Przygoda z jazdą konną w macierzystej stajni Siwki zaczęła się dla mnie dość niefortunnie; krótko po kupnie Siwej pojechaliśmy w 3 konie
na stępa do lasu. Koni z tej stajni jeszcze nie znałam. Miał być spacerek. Ja na
folblutce, matce Siwki. Ponad 20-letni staż jeździecki...
Już przy czyszczeniu i siodłaniu
matki w boksie zapaliła mi się
czerwona lampka. Było kręcenie się i defensywne zachowania, gdy próbowałam czyścić strefy
dalsze, czyli od połowy
kłody po zad. Potem problemy przy dociąganiu popręgu... Nic to. Dałyśmy radę. Nie z takimi
typami miało się do czynienia...
Kolejna
czerwona lampka przy wsiadaniu. W myśl zasady:
byle szybciej w siodło. Dobra, siedzę. Wyjeżdżamy za bramę. Tuż za bramą rozpoczyna się seria permanentnych
pobryków w wykonaniu
matki. Do
wysiedzania. Więc siedzę. Pilnuję tylko, żeby przed sobą miała ogon
czołowego (jadę jako druga) i tak docieramy do lasu (kilkaset metrów)...
W lesie ścieżki, wąsko,
matka jakby się uspokaja. Jedziemy. W którymś momencie
zerkam za siebie a ostatni koń ze 100 metrów za nami. Stoi głową w stronę stajni. Jeździec
usiłuje.
Usiłowanie polega na próbie
odwrócenia konia i podążeniu naszym śladem. Stajemy, czekamy. Po chwili słyszymy odgłos
żwawego chodu;
usiłowanie udało się wcielić w czyn, koń pędzi galopem w naszą stronę. Mija nas po lewej. Zanim mrugnęłam, ułamek sekundy i
matka zapala. Nawet nie zdążyłam
przeorganizować swojej osoby w siodle, skrócić wodzy... Zauważyłam tylko, jak nagle przed nami
wyrasta opasłe drzewo,
matka uskakuje w lewo w celu jego ominięcia, mnie futrzana czapa spada na oczy (kasku oczywiście nie założyłam), tracę orientację i pozostaję na wcześniejszej
trajektorii lotu, czyli na wprost i w owo opasłe drzewo
przydzwaniam, rozstawszy się uprzednio z
matką. Szczęście w nieszczęściu,
przydzwaniam bokiem (od łokcia po biodro) a nie głową...
...leżę, przez 5 minut
dyszę, nawet nie próbuję się podnosić. Zamroczenie bólem powoli mija, staję na nogi, podają mi wodze
matki, którą udało się złapać... Ostatni koń, ten co
matkę sprowokował do domniemanego wyścigu (
matka była w treningu na Służewcu ;-), też pozbył się jeźdźca...
Ino w krzaki a nie w drzewo, więc jeździec nieuszkodzony... Gorzej ze mną; co krok coś mi w biodrze
przeskakuje,
pyka. Że o bólu nie wspomnę.
Wracamy
na własnych nogach. Wychodzimy z lasu, zaraz na początku otwartej przestrzeni wyrywa się pierwszy koń, wraca galopem do stajni. Potem wyrywa się mój... Ostatni
utrzymany zostaje puszczony luzem, bo nie ma sensu toczyć walki z
wierzgaczem...
To była moja ostatnia jazda
klasyczna, tradycyjna, rekreacyjna... Zwał, jak zwał. Jednym słowem czułam, że coś wypada w tym
jeździectwie zmienić...
luty 2005 -
przed wypadkiem; przygotowania do wyjazdu (ja - skrajnie po prawej, w głębi; widać kawałek
matki oraz kawałek mnie)
W jeździe przerwa parę miesięcy. Zresztą nie bardzo było
na kim jeździć... No bo przecież nie na tych
dzikusach... W międzyczasie poszukiwałam
wyjścia z impasu. Dość szybko znalazłam... W ramach
nowego zapisałam się na sportowy obóz jazdy konnej w stylu western... Wtedy
western i
natural wydawały mi się bardzo pokrewnymi
dziedzinami...
Rancho Kozerki, 2005
Rancho Kozerki, 2005
Rancho Kozerki, 2005
Lipiec (obóz) zbliżał się wielkimi krokami, w programie 4 godziny jazdy konnej dziennie a ja odzwyczajona od siodła...
Nijak te 4 godziny, dzień w dzień, wysiedzieć... Trzeba zacząć jeździć...
Stopniowo
dzikusy trochę się przy
obrządku zapoznało... Prezentowały się niezbyt pozytywnie; okazały się jednak nie tyle
dzikusami, co nieco odwykłymi od pracy
lewopółkulowcami... Z pominięciem, rzecz jasna,
matki, która dla mnie wyglądała na
lekko psychiczną i
bynajmniej nie
lewopółkulową... Więcej się do niej
jeździecko nie dotknęłam ;-)
...zaczęłyśmy z
Bebo-Gośką
orkę na ugorze. Gośka pobierać zaczęła indywidualne lekcje z instruktorem, trochę się
otrzaskała (wcześniej, w wakacje, jeździła ze mną
stępo-kłusowe tereny na koniach
kaszubskich), zaczęłyśmy jeździć we 2, potem dołączyła do nas Koleżanka Aśka od Morsa...
Najpierw
klasycznie...
Gośka, wiosna 2005
Gośka, wiosna 2005
Gośka, wiosna 2005
...potem zaczęła się nasza
przygoda z westernem ;-)
Ja, jesień 2005
Konie okazały się na tyle bystre, że bez problemu chodziły w obu stylach :-)
Gośka, jesień 2005
Gośka, jesień 2005
Ja, jesień 2005
Ja, jesień 2005
Ja, jesień 2005
Ja, jesień 2005
Po jakimś czasie
Bebo-Gośka upatrzyła sobie i umiłowała
folbluta (ku mojej zgrozie, bo też po Służewcu) i powróciła, zdrajca, do
klasyki... ;-)
Moje obawy okazały się jednak płonne; Gośka swoim umiłowaniem rozpuściła
folblucicę do granic przyzwoitości, ale i zmieniła w
mamałygę, co widać na poniższym zdjęciach ;-) Stosowała przy tym własną, zmodyfikowaną wersję
naturala:
cackanie się i zero presji :-) Rządził wprawdzie koń, ale krzywdy jej nie robił, bo
Bebo-Goskę lubił :-)
lato, 2006
lato, 2006
lato, 2006
lato, 2006
Mnie zamiłowanie do
westernu pozostało do dziś. Pozbyłam się całego
klasycznego ekwipunku
via allegro (no dobra; uległam
jękom Bebo-Goski i zostawiłam jedno klasyczne siodło, bardzo wygodne i ładne ;-)
Stopniowo gromadziłam sprzęt
westowo-naturalowy i teraz moja siodlarnia pęka w szwach ;-)
A na koniec parę
fotek z czasów, gdy konie stały w pensjonacie, więc można było swobodnie podróżować na rozmaite zawody, pokazy czy szkolenia...
Piknik Olimpijski, Agrykola, wrzesień 2005
Piknik Olimpijski, Agrykola, wrzesień 2005
Piknik Olimpijski, Agrykola, wrzesień 2005
Piknik Olimpijski, Agrykola, wrzesień 2005
Rancho Kozerki, wrzesień 2005
Rancho Kozerki, wrzesień 2005
Rancho Kozerki, wrzesień 2005
Rancho Kozerki, wrzesień 2005
Koń, na którym
raczkowałam naukowo w stylu
west.
Uderzająco podobny do Fiśka ;-)