"Pracuj nad sobą a z koniem się baw" Pat Parelli

niedziela, 17 czerwca 2012

Skosiliśmy i...

...i co??? I oczywiście - burza!!! Zmokło toto, dobrze że jeszcze zielone, teraz modlitwa o suszę... No nic, może jakoś to będzie ;-)

Wczoraj gościnnie i końsko. Pojawił się narybek okazjonalny jednorazowy, czyli 2 nastoletnie panny. Huc się spisał, były galopy, zero bryków :-)))) Znaczy przemyślał nasze nauki, co mu z Gośką dawałyśmy w kwestii galopu (nauki w stylu: cztery foule, biegiem z siodła i garść ciasteczek ;-)

Photobucket

Photobucket

Na Siwca wsiadłam, zanim jeszcze goście; zdecydowanie nie preferuję popisów w siodle, poza tym Siwe się zaraz rozprasza, gapi, koncentracja i tak dość licha od razu jej spada do zera. Pracujemy nad tym, jest progres; zazwyczaj wystarczy, że Siwe chwilę postoi, pogapi się, jak ciele w malowane wrota, westchnie... i możemy kontynuować.
Na jeździe sporo kłusa; na jedną stronę bardzo ładnie, na drugą sztywno i wpadająco-łopatką - za boga nie pamiętam teraz, na którą gorzej, chyba na prawą... dziś przyobserwuję... I coś mnię się wydaje, że to mogą być kopyta...? Siwe moje werkowanie pt. nie tykać żywej (cokolwiek by to znaczyło) podeszwy nieszczególnie dobrze znosi; Rameyowskie skracać pazur, obniżać piętki, żywego nie tykać w jej przypadku o dupę potłuc. Trzeba robić miskę, bo inaczej mamy kopytny hard-core. Kopyta Siwej zdecydowanie opowiadają się za Strasser'owskim modelem werkownia.

...a po zsiądnięciu otrzymałam od Siwca bonus niebywały: odwróciła do mnie głowę i cichutko zachrumkała! Tego jeszcze u nas nie grali; wyznanie miłosne czy co?? ;-))) Bo że Filuterny Fisiu chrumka, to nic nowego; ale on z całą pewnością nie o miłości, on o żarciu konwersuje: daj, daj, daj, nie odmawiaj, daj! :-)))))

Po południu sesja z basenem-błotem (nie chciało mi się studni wypompowywać); drugie podejście do tematu. Zdecydowanie lepiej. Było wprawdzie parę skoków, ale bez szału na obliczu i raczej na myśląco.
I była też dość intensywna sesja na długiej linie; Siwe w pewnym momencie uznało chyba nawet, że zbyt intensywna, bo przy energicznej zmianie kierunku w CG walnęło we wściekły galop i posłało we mnie grubaśne zadzisko z serią niezbyt ekstremalnych, ale jednak, bryków ;-) Czego, niestety, nie uwieczniono fotograficznie ;-) Tylko takie pitu-pitu:

Photobucket

Photobucket

Photobucket

Photobucket 

...a dziś (niedziela) to dopiero popłynęłam!
Miałam Huca nie brać, bo wczoraj jeździecko dostał nieźle w kość (choć wcale nie wyglądał na zmartwionego; nadostawał łakotek, poszedł na podwórko na ładną trawę, od ludzi i siodła wcale po jeździe nie uciekał...), ale tak jakoś wyszło...
Mimo, że Siwe na mój widok (z kantarkiem, liną i psikaczem na owady) pierwsze zameldowało się na baczność, podeszłam do Małego. Mały z ukontentowaniem przyjął wypsiakanie całego ciałka jakimś pseudo-skutecznym, niby citronellowym, zapaszkiem (absorbina się nam kończy, kolejny wydatek!!!) i grzecznie powędrował na podwórko. W sumie byłam ciekawa, jak będzie pod siodłem po wczorajszych intensywnościach i zgodnie z oczekiwaniami działo się.
Po pierwsze było nadmiernie energicznie. Huc od razu oczekiwał, że galop. A tu nikt go o galop, początkowo, nie prosił.
Najpierw sporo pokłusowaliśmy po bożemu, po ścianach, pilnując narożników, bo wczoraj mały haniebnie ścinał, potem trochę pracy na łukach, ale nie-przesadnie. I oto przeszliśmy do meritum, czyli do galopów. Mały się chyba przekonał. Ani jednego buntowniczego stopa z serii a właśnie, że nie!
Wprawdzie najpierw wściekle się rozpędzał w kłusie i dopiero wtedy wpadał w galop (5-6 foule i kończyła się nam ściana, bo plac ma rozmiar pod kłusujące narybki ;-) ale po kilku powtórzeniach doszliśmy do zagalopowania z narożnika ze stępa i przegalopowania całej długiej ściany!!!! Viktoria :-))))
Oczywiście błyskawicznie na ziemię, garść ciastek i od razu na koniczynową trawę na zabramię :-)
A na Siwca już mi się wsiadać nie chciało... Wzięłam se ją na podwórko, jako zwierzę towarzyszące, i tyle :-)

