Wizyta bez-zdjęciowa, bo Bebo pociąg uciekł sprzed samego nosa... Mimo ścigania go autobusem miejskim przez 2 stacje... a foty fajne być mogły :-(
...bo spacer z Siwą w ręku (po ponad 2 latach nie-wychodzenia), na którym Zwierzę potwierdziło, że jest koniem spokojnym i zrównoważonym bez towarzystwa innych koni, z dala od swojego miejsca zamieszkania... Były ćwiczenia w terenie z podnoszeniem i obniżaniem energii, były chody boczne wzdłuż drogi, było wysyłanie naprzód i powrót na przywoływanie, były marsze w strefie 3. z dość precyzyjną regulacją tempa... Siwe - koń idealny. Nie spodziewałam się aż takiego zgrania z moją osobą...
...bo był też dawno temu zapowiadany kolejny test bezterlicówki (która de facto okazała sie podkładką do jazdy na oklep). Zaryzykowałam zakup niemieckiego potnika/czapraka z panelami, reklamowanego jako polecany pod siodła bezterlicowe (jakoś niedawno objawił się na allegro, wcześniej go nie widziałam, mimo usilnych poszukiwań) w cenie nie-żeby-jakoś-specjalnie-wygórowanej i okazało się, że sprawdził się wyśmienicie. Przynajmniej podczas krótkiego testu na Hucu. Bezterlicówka straciła status podkładki do jazdy na oklep, kręgosłupa Huca pod mym dupskiem nie wyczułam. Ale może dlatego, że się znowu Mały niemiłosiernie upasł ;-)
A grzeczny był pod siodłem, jak rzadko kiedy... I to prawie w terenie, bo na zabramiu ;-)
Oba konie wyraźnie zadowolone, że zostały tknięte Pańską Ręką, moje ego zostało bardzo podbudowane :-)
"Pracuj nad sobą a z koniem się baw" Pat Parelli
poniedziałek, 15 września 2014
niedziela, 31 sierpnia 2014
30 sierpnia 2014 - schyłek lata...
sobota, 16 sierpnia 2014
15 sierpnia 2014 - kopyta
...wczorajsza wizyta pod znakiem kopyt (Heniu, Fisiek, Siwka).
I tyle. Wsiadać mi się nie chciało (bo i po co?), wolę się z końmi powłóczyć po padokach, niż im plecy ugniatać. One zresztą też wolą, żeby ich nie ugniatać ;-)
Z Białą jak zwykle - małe ćwiczonka odwrażliwiające na różne drobnostki, żeby nie powiedzieć głupoty, które dla naszych koni nigdy nie stanowiły problemu, a Białą bardzo niepokoją. Ot, jak chociażby masowanie kantarkiem+liną grzbietu, szyi, brzucha... czy dotykanie okolic popręgu...
Pokój Kazia (i mój) powoli się buduje, są powidoki, że od przyszłego roku będziemy się zwalać na wieś gromadnie i regularnie ;-)
Aaa, bo jest i news rzucony wczoraj mimochodem... być może zanosi się na małego srokatego kucyka dla Kazia ;-)))
News nr 2 - ponieważ u Kalley K. pojawiła się nagle i niespodziewanie Bardzo Wielka Wyprz Sport of Reinning (S.Flarida) to... Ci, co mnie znają, to niech sobie dośpiewają, co zrobiłam :-)))
I tyle. Wsiadać mi się nie chciało (bo i po co?), wolę się z końmi powłóczyć po padokach, niż im plecy ugniatać. One zresztą też wolą, żeby ich nie ugniatać ;-)
Z Białą jak zwykle - małe ćwiczonka odwrażliwiające na różne drobnostki, żeby nie powiedzieć głupoty, które dla naszych koni nigdy nie stanowiły problemu, a Białą bardzo niepokoją. Ot, jak chociażby masowanie kantarkiem+liną grzbietu, szyi, brzucha... czy dotykanie okolic popręgu...
