem resztę). Nasi wyjątkowo zgodni, póki co. Owszem bywają kwiki i pofikiwania, bo Nowy jest niezłym dominantem, ale póki co regularnych nawalanek nie ma... Nawalanki odchodzą głównie pomiędzy Siwką a huckiem; raz nawet urządzili popis przy gościach. Gości zatkało. Pewnie myśleli, że koniki to takie puci-puci zwierzątka przemiłe... A to cholery są... I co im taki carrot zrobić może... Siwe wyszło z walki z pokąsanym guzem na łopatce wielkości dłoni... A huckowi jak zwykle NIC...
Szaman na Nowego się krzywi, ale śmiałości, żeby otwarcie się sprzeciwić nie ma. Pozerkuje tylko na niego z ukosa.

 photo SNV19976_zpsc584c976.jpg

 photo SNV19974_zps36f69274.jpg

 photo SNV19971_zps7066d5ca.jpg

 photo SNV19961_zps440c37ef.jpg

 photo SNV19959_zpsdcc2f147.jpg

 photo SNV19957_zps6a13b80a.jpg

 photo SNV19953_zps198cb4aa.jpg

 photo SNV19945_zps2620fb6a.jpg

Jazdy odchodziły na hucku, mimo, że obiecałam Szamankowi, że on też się załapie (ma taką żałosną minę, gdy widzi te ciasteczka inkasowane przez huculską paszczę za wybitnie ładne pod-siodlane manewry ;-)
Hucek zrobił się koń jak złoto (8 wspólnych treningów odbyliśmy); nie dość że po ranchu (przystosowuję małego jako konia ranczerskiego; np. zamiast osobiście łazić i sprawdzać stan ogrodzeń, robimy to z siodła) pomyka elegancko, to i w malutkie tereny zaczęliśmy się wypuszczać. A wodza w pozycji casual tak mi się wryła w nawyk, że już inaczej nie potrafię ;-) Hucyk skręca, zatrzymuje się i cofa zasadniczo bez użycia wodzy (mimo, że wędzidło w pysku nosi - mamy wyglądać po kowbojsku ;-) I włazi ze mną na pleckach, wszędzie gdzie się go poprosi: ostatnio w bagno (rzeka znów lekko wylała), w chaszcze i rumowiska kamienne. A łazić zaczął za mną jak psinka :-)

 photo SNV19854_zps24fe6737.jpg

 photo SNV19856_zpse4694827.jpg

 photo SNV19866_zps1f09937c.jpg

 photo SNV19881_zpsd957caf1.jpg

 photo SNV19894_zps24e21288.jpg

 photo SNV19916_zps122f7b67.jpg

2 razy na jazdę poszła Siwka (pod Alą); ostatnia jazda po raz pierwszy w podkładce do jazdy na oklep (stęp i kłus). Siwe zachowuje się jak koń chodzący pod jeźdźcem od lat, tyle powiem. Chodzi na luzaka, robi przejścia pomiędzy chodami i w obrębie chodu (wydłużanie, skracanie kroku) na samo podniesienie/obniżenie energii, kręci esy-floresy od dosiadu... Czasem tylko grzecznie zapyta: a może już skończymy, hę? Ech, fajny koń z tej Siwki się zrobił... Można ją po prostu wziąć z padoku, osiodłać, wsiąść i pojechać. Żadne pre-fly check'i jej niepotrzebne... Cuda jakieś...

 photo HPIM7977_zps60dabdf1.jpg

 photo HPIM7980_zpsd5df8686.jpg

 photo HPIM7982_zps2dad2b50.jpg

 photo HPIM7983_zps91e9a641.jpg

 photo HPIM7985_zpsd5f55d3d.jpg

 photo HPIM7988_zpsb1dbf382.jpg

W zakresie prac budowlanych - szaleństwo...