Aaaa, wymyśliłam wczoraj nowe friendly. Siwce zaczęły trochę łzawić oczy (podejrzewam owady), więc żeby jej ulżyć, zmoczyłam dłonie z zimnej wodzie i położyłam jej na oczach. W pierwszym momencie zareagowała jakoby z zadowoleniem, ale zaraz jak nie szurnie do tyłu... W końcu jednak zaakceptowała, że nie widzi i oddała mi dowodzenie: opuściła głowę i zaczęła lizać moje spodnie (Siwe jest koń, który nie dość że mruga i przeżuwa, to masakrycznie mnie z nabożnym skupieniem  liże... Gdzie popadnie: po twarzy, po rękach, po ubraniu... Ostatnio miałam połowę pleców obślinioną ;-)

...edukacyjnie na tapecie COLT STARTING (Parelli Media 2011). Nooo... mam mieszane uczucia... miejscami mi się zdecydowanie nie podoba...


czwartek, 7 czerwca 2012

Dzień, jak codzień

Photobucket
Siwe przyłapane w negliżu (środa, około 23.00)

Czwartek
Dzień zszedł, nie wiadomo na czym. A właściwie wiadomo: na obijaniu się. Moim i końskim. Wprawdzie poczułam się w obowiązku kogoś osiodłać, ale wyszła z tego bardziej kupa huku, niż sensowne jeżdżenie ;-)
...pod siodło poszedł Huc. Całe 10 minut pojeździliśmy i uznałam, że nuda i bezsens. Kończymy. Kurka, ja naprawdę przestaję widzieć sens w jeździe konnej!
Huc mocno hop do przodu, ale pełna kontrola, 5 minut kłusa i głowa od razu poszła poniżej kłębu. Natomiast podczas zdejmowania siodła mała siurpryza: mały walnął bryka i zwalił siodło. Dziwy, panie, wyglądało na mini-ataczek prawej półkulki (musi być zdrobniale, bo ataki prawej półkuli miewa Siwka; wszystkie inne konie w porównaniu z nią miewają jedynie ataczki. Nikt nie jest w stanie Siwki zdetronizować w tej materii ;-)
Bryk hucowy nastąpił, gdy odwiodłam popręg leżącego na Hucu siodła w bok, żeby z niego zdjąć sierść-zimówkę, która co jazda się z hucowego brzuszka do neoprenu czepia. Ciekawe, co to było... Jakiś demon przeszłości? Położyłam siodło z powrotem na Hucu, poodwodziłam popręg, posymulowałam fenderami ekstremalnie i nic... Huc zerkał przez ramię, trochę oko boczył, ale stał spokojnie, bez większych sensacji. Może trochę introwertycznie zacięty.
Jak to oto, panie, ze zwierzakami nic pewnego w życiu ;-)

Jakoś tak przed wieczorem zadumałam się nad ogólną ogładą Siwki i od słowa do słowa padło na jeżdżenie. Również bez większego entuzjazmu, ale z 15 minut w siodle wytrzymałam ;-) Siwe jest koń chętny do współpracy, wymaga jednak sporej dawki pracy, żeby zaczęło być finezyjnie. Jako osobnik wybitnie szybko przebierający nogami dzikie ma problem z precyzyjniejszą skrętnością, bo zanim sygnał dotrze od mojego ciała do Siwego móżdżku, parę kroków koń się jeszcze toczy zadanym wcześniej trybem ;-)