Pokój Kazia (i mój) powoli się buduje, są powidoki, że od przyszłego roku będziemy się zwalać na wieś gromadnie i regularnie ;-)
Aaa, bo jest i news rzucony wczoraj mimochodem... być może zanosi się na małego srokatego kucyka dla Kazia ;-)))
News nr 2 - ponieważ u Kalley K. pojawiła się nagle i niespodziewanie Bardzo Wielka Wyprz Sport of Reinning (S.Flarida) to... Ci, co mnie znają, to niech sobie dośpiewają, co zrobiłam :-)))
niedziela, 27 lipca 2014
26 lipca 2014 - wizytacja w upale
Wizyta w towarzystwie Gośki, ale znów bez zdjęć, bo nie chciało mi się aparatu z plecaka wyciągać (i go potem pilnować), a Gośce zaciął się telefon... Zresztą nie bardzo było co fotografować, bo konie albo pod wiatą, albo skubiące trawę. Też mi emocjonujące widoki ;-)
Fiskowi popsuło się kopyto, ropień chyba jakiś, żal patrzeć, jak kica z opatrunkiem i podpiera się czubkiem kopyta... Przeleżał pod wiatą ze 2 godziny, ale jak zaczęłam siano po padoku rozrzucać, to się zmotywował, biedak, i wstał... Znów zaczął gadać i nawoływać, zwałaszcza, gdy spostrzegł, że Siwe ciasteczkami podkarmiam, a on nie bardzo może szybko i sprawnie przybyć i swoją część pobrać... Minę miał tak żałosną, że pół seszetki dostał z ręki za nic (czego w jego przypadku raczej nie praktykuję) i co go momentalnie rozbeszczelniło i wzmogło skubanie mojej osoby do granic nieprzyzwoitych wręcz. No bo chory, więc mu się należy... Taki typ...
Siwa gruba niepomiernie, wyraźnie wyróżnia się ilością tkanki tłuszczowej. Huc przy niej to szczuplak niemalże... I zaczyna mnie to lekko niepokoić, bo może czerniak zaczyna dawać o sobie znać w ten sposób? może zaburzenia hormonalne jakieś? no bo niemozliwe, żeby jedząc to samo, co inni (siano, trawę), aż tak obrastała tłuszczem...?
Bebo Gośka zauważyła jednak przytomnie, że Siwej matka (100% folblut) w tym wieku też była nieźle spasiona. Więc może gen otyłości ;-) Tak, tego się trzymajmy. Że to gen ;-)
Z Białą Gośka urządziła małe brawerie. Wysmarowałam anty-owadem wszystkie konie, Biała mi tylko została do oporządzeni, ale że się Gośka napatoczyła akuratnie, to ją oddelegowałam do tego zadania. Gośka chętna, bo ją osoba arabki wyraźnie nęci, poleciała zaraz do niej z liną i kantarkiem, ale najpierw - ponieważ się jej lekuchno cyka- zapodała jej Monty Robertsa. Okrągłego wybiegu już nie mamy - poległ, może ze 3 słupki z ziemi sterczą - więc ganianka na padoku była. Z arabką o tyle dobrze, że ona nieszczególnie lubi być odganiana, trzyma się więc blisko, szczurzy i próbuje ganiankowego zastrzaszyć. I bardzo dobrze - się człowiek nie nalata zbytnio ;-) Trwało może ze 2 minuty, jak Biała się Gośce przyjrzała a za chwilę nawet parę kroczków podążyła. Wystarczyło, szczurzenie ustało, Gośka wzięła arabicę na śnurek i wypomadowała :-)
Fiskowi popsuło się kopyto, ropień chyba jakiś, żal patrzeć, jak kica z opatrunkiem i podpiera się czubkiem kopyta... Przeleżał pod wiatą ze 2 godziny, ale jak zaczęłam siano po padoku rozrzucać, to się zmotywował, biedak, i wstał... Znów zaczął gadać i nawoływać, zwałaszcza, gdy spostrzegł, że Siwe ciasteczkami podkarmiam, a on nie bardzo może szybko i sprawnie przybyć i swoją część pobrać... Minę miał tak żałosną, że pół seszetki dostał z ręki za nic (czego w jego przypadku raczej nie praktykuję) i co go momentalnie rozbeszczelniło i wzmogło skubanie mojej osoby do granic nieprzyzwoitych wręcz. No bo chory, więc mu się należy... Taki typ...