 photo HPIM8002_zps902435c5.jpg

Drewniana stajnia (obecnie magazyn z sianem) prawie dokończona, stodoła w 1/3 obalona (konie mają w końcu szerokie przejście a my widok z podwórka na ich wyczyny), wylewki w starej stajni zrobione w eks-boksie Szamana, Nika i hucka (czyli na korytarzu ;-) Została jeszcze eks-Siwka i część korytarza. Nasz lokalny padock paradise zaczyna nabierać barw, mamy już pokaźną górkę w głazami i kłodami, spore, stale powiększające się kamienno-żwirkowe poletko wokół poidła i w przejściu na leżakowanie pod kasztana. Konie-pensjonaty chętnie sterczą na żwirku, nasi na górce.

Obecnie* trwa projektowanie wiaty i okolicznych urządzeń, m.in. chcemy zbudować wybetonowany basenik do moczenia kopyt.

* obecnie to ja siedzę w biurze, niestety. Ale ma to też swoje dobre strony: dostęp do kompa z odpowiednim oprogramowaniem ;-)

O hucku jeszcze: na 3. treningu miał miejsce incydent waleczny. Po jeździe na placu wybraliśmy się w mały teren siodlano-spacerowy. Poszliśmy kawałek drogą główną, na której hucek podjął samodzielną decyzję o powrocie do domu. Akuratnie była to część spacerowo-naziemna naszej wycieczki. Stoczyliśmy bój zaciekły (okraszony wspinaniem się, warczeniem i próbami atakowania), który wygrałam. Żeby jednak nie przeginać, a jednakowoż na swoim postawić, poszliśmy jeszcze kilka kroków naprzód i wróciliśmy do domu. Hucyk był strasznie zły, ja miałam lekkie wyrzuty sumienia. Pewnie huckowe progi poprzekraczałam i dlatego mały się zbiesił... Potem była 3-dniowa przerwa w naszym obcowaniu, bo nie było czasu (budowlanka odchodziła). Po przerwie jednakowoż okazało się, że hucek nie dość, że nie chowa urazy, to na dokładkę patrzy na mnie z wielkim szacunkiem w oku... A jakość naszej współpracy jeździecko-spacerowej zdecydowanie poszybowała w górę... Znaczy się, lidera potrzebował ;-)

 photo HPIM8016_zps7fdb5e4b.jpg

 photo HPIM8013_zps1d7bee67.jpg

piątek, 30 lipca 2010

Siedzę jak na szpilkach

W robocie, z plecakiem wypełnionym do połowy końskimi klamotami. O 17.00 fru! na wioskę, na 2 tygodnie. Jak mnie Oblubieniec dopuści, to może co skrobnę, na bieżąco, na laptoku.
Oj, będzie się działo! Jutro przybywa nowy koń, ale naszym kopary opadną ;-)
Przez ostatnie dni pilnie studiowałam wszelakie płytki freestylowe, liznęłam też co-nie-co z finezji...Czuję w sobie moc ;-) Hucyk (i cała reszta) - szykujcie się do boju :-)

poniedziałek, 26 lipca 2010

Załamanie pogody

No i dobrze! Ileż to czasu można słońce znosić... Konie w końcu przestały sterczeć przez pół dnia pod kasztanowcem, więcej łażą, nawet zaczęły się ostatnio kłócić, tak im się energia podniosła :-) Choć może to nie przez pogodę... Wałachy wszystkie 3 zaczęły cudować, nie wiem, czy Siwe nie zamierza mieć rui ;-)
Mimo wybitnie jeździeckiej aury znowu nici z końskich działań :-( Dzień zdecydowanie za szybko upływa na wsi i zanim się człowiek obejrzy, już noc...