Tu pozwolę sobie na małą dygresję a propos jeżdżenie-nie jeżdżenia:
...właściwie nasze konie do jazdy są nastawione pozytywnie. Wystarczy objawić siodło a już towarzystwo się gromadzi w pobliżu i czeka na rozwój wypadków. niektórzy to nawet proponują swoją kandydaturę ;-)
Odnoszę wrażenie, że taka wspólna jazda umacnia nasze relacje; kuń potem nie spieszy się odchodzić, czeka, co dalej... Dość miłe. Zapewne niebagatelną rolę odbywają po-jeździecki pozytywne wzmocnienia: a to łakotka, a to garstka granulatu, a to spacerek na co soczystszą trawę... ;-)

Piątek
Goście, goście.
Było obżarstwo (kluski z białym serem i truskawkami, potem pieczarki łąkowe w jajku - tu był mały dylemat, czy to aby nie jakieś sromotniki - a na koniec kotleciki brokułowo-kalafiorowe). Miała być jazda, Gość nawet przywiózł kask, sztyblety i adekwatne gacie, ale co posiłek to sjesta i tak jakoś zeszło... Skończyło się na obfotografowaniu się z dziadkiem Heńkiem, który bardzo chętnie pozował do zdjęć i nie odstępował nas na krok :-)

Sobota
Dość pracowicie. Jazdy na Siwcu 2. A co!
W temacie pracowitości:
- malowanie nowej wiaty na zielono (O. w końcu się zgodził na mój wymarzony kolor ;-)
- budowanie basenu do moczenia kopyt. Budowanie polegało na wypompowaniu połowy studni, uczynieniu bajora i ryciu fiskarsami w rozmiękczonym podłożu. Bez rozmiękczenia o kopaniu nie ma mowy; ziemia jak skała. Wstępny zarys basenu już jest; prawie od razu zainteresował się wykopaliskami Pewien Koń i za moją namową bez większych oporów do niecki z wodą wlazł. Fisiek, naturalnie :-)
Jeździecko:
Jazda nr 1 z rodzaju trzyminutówek;  wsiadłam, wywinęłam parę esów-floresów, zsiadłam.
Za to jazda nr 2, wieczorna, z gatunku tych ambitnych. Aż mi się Siwe pod popręgiem zapociło ;-)
Najpierw zaaranżowałam poważną arenę, którą obeszłam z Siwcem w ręku a potem hajda na koń! Trochę nam wałachi przeszkadzali; walali się po placu to tu, to tam, paradowali w zastępie (Siwe parę razy chciało do zastępu dołączyć a parę razy robiła za czołowego ;-) ale jakoś za szczególnie nam nie wadzili.
Jeżdżę teraz na split reins zakończonych pędzlami z końskiego włosia, które to pędzle doskonale służą do odganiania zbliżających się nieproszonych petentów ;-) Siwe z wirującego pędzla nic sobie nie robi, natomiast petenci dość szybko się zniechęcają i odchodzą.
Ponieważ jazda z tych ambitnych, była praca w kłusie na kołach, zatrzymania i energiczne cofania. Z naciskiem na energiczne. Energicznie było (po małym fochu eee, no przecież cofam, czego ciśniesz??), ale za to krzywo. Jednakowoż znalazłam na krzywo radę: cofałyśmy w korytarzu: ściana areny - drągi wzdłuż ściany.
Ogólnie jestem z jazdy zadowolona, acz po 15 minutach zaobserwowałam u siebie ból nóg w kostkach. Albo się usztywniam, albo powinnam dokupić skrętki do strzemion, bo na siłę ustawiam stopy mimo oporu fenderów albo, po prostu, starość... ;-)
A Siwe nadal oporne w kwestii skrętności. Nawet mi przez głowę myśl przeszła, czy aby nie przejść z powrotem na snaffle, ale po rozważeniu za i przeciw wydaje się, że to raczej kwestia siwego wygięcia i niepilnego baczeniu na mój dosiad a nie ładowania metalu do pyska... Więcej ćwiczyć, więcej ćwiczyć, ot co.
Choć natural western bridle by Parelli wisi w pokoju przy łóżku i kusi... ;-)