Siwa gruba niepomiernie, wyraźnie wyróżnia się ilością tkanki tłuszczowej. Huc przy niej to szczuplak niemalże... I zaczyna mnie to lekko niepokoić, bo może czerniak zaczyna dawać o sobie znać w ten sposób? może zaburzenia hormonalne jakieś? no bo niemozliwe, żeby jedząc to samo, co inni (siano, trawę), aż tak obrastała tłuszczem...?
Bebo Gośka zauważyła jednak przytomnie, że Siwej matka (100% folblut) w tym wieku też była nieźle spasiona. Więc może gen otyłości ;-) Tak, tego się trzymajmy. Że to gen ;-)
Z Białą Gośka urządziła małe brawerie. Wysmarowałam anty-owadem wszystkie konie, Biała mi tylko została do oporządzeni, ale że się Gośka napatoczyła akuratnie, to ją oddelegowałam do tego zadania. Gośka chętna, bo ją osoba arabki wyraźnie nęci, poleciała zaraz do niej z liną i kantarkiem, ale najpierw - ponieważ się jej lekuchno cyka- zapodała jej Monty Robertsa. Okrągłego wybiegu już nie mamy - poległ, może ze 3 słupki z ziemi sterczą - więc ganianka na padoku była. Z arabką o tyle dobrze, że ona nieszczególnie lubi być odganiana, trzyma się więc blisko, szczurzy i próbuje ganiankowego zastrzaszyć. I bardzo dobrze - się człowiek nie nalata zbytnio ;-) Trwało może ze 2 minuty, jak Biała się Gośce przyjrzała a za chwilę nawet parę kroczków podążyła. Wystarczyło, szczurzenie ustało, Gośka wzięła arabicę na śnurek i wypomadowała :-)
niedziela, 29 czerwca 2014
28 czerwca 2014 - urlop...
...a właściwie po urlopie... U koni byłam raz, wczoraj, i widziałam je przez 3,5 godziny...
Smętnie jest :-(
Konie zadowolone z życia i w dobrej kondycji (psychicznej), fizycznie też niczego sobie; oczywiście fizycznie wizualnie, bo fizycznie fit to już niekoniecznie ;-)
Naszło mnie poganiać trochę osobniki o maści jasnej i wyszło szydło z worka. O ile osobnik Biała polatać se ewidentnie lubi i mimo, że nie w treningu, kondycję jakąś tam ma, o tyle osobnik Siwa jest gruba miętka galareta i polatać se nieszczególnie lubi. Za to miziać się i ciasteczka do paszczy brać to i owszem. Znaczy koń idealny, jak dla mnie :-)
Jako że znalazłam w szafce stajennej ulubione moje Fly Stopy o zapachu różanym, uznałam, że wypada sobie i koniom aromaterapię zapodać. Skuteczne toto nie jest (działa z godzinkę, w sam raz na krótką niepotliwą jazdę-oprowadzankę ;-) ale pachnie pięknie...
Całą końską piątkę wysmarowałam; nikt szczególnie nie protestował, nawet Heniu łebek nadstawiał, mimo, że on sceptyczny do operacji w okolicach głowy.
Zapach chyba się koniom też spodobał, no i much ciut mniej jakby się zaczęło kręcić, więc towarzystwo zadowolone :-)
Zdjeć znów nie ma, bo Bebo-Gośka mimo, że już po obronie (studia ukończone z wyróżnieniem), dojść do siebie nie może i śpi do południa...
Smętnie jest :-(
Konie zadowolone z życia i w dobrej kondycji (psychicznej), fizycznie też niczego sobie; oczywiście fizycznie wizualnie, bo fizycznie fit to już niekoniecznie ;-)
Naszło mnie poganiać trochę osobniki o maści jasnej i wyszło szydło z worka. O ile osobnik Biała polatać se ewidentnie lubi i mimo, że nie w treningu, kondycję jakąś tam ma, o tyle osobnik Siwa jest gruba miętka galareta i polatać se nieszczególnie lubi. Za to miziać się i ciasteczka do paszczy brać to i owszem. Znaczy koń idealny, jak dla mnie :-)
Jako że znalazłam w szafce stajennej ulubione moje Fly Stopy o zapachu różanym, uznałam, że wypada sobie i koniom aromaterapię zapodać. Skuteczne toto nie jest (działa z godzinkę, w sam raz na krótką niepotliwą jazdę-oprowadzankę ;-) ale pachnie pięknie...