Korzystając z ochłodzenia ruszyliśmy z kopyta z budowlanką; m.in. zaczęliśmy rozbierać stodołę (deska po desce), przygotowywać podłoże w starej stajni pod wylewkę, kopać kolejne rowy na zastodolu i usypywać mega-górkę. Już teraz możemy robić niezłą hill therapy, a co to dalej będzie... Ani chybi koniom grozi wspinaczka wysokogórska :-)

 photo SNV19772_zpsee7ee966.jpg

nie obyło się bez atrakcji ;-)
 photo SNV19767_zpsabe7ad54.jpg


Fisiu już jest kontenty, przyszedł zajrzeć za stodołę, gdy kopaliśmy (i zrobić grzecznie kupę w narożniku padoku ;-), przeszedł się śmiało po górce, przeparadował, po czym kwiknął, walnął pół-pirueta i ze 3 foule zagalopował! Taką formę prezentuje :-) Wabi mnie, jak może, żeby wsiadać ;-)) A ja mu tylko obiecanki-cacanki...
Siwe doczekało się nowych kopytów, wszystkich 4. Przy okazji wyszło szydło z worka, czyli rozpuszczenie Siwki sięga zenitu! Tak grymasiła przy werkowaniu, że zgroza! Gapiła się na wszystkie strony, wykręcała, nożyskami pofajtywała (bo cię kopnę, uważaj! udawała) od czasu do czasu... Parę razy musiała oberwać 4. fazę vel mieć zrobionego lidera, taka była nieznośna! Niko cały czas asystował, sterczał pod nogami, przeszkadzał. Co się go przegnało, zaraz wracał. Fisiek z huckiem kursowali na łąkę-z łąki, darli się, nawoływali, wracali galopem i z powrotem wędrowali na trawę... Za każdym razem nieodmiennie zadziwieni, czemu reszta stada za nimi nie podąża... Diabelstwo jakieś w te konie wstąpiło ostatnio ;-) Zdecydowanie trzeba im przykręcić śrubki, ot co! Ostatnie ich podrygi, jeszcze tego nie wiedzą... Za tydzień mam urlop (16 dni wolnego). Ja im wtedy pokażę :-))

Tak poza tym, w przypływie desperacji (mężczyźni ciągle mają coś ważniejszego do roboty), zaczęłam kończyć osobiście kładzenie płytek ceramicznych w pokoju. Gdybym wiedziała, że to takie proste, już dawno podłoga byłaby gotowa :-) Zmobilizowała mnie Bułka-Bibułka Niszczycielka, która zamknięta w ganku sam na sam z workami kleju, zajęła się dwoma napoczętymi. Trzeba było szybko wykorzystać, bo by się rozsypany klej zmarnował. Przykleiłam 15 sztuk, za tydzień będę kontynuować. I może w końcu zapanuje cywilizacja a nie wieczna budowa w chałupie ;-) Na dokładkę mam już upatrzone fajne tanie regaliki w IKEI. Po pensji się zakupi, się skręci, się postawi. I będzie cudnie. I przestaną się walać różne rzeczy po różnych miejscach. Zwłaszcza, że walają się same z siebie i trudno je potem znaleźć ;-)

Powolutku zaczyna mi się chcieć ;-)
Wieczorami oglądam sobie DVD szkoleniowe, rozmaite i już oczyma duszy widzę, jak na Siwce trzaskamy figury reiningowe... Nie ma to jak wizualizacja. I myślenie pozytywne :-))

A oto newsik z ostatniej chwili: w sobotę przyjeżdża do nas nowy pensjonariusz. Podobno wypłoszowaty. He, he, w takich to my się specjalizujemy. Zaraz się kolesia zmuli ;-)

poniedziałek, 19 lipca 2010

Bezsens jeździecki mnie ogarnął

Zastanawiam się tylko, czy to przejściowe...? Bo mam coraz częstsze nawroty nie chce mi się jeździć, bo i po co...