Całą końską piątkę wysmarowałam; nikt szczególnie nie protestował, nawet Heniu łebek nadstawiał, mimo, że on sceptyczny do operacji w okolicach głowy.
Zapach chyba się koniom też spodobał, no i much ciut mniej jakby się zaczęło kręcić, więc towarzystwo zadowolone :-)
Zdjeć znów nie ma, bo Bebo-Gośka mimo, że już po obronie (studia ukończone z wyróżnieniem), dojść do siebie nie może i śpi do południa...
wtorek, 10 czerwca 2014
8 czerwca 2014 - pełnia lata
Zdjęć znów nie będzie, bo tym razem Bebo-Gośka przygotowuje się do obrony...
...miały miejsce testy bezterlicówki. Ale po kolei.
Pogoda mi się w niedzielę trafiła wyjątkowo niefortunna, bo bardzo upalna. 31 st. nie-w-słońcu, konie upocone, mimo, że stłoczone pod wiatą, w cieniu... Wszystkie wbijały się pod jeden dach, mimo, że do dyspozycji mają 2, a za chwilę będzie i trzeci, bo kolejna wiata-zadaszenie właśnie się zaczyna robić... Stanie w kupie oczywiście z powodu owadów; wiadomo, w kupie zawsze się czyjś ogon napatoczy, który przynajmniej część owadów przepłoszy (na chwilę)...
Wyjątkowa zgodność w stadzie zapanowuje w sezonie owadowym... no chyba, że jakieś żarcie się towarzystwu zaserwuje... ;-)
Trochę się pokręciłam po obejściu - w sumie bez większego celu - i w okolicach 13.00 wzięłam się za końskie ćwiczenia. Idiotyczny wybór pory dnia, owady się wściekły, konie podobnie, wiały z łąki co chwilę galopem pod dach... No ale jak się ma pociąg powrotny o 15.00... Taka karma, niestety...
Wzięłam linę, wzmiankowaną bezterlicówkę i akcesoria.
Pierwsze poszło na tapetę Siwe.
Niespodzianka pierwsza: na wolności toto się snuje, ledwo łazi, energia na poziomie 1 (w skali od 1 do 10) a na śnurku jak dała czadu...! Lina 3,7 okazała się za krótka, Siwe zastane, sztywne na początku nie umiało się należycie ustawić, przez 2 koła zapierniczało kłusem wściekłym z głową w górze, odwrotnie wygięte (wzdłużnie i wszerznie ;-) ale zaraz zaczęło jej coś świtać i głowa poszła w dół. Przy zmianie kierunku wpadała jednak w galop, więc poćwiczyłyśmy opadającego liścia w galopie, okraszanego lotną zmianą nogi. A co, takie Siwe mądre, sama wymyśliła tę lotną ;-)
Były bryki, wierzgi, ale prób wyrwania liny nie było, mimo, że za samą skórkę trzymałam, żeby było dłużej (no i nie stałam w miejscu, tylko chodziłam po małym kole, żeby od Siwej zbytniego wygięcia nie wymagać, po tak długiej przerwie...)
Jak się już Siwe wywściekało, dostało bardzo trudne dla niej zadanie: okrążanie/zmiany kierunku/opadający liść w stępie. Dość szybko mogłyśmy przejść do sprawy siodłowej :-)
Siodło zostało najpierw obniuchane, liźnięte, skubnięte zębem, a następnie załadowane na grzbiet. Siwe zachowało spokój niemalże stoicki (2 lata bez siodła), zerkało tylko nieco uchem i okiem, co czynię. Wprawione w ruch przez chwilę zaprezentowało minę: aaaa, coś mnie za brzucho trzyma!, ale zaraz się opanowało i z godnością osobistą głowę opuściło :-)
No i miałam wsiąść, ale jak zobaczyłam z bliska, jakie Siwe osiodłane jest wysokie, dałam sobie (z moim kręgosłupem**) spokój...
** mój kręgosłup jest obecnie rehabilitowany plus codziennie ćwiczony - razem z resztą cielska - przez 30-40 minut. Dodam, że z reguły po nocy, bo dopiero wtedy mam czas (dla siebie)...
Drugi został schwytany Huc. Schwytany, to dobre określenie, bo jak zobaczył, że - puściwszy Siwe - zmierzam z liną w jego kierunku, wziął się był i zabrał ;-) No w sumie nie dziwota: tak długa laba i słodkie nic, a tu nagle pojawia się i jeszcze siodło przynosi...!
Na linie nie było różowo: bunty, wierzgi, chrumki-warki, zmiany kierunku wedle własnego widzi-mi-się... I próby wyrwania liny, ale dość subtelne ;-) Ogarniał się typ o wiele dłużej niż Siwe (prawdziwy wulkan energii... stęp, panie, niemożliwy do uzyskania na kole... a niby LBI...!)
Siodłanie zniósł godnie, mimo, że minę miał bardzo niezadowoloną i coś tam od czasu do czasu pod nosem ku mnie powarkiwał. Wsiadłam mimo to, bo niech se typ nie myśli, że wymiękam ;-)
...jazda była bardzo niefajna, bo w piekielnym upale a Huc z uporem maniaka proponował zakotwiczenie się w cieniu - pod wiatą, wśród koni.
A siodło okazało się nie tyle bezterlicówką, co podkładką do jazdy na oklep (przy cofaniu czułam hucowy kręgos), użyłam bowiem zwykłego klasycznego potnika (w wersji rajdowej, czyli z dodatkową pogrubioną amortyzacją wzdłuż grzbietu). Tak poza tym siedzi się w nim super, jak na miękkiej pufie. Następne podejście będzie z zastosowaniem pod wzmiankowaną pufę padu z panelami (posiadam westowy neopren z filcem, więc będzie nieco przydługi i głupio-wystający spod siodła ;-), ocenię wtedy, czy warto inwestować w pad Barefootowy (special), czy pozostaniemy przy sporadycznym używaniu bezterlicówki jako podkładki (sporadycznym, bo ja jazdy na oklep, tudzież na podkładkach, nie uznaję).
Na koniec jeszcze Biała, ale tej siodłać mi się już nie chciało, więc poszłyśmy samotnie w cień pod starą wiatę (konie zostały pod nową) poeksperymentować z różnościami. Jako że tuż koło wiaty leżała niebieska plandeka, padło więc na ekstremalne friendly. Esktremalne z nazwy tylko, bo plandeka większego wrażenia na Białej nie uczyniła (nawet gdy podniosłam ją na wysokość 1,5 m., do arabicy zbliżyłam a następnie podetknęłam jej pod sam nos ;-)
Potem jeszcze przetestowałam zarzucanie liny (był z tym kiedyś tam spory problem) - najpierw przez grzbiet, potem na zad i na nogi. Na początku Biała odebrała moją aktywność jako zachętę do ruchu, ale bardzo szybko zrozumiała, że ma po prostu stać i z godnością znosić moje pomysły ;-) Koń bardzo bystry i dzielny. Nawet minę miała nieszczególnie obrzydliwą, a momentami nawet robiła zaciekawione oczy i uszy :-) Szacun dla tego zwierzęcia. Gdyby tak się za nią wziąć systematycznie i po bożemu, byłaby z niej wielka pociecha...
...miały miejsce testy bezterlicówki. Ale po kolei.
Pogoda mi się w niedzielę trafiła wyjątkowo niefortunna, bo bardzo upalna. 31 st. nie-w-słońcu, konie upocone, mimo, że stłoczone pod wiatą, w cieniu... Wszystkie wbijały się pod jeden dach, mimo, że do dyspozycji mają 2, a za chwilę będzie i trzeci, bo kolejna wiata-zadaszenie właśnie się zaczyna robić... Stanie w kupie oczywiście z powodu owadów; wiadomo, w kupie zawsze się czyjś ogon napatoczy, który przynajmniej część owadów przepłoszy (na chwilę)...
Wyjątkowa zgodność w stadzie zapanowuje w sezonie owadowym... no chyba, że jakieś żarcie się towarzystwu zaserwuje... ;-)
Trochę się pokręciłam po obejściu - w sumie bez większego celu - i w okolicach 13.00 wzięłam się za końskie ćwiczenia. Idiotyczny wybór pory dnia, owady się wściekły, konie podobnie, wiały z łąki co chwilę galopem pod dach... No ale jak się ma pociąg powrotny o 15.00... Taka karma, niestety...