W piątek na wieś wyruszyliśmy gromadnie, w 5 osób. Po drodze złapała nas ulewa (lało od Łomianek do Modlina), mieliśmy nadzieję, że na wsi też lunęło, a tu guzik. Owszem, popadało, ale niezbyt obficie, więc nadal było duszno i sucho... Na miejscu od razu powstał straszny zamęt organizacyjny, w którego wpadłam sam środek. Część towarzystwa (Ala z Gośką + dzieciaki z sąsiedztwa poszli sobie pojeździć, ja niestety, musiałam, zająć się domem). Zdążyłam jednakowoż zajrzeć za stodołę i zobaczyć, jak Gośka jeździ na Niku. Na początku dziecię miało cykora, bo od paru lat w zasadzie nie jeździ (wsiądzie może raz na pół roku) a Nika jeździecko nie zna. Obie tak mamy, że do cudzych koni wyrywamy się z niechęcią ;-) Ala wzięła więc Gośkę na długą linę, trochę pokłusowały a potem były galopy. Gośka była z siebie dumna, chodziła nabzdyczona jak jaki paw albo i indyk a następnego dnia też zażądała jazdy ;-) Jazdę prowadziłam ja (na początku bebo kazała się wziąć na linę) a ponieważ z Nikiem bawiłam się tylko raz, więc niezbyt dobrze znam typa. Typ kręcił nami jak chłopem w sądzie ;-) Najchętniej by stał i się miział w środku koła. Cóż, ostatnio konie kojarzą mnie głównie jako ubijacza much. Lider, jaki lider...??

Na hucka udało mi się wsiąść raz, w sobotę o 7.00 rano, po 3 godzinach snu. Formę oczywiście prezentowałam kwitnącą i takaż była nasza jazda ;-) A raczej pseudo-jazda, bo snułam się na małym bez sensu, wręcz żałośnie. Mały oczywiście od razu się zniesmaczył, że co to ma niby być...? Zaczął odstawiać jakieś niby-wypłochy, poszliśmy więc na okrąglaka ustalić pewne sprawy. Po raz pierwszy było okrążanie w galopie, skoro kolega miał ochotę na aktywność i emanował energią... Ruszył ostro z kopyta, chyba myślał, że galop to był jego pomysł i mnie zaskoczy albo i zastraszy ;-) Gdy ze 2 razy poprosiłam o zmianę kierunku i kontynuację galopu, mały zaczął podejrzewać, że to chyba jednak nie on tutaj klocki rozdaje i zaczął z irytacją wywijać głową, o mały włos się nie wyglebił. Raz nawet próbował do mnie podbiec z groźnym obliczem, a nóż się przelęknę...? Śmieszny taki... W końcu się uspokoił, wyparskał, gębą wymielił, wsiadłam przejechałam kawałek i skończyliśmy.

Ala wsiadała na Siwkę raz, w piątek po nocy! Żeby Siwka nie odwykła. Gośka była w końcu świadkiem, że na Siwce da się jeździć a mimo to kręciła głową z niedowierzaniem... Ala jeździła prawie po ciemku, na najdalszej łące, nad rzeką, która zawsze była dla koni straszliwa, bo tak gęsty busz brzegi porasta. A w buszu pewnikiem coś siedzi... (przynajmniej Szaman zawsze tak twierdził i zawsze wracał stamtąd z kwikiem, galopem). Siwe tak się bało, że od niechcenia co i raz w czasie jazdy łapało w gębę jakiś badylek, w charakterze przekąski :-)

poniedziałek, 12 lipca 2010

35 stopni w cieniu...

Poziom energii życiowej trochę mi się podniósł (mimo upałów), w końcu konie zostały tknięte (jednym palcem, ale dobre i to ;-)

W piątek w ostatnim momencie do autobusu Paweł (Warszawa-Nasielsk) wpadła Ala, pojechałyśmy na wioskę. Na miejscu zastałyśmy konie koczujące zbiorowo pod kasztanowcem-wiatą, na podwórku. Oblubieniec wdrożył w tygodniu moje weekendowe rozwiązanie, czyli pozwalanie koniom na łażenie łąka-pod kasztana-za stodołę, wedle zwierzęcego życzenia :-)
Po jako-takim ogarnięciu się (i ogarnięciu obejścia) wzięłam się za hucka. Żeby nie było wątpliwości: nie dlatego się za niego wzięłam, że mi się chciało, ale dlatego, że nie wypadało się nie wziąć przed obliczem Ali ;-)
Ala wcześniej umęczyła Nika, potem wzięła się za Siwkę na okrągłym wybiegu a my z huckiem hasaliśmy na łące. Komary gryzły mnie niemiłosiernie (o 21.30 zachciało mi się jeździć!) zwłaszcza w plecy, bo się, głupia, niczym nie wypsikałam. Hucka to i owszem, wysmarowałam mazidłem i jego tylko co niektóre robale męczyły... Cóż, nasza jazda szczytem kunsztu jeździeckiego nie była ;-) Ala bawiła się z Siwką na zastodolu z ziemi a my jeździliśmy na równoległej łące. Było w miarę spolegliwie, dopóki Siwka nie została odprowadzona pod stajnię, siodłać się. Hucek zbystrzał momentalnie, uszy wyszczerzył w przód, urósł (prawie jak Szamanisko). Nie żeby od razu prawa półkula, ale czuj mi się włączył momentalnie. Bo taka bystrość u hucka to rzecz nadzwyczajna. Nie chciałam zsiadać (zaraz wyciągnąłby słuszne wnioski, że łatwo mnie zastraszyć żywszym temperamentem - fakt, wolę ślamazary ;-), umyśliłam więc zająć umysł małego gada esami-floresami, przejściami i innymi wymyślnymi , nagłymi poleceniami. Mały trzaskał wszystkie wymyślne ewolucje bez szemrania, jednakowoż z takim poziomem energii, że ho-ho! jednocześnie cały czas usiłując dryfować w kierunku wyjścia... Postanowiłam nie prowokować gadziny (potrafi się postawić) i pojechaliśmy jeździć z widokiem na Siwkę, na skraju łąki, z którego widać przedstajnię. Skończyliśmy ugodowo, nawet ciasteczko dostał :-) I poszliśmy asystować Ali i Siwce w jeździectwie.
Siwe miało przerwę w karierze od 21 czerwca (sprawdziłam na własnym blogu, to i wiem ;-) ale pod jeźdźcem zachowywała się jak stara, rekreacyjna wyga. Nie dość, że bez wypłochów, to jeszcze stosowała malutkie gierki znudzonego lewopółkulowego konia: a to do bramki zadryfowała, a to czegoś tam zrobić nie chciała, a to za blisko ogrodzenia złośliwie próbowała chodzić... O, jak się wyrabia... Ponieważ Ala uznała, że Siwe jest bystre, szybko się uczy i zaczyna się nudzić, postanowiła zakłusować. I tym samym pierwszy samodzielny (nie na sznurku) kłus pod jeźdźcem Siwka ma za sobą. Na piątej jeździe :-) Niby nic takiego, a jak na wariatkę osiąg to nie mały :-) Wprawdzie było to tylko po parę kroczków w obie strony, ale liczy się jakość, nie ilość :-)
Szaman się nie załapał na trenowanie, bo noc zapadła, ale na szczególnie zmartwionego nie wyglądał ;-)