Wzięłam linę, wzmiankowaną bezterlicówkę i akcesoria.
Pierwsze poszło na tapetę Siwe.
Niespodzianka pierwsza: na wolności toto się snuje, ledwo łazi, energia na poziomie 1 (w skali od 1 do 10) a na śnurku jak dała czadu...! Lina 3,7 okazała się za krótka, Siwe zastane, sztywne na początku nie umiało się należycie ustawić, przez 2 koła zapierniczało kłusem wściekłym z głową w górze, odwrotnie wygięte (wzdłużnie i wszerznie ;-) ale zaraz zaczęło jej coś świtać i głowa poszła w dół. Przy zmianie kierunku wpadała jednak w galop, więc poćwiczyłyśmy opadającego liścia w galopie, okraszanego lotną zmianą nogi. A co, takie Siwe mądre, sama wymyśliła tę lotną ;-)
Były bryki, wierzgi, ale prób wyrwania liny nie było, mimo, że za samą skórkę trzymałam, żeby było dłużej (no i nie stałam w miejscu, tylko chodziłam po małym kole, żeby od Siwej zbytniego wygięcia nie wymagać, po tak długiej przerwie...)
Jak się już Siwe wywściekało, dostało bardzo trudne dla niej zadanie: okrążanie/zmiany kierunku/opadający liść w stępie. Dość szybko mogłyśmy przejść do sprawy siodłowej :-)
Siodło zostało najpierw obniuchane, liźnięte, skubnięte zębem, a następnie załadowane na grzbiet. Siwe zachowało spokój niemalże stoicki (2 lata bez siodła), zerkało tylko nieco uchem i okiem, co czynię. Wprawione w ruch przez chwilę zaprezentowało minę: aaaa, coś mnie za brzucho trzyma!, ale zaraz się opanowało i z godnością osobistą głowę opuściło :-)
No i miałam wsiąść, ale jak zobaczyłam z bliska, jakie Siwe osiodłane jest wysokie, dałam sobie (z moim kręgosłupem**) spokój...
** mój kręgosłup jest obecnie rehabilitowany plus codziennie ćwiczony - razem z resztą cielska - przez 30-40 minut. Dodam, że z reguły po nocy, bo dopiero wtedy mam czas (dla siebie)...
Drugi został schwytany Huc. Schwytany, to dobre określenie, bo jak zobaczył, że - puściwszy Siwe - zmierzam z liną w jego kierunku, wziął się był i zabrał ;-) No w sumie nie dziwota: tak długa laba i słodkie nic, a tu nagle pojawia się i jeszcze siodło przynosi...!
Na linie nie było różowo: bunty, wierzgi, chrumki-warki, zmiany kierunku wedle własnego widzi-mi-się... I próby wyrwania liny, ale dość subtelne ;-) Ogarniał się typ o wiele dłużej niż Siwe (prawdziwy wulkan energii... stęp, panie, niemożliwy do uzyskania na kole... a niby LBI...!)
Siodłanie zniósł godnie, mimo, że minę miał bardzo niezadowoloną i coś tam od czasu do czasu pod nosem ku mnie powarkiwał. Wsiadłam mimo to, bo niech se typ nie myśli, że wymiękam ;-)
...jazda była bardzo niefajna, bo w piekielnym upale a Huc z uporem maniaka proponował zakotwiczenie się w cieniu - pod wiatą, wśród koni.
A siodło okazało się nie tyle bezterlicówką, co podkładką do jazdy na oklep (przy cofaniu czułam hucowy kręgos), użyłam bowiem zwykłego klasycznego potnika (w wersji rajdowej, czyli z dodatkową pogrubioną amortyzacją wzdłuż grzbietu). Tak poza tym siedzi się w nim super, jak na miękkiej pufie. Następne podejście będzie z zastosowaniem pod wzmiankowaną pufę padu z panelami (posiadam westowy neopren z filcem, więc będzie nieco przydługi i głupio-wystający spod siodła ;-), ocenię wtedy, czy warto inwestować w pad Barefootowy (special), czy pozostaniemy przy sporadycznym używaniu bezterlicówki jako podkładki (sporadycznym, bo ja jazdy na oklep, tudzież na podkładkach, nie uznaję).