W sobotę kolejne jeździectwo, z mniejszym animuszem, bo GORĄCO a jazda wypadła nam o 16.00... Całe szczęście, że od akacjowych zarośli cień zaczął na zastodole nachodzić...
Znowu: ja - hucek, Ala - Siwka.
Początkowo Ala skupiła się na pracy z ziemi a cel postawiała sobie szczytny aliści syzyfowy (jak na krótkie ramy czasowe i upał): doprowadzić do rozluźnienia Siwki w czasie okrążania w kłusie. Cóż, trochę się kobył zeszmacił kłusem, zasapał, zanim coś tam zakombinował z głową w dole, ale bardzo szczątkowo i przez króciutkie chwile...
Okrążanie w stępie (kiedyś zadanie awykonalne) Siwka w końcu opanowała elegancko :-) Mijemy nadzieję, że i na spokojny kłus przyjdzie kiedyś pora :-) Potem było wsiadanie i jazda, tym razem z większą ilością kłusa :-)
Moja aktywność na hucku nie podobała mi się zdecydowanie. Hucek, mimo, że w towarzystwie Siwki (za którą łazi jak pies, która jest jego i z którą się nie rozstaje!), cały czas kombinował. A to, że w krzakach straszy, a to, że co tam na podwórku?? Wałachy tam siedzą i nic nie robią... Albo, o zgrozo, żrą...! bez niego...?? Zero koncentracji, gapienie się, podrygiwanie... Ze 3 razy zsiadałam, dawałam wycisk na linie i wsiadałam ponownie. I odpoczynek przy straszących krzakach. Nawet WHOA! ulubiona komenda mu nie wychodziła... A cofanie? Koszmarne, krzywe jakieś... Skandal. Czekałam tylko na jakiś pozytywny manewr, żeby móc zakończyć tę przyjemną jazdę ;-) Po długich bólach (spod kasku się ze mnie lało) otrzymałam w końcu piękne zatrzymanie i cofanie, więc z westchnieniem ulgi mogliśmy zaprzestać.
Po zdjęciu siodła ani krzaki nie były straszne, ani kolesie interesujący... Hucek-Łazja sterczał koło mnie z zadowoloną miną i ani myślał odchodzić... Nawet na opony wlazł bez liny... O Kłamczuch Jeden, wozić się mnie mu nie chciało, ot co!
W sobotę pod wieczór Ala sobie pojechała, więc w niedzielę jeździectwa oczywiście nie było. Samej to mi się nie chce. Nie ma co obwijać w bawełnę :-)
Za to wróciła w poniedziełek i wieczorem doniosła mi, że jeździła 20 minut na Siwce i 2 okrążenia okrąglaka kłusem bez korekty wykonały :-)
Cholera, coś czuję, że nadejdzie kiedyś ten czas, że i ja odważę się wsiąść na własnego konia ;-)))

Aj, aj o Fisiu zapomniałam napisać, jak można było pominąć Pusiołka...!
Fisiu jeździectwa się nie doczekał. W piątek, jako się rzekło, z powodu egipskich ciemności, jakie zapadły, gdy skończyłam działania z huckiem, a w sobotę z powodu upału (i tego, że się na małym jeździecko umęczyłam). Ale siodłanie i zabawy z ziemi pod krzakami akacjowymi były. Prowokacyjne, bo zostalismy sami na zastodolu, reszta koni siedziała na podwórku pod kasztanem. Fisiu sprawował się godnie. O jaki on zdyscyplinowany i opanowany się robi... Żadnych pokwików, ciągnięcia w stronę podwórka... A, Mój Cudaczek Ulubiony :-)))

wtorek, 6 lipca 2010

Upał & kupa much

To tak w skrócie, reasumując temat przedłużonego o 1 dzień weekendu...
Mój poziom energii życiowej jest bliski ZERU (tyle tylko, by cały weekend poświęcić na czytelnictwo - fantazy na tapecie), koni zresztą też. Dni otwarte trwają, konie przewalają się po posiadłości, okazjonalnie urządzając jakiś kłus przez podwórko czy łąkę (Fisiek prezentuje zazwyczaj kwiczące zagalopowanie bez śladu kulawizny) z powodu nadmiaru latającego świństwa... Smarowanie i psikanie różnymi anty-bzzzz... niewiele daje, zamiast stada owadów obsiaduje konie stadko (dobre i to).
Konie się popsuły, włażą na człowieka jak diabli, byle tylko pozbyć się krwiopijców. W związku z powyższym nasza najnowsza zabawa to aktywność pt. packa na muchy (częściowo ubijam na koniach owady a od czasu do czasu przywołuję towarzystwo packą do porządku. Rodzaj zmodyfikowanego carrota, informujący, że oto naruszono moją strefę osobistą albo i, o zgrozo, intymną ;-) Najmniejszy entuzjazm do zabawy z packą przejawiał na początku hucek, ale dość szybko porzucił obawy, że to jakaś wyrafinowana odmiana kijoterapii ;-) Dzikiej packa nie rusza, dygnie co najwyżej, gdy klapsnę znienacka i tyle.
Z pozytywów: pierwsze psiakanie hucka od razu na wolności (stał zadowolony z błogą miną), pierwszy psik wykonałam pro forma na siebie, żeby zobaczyć co będzie, mały nawet nie chrumknął... Resztę kolesiostwa brałam po kolei na sznurek, bo dziadostwo lubi ostatnio dryfować, nawet Arcy-Grzeczna. Nie żeby ze strachu. Raczej z wyraźnego rozluźnienia atmosfery (lider zrobił się ostatnio zdecydowanie mniej wymagający, grzech nie skorzystać... ;-)
Siwe psikanie zniosło godnie, upomniane, że był rozkaz STAĆ w MIEJSCU, wybałuszyła gały i zamarła. Robiłam 2-psik + rozsmarowanie. 3-psik był granicą siwej wytrzymałości psychicznej, której nie przekroczyłyśmy. Ale niech dzika nie myśli, że psikanie było incydentalne, że powrócą w pełni akceptowane żele. Właśnie jadę po odbiór kolejnych psikaczy (zamówiłam 2 różne, testujemy rozmaite preparaty. TRI-TEC się skończył a kolejnego nie kupię, bo cena zaporowa...).
W poniedziałek wpadła na chwilę Ala, ale jeździectwa nie było, ot kazała tylko rudemu pobiegać w celu podbudowy muskulatury (2 tygodnie przerwy w body-buildingu u całego stada), rudy oczywiście protestował, że nie trzeba, że dobrze wygląda, udawał, że nie rozumie, co znaczy od-drivingować na okrąglak spod ulubionego końskiego kasztanowca i wiaty zapchanej sianem... W końcu poszedł z żałosną miną, nawet Fisiu się nad nim użalił (ostatnio Panowie się kolegują), wyjrzał zza stodoły i zarżał ze zgrozą na widok trenującego w kłusie kumpla ;-)

A nasza Bułka-Bibułka (bulldoga amerykańska) była w niedzielę na Międzynarodowej Wystawie w Siedlcach i przywiozła 2 puchary :-)
I miejsce jako młodzież i III w Best in Show :-)

 photo HPIM7894_zpsa16ae372.jpg


 photo HPIM7888_zps4bac36e4.jpg

 photo HPIM7887_zps0e03b437.jpg


czwartek, 1 lipca 2010

Zwieźlim...

...siano. Przy pomocy bliższej i dalszej okolicznej ludności, w przeważającej większości nieletniej. Dostąpiłam zaszczytu wykańczania zwózki opóźnionej z przyczyn niezależnych (awarie sprzętu). Wczoraj po pracy pognałam na wieś, po 20.00 wzięliśmy się do roboty, skończyliśmy po 22.30. Trochę się dziś w robocie nosem podpieram, ale w sumie jestem zadowolona... Wszystko elegancko zmieściło się w nowej stajni-stodółce, zostało nawet trochę luzu :-)
Niniejszym rezygnujemy z budowy nowej stodoły, dostawimy w ciągu drugą drewnianą szopę na modłę obecnej i styka. A obecną eks-stodołę się do końca obali i zrobi na jej miejscu o wiele mniejszą końską wiatę. Tym samym otworzy nam się widok na zastodole i rzekę oraz na konie. Już teraz ich ciemne sprawki nie pozostaną niezauważone ;-)

A Siwe wczoraj przywitało mnie głośnym wrzaskiem-rżeniem. Chyba moja niezapowiedziana wizyta zrobiła na niej spore wrażenie. Mam nadzieję, że nie był to, jak twierdzi Oblubieniec, ryk przerażenia (o nie! znowu 7 zabaw??? ;-)