Na koniec jeszcze Biała, ale tej siodłać mi się już nie chciało, więc poszłyśmy samotnie w cień pod starą wiatę (konie zostały pod nową) poeksperymentować z różnościami. Jako że tuż koło wiaty leżała niebieska plandeka, padło więc na ekstremalne friendly. Esktremalne z nazwy tylko, bo plandeka większego wrażenia na Białej nie uczyniła (nawet gdy podniosłam ją na wysokość 1,5 m., do arabicy zbliżyłam a następnie podetknęłam jej pod sam nos ;-)
Potem jeszcze przetestowałam zarzucanie liny (był z tym kiedyś tam spory problem) - najpierw przez grzbiet, potem na zad i na nogi. Na początku Biała odebrała moją aktywność jako zachętę do ruchu, ale bardzo szybko zrozumiała, że ma po prostu stać i z godnością znosić moje pomysły ;-) Koń bardzo bystry i dzielny. Nawet minę miała nieszczególnie obrzydliwą, a momentami nawet robiła zaciekawione oczy i uszy :-) Szacun dla tego zwierzęcia. Gdyby tak się za nią wziąć systematycznie i po bożemu, byłaby z niej wielka pociecha...
wtorek, 3 czerwca 2014
25 maja 2014 - kopyta
Notka ciut zaległa.
Wizyta pod hasłem kopyta; na tapetę poszła większość towarzystwa, kolejno: Siwka, Szaman, Biała. Na Huca już nie starczyło czasu, ale u niego, jakie by kopyta nie były, zawsze forma kwitnąca :-)
Wszyscy grzeczni, nawet Fisiek nieszczególnie fisiował, mimo że muchy z przewagą bąkowatych jakichś. Nawet jedna jeleniówa się trafiła, wielkości szerszenia... Paskudne toto, kiedyś konie dostawały na jej widok szału, teraz widać przywykły, bo spokojnie przeglądały się, jak owada zaciekle ścigam wokół Szamańskich nóg (upolować się nie dało, mądre toto jakieś, zwiało po jakimś czasie...)
Z nowinek: mimo uczuć ambiwalentnych weszłam w posiadanie siodła bezterlicowego a la west, które czeka na przetestowanie. Egzemplarze wytypowane do testów: Huc i Siwka :-)
Nowinka nr 2 - Białej zmniejsza się osobista bańka - z około 3 m. do 1 m. - dopiero przy tak bliskiej obecności człowieka zaczynają się kwasy i wykrzywianie gęby na intruza. Znaczy, jest progres ;-)
Fotek brak, bo Bebo-Gośka zaspała i nie zdążyła na pociąg...
P.S. Siwka nieodmiennie fantastyczne stworzenie jest... Ech, nie mieć czasu dla takiego konia...!!
Wizyta pod hasłem kopyta; na tapetę poszła większość towarzystwa, kolejno: Siwka, Szaman, Biała. Na Huca już nie starczyło czasu, ale u niego, jakie by kopyta nie były, zawsze forma kwitnąca :-)
Wszyscy grzeczni, nawet Fisiek nieszczególnie fisiował, mimo że muchy z przewagą bąkowatych jakichś. Nawet jedna jeleniówa się trafiła, wielkości szerszenia... Paskudne toto, kiedyś konie dostawały na jej widok szału, teraz widać przywykły, bo spokojnie przeglądały się, jak owada zaciekle ścigam wokół Szamańskich nóg (upolować się nie dało, mądre toto jakieś, zwiało po jakimś czasie...)
Z nowinek: mimo uczuć ambiwalentnych weszłam w posiadanie siodła bezterlicowego a la west, które czeka na przetestowanie. Egzemplarze wytypowane do testów: Huc i Siwka :-)
Nowinka nr 2 - Białej zmniejsza się osobista bańka - z około 3 m. do 1 m. - dopiero przy tak bliskiej obecności człowieka zaczynają się kwasy i wykrzywianie gęby na intruza. Znaczy, jest progres ;-)
Fotek brak, bo Bebo-Gośka zaspała i nie zdążyła na pociąg...
P.S. Siwka nieodmiennie fantastyczne stworzenie jest... Ech, nie mieć czasu dla takiego konia...!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)