Niedziela
Usiłowanie nakłonienia Siwca do wejścia do zaczątków basenu (znów wpompowałam do niego kawał studni ;-)
O matko, co za koń! Głupi, chciałoby się powiedzieć... Błotem mnie zapaćkała od góry do dołu, skakała, fikała, odsadzała się... Szał na miarę dawnych czasów... I żebym jeszcze prosiła o wejście w sam środek basenu! Gdzie tam! Prosiłam o spokojne stanięcie przodami na skraju basenu! Tak, by lekuchno kopyta zamoczyć...
Były dzikie skoki przez basen, dzikie skoki w bok (wzdłuż basenu), dzikie skoki wstecz. Jak się zagapiła, to wlazła w wodę, ale co się połapała, że mokro, to jak nie wyskoczy... Skończyłyśmy w miarę pozytywnie (spokojne stanie z zanurzonymi kopytami), ale Siwe wyraźnie się na mnie obraziło i lekko unikało mojego towarzystwa. Tak oto zakiełkowała w mojej głowie mała wątpliwość, co do bardzo ekstremalnego friendlowania z pewnego rodzaju końmi ;-) Czy to aby rzeczywiście takie pozytywne jest, summa summarum, i czy lekko nie niszczy relacji...
Bo jak Nie-Dzikiemu Luzakowi Fisiowi pokazałam palcem, żeby wszedł w środek basenu to Fisiu najpierw trącił mnie nosem w saszetkę (sprawdzając, czy mam ciasteczka ;-) a następnie wdepnął w basen bez wahania. Nawet se nogą popacał wywołując błotną fontannę! A Huc to ledwo głowę opuścił, żeby zerknąć na wodę i przekroczył ją śmiało przez sam środek!
I owi Panowie wcale mnie potem nie unikali, wręcz przeciwnie ;-)

A teraz głupiemu Siwemu dobrze: deszcz leje, woda pewnie wszystko zalała i nie da się suchym kopytem przejść ;-)

I tak się tylko zastanawiam nad całą tą trwającą godzinę (!) scenką i wydaje mi się, że dziczenie dziczeniem, ale tak jakby leadership nam lekko siadł... Zdaje się, że trzeba by trochę od Siwego Konia więcej powymagać... Tylko, czy nam się przez to nasza magiczna relacja nie sypnie, kurka... ;-)


sobota, 2 czerwca 2012

(Chwilowe) zamknięcie sezonu

Koszmarnie jest. Zimno, wietrznie, mokro, ślisko. Konie siedzą na łące i, nie bacząc na aurę, ani myślą pod dach. Ani cukrowa Siwka, ani dziadek Heniu. Łakomstwo zwycięża.

Sezon jeździecki chwilowo zamknięty: wieje okropnie, do tego zimno (wyciągnęłam zimową kurtkę czapkę i rękawiczki polarowe!). I nerwowo.
Siwe już od wczoraj sprężyste, ale dziś przed południem przeszła samą siebie; puszczona na dużą łąkę tak wariowała z wałachami (nawet Heniu pobrykiwał i galopował z błyskiem w oku), że zaliczyła glebę z rozjechaniem. Rozjechała się fatalnie; hamując na przodzie (jak się rozbucha, to nie siada na zadzie, tylko jedzie na sztywnym przodzie) upadła, wpadła w długi poślizg na brzuchu a jedna zadnia noga została heh, hen za nią. Wyprostowana. Siwe się zaraz zerwało i odbiegło, ale nieźle kulejąc, odciążając całą połówkę zadu i pokazując, że ała. Ale żeby całkiem latać przestała, to oczywiście nie.
Zaraz jej przeszło, ale trochę mnie nastraszyła, bo rozjechała się jak żaba (gwoli ścisłości , jak pół żaby), co potencjalnie u konia źle się może skończyć :-( Dobrze, że Siwa  co rano robi baletnicę, to jest w miarę rozciągnięta (baletnica polega na wyciąganiu do tyłu zadniej nogi; czasem jednej, a czasem obu - oczywiście nie równocześnie ;-)

Photobucket
Kto ma bulldoga, ten wie, jak wygląda żaba w wykonaniu stworzenia innego, niż prawdziwa żaba .

W niedzielę też właściwie nic szczególnego się nie działo, trochę popracowałam przy ogrodzeniach, pod czujnym okiem zniecierpliwionego Siwca (natarczywe rżenie, wywijanie głową węży, wściekłe grzebanie przednią nogą a od czasu do czasu bęcka Szamanowi, bo nie otwiera bramki), że na łąkę nie puszczam, tylko bawię się w wyciąganie i wbijanie słupków. Siwiec został przeze mnie skarcony ryknięciem na odległość, przestał fikać, ale obraził się, czego dał wyraz demonstracyjnie odwracając się, do widoku łąki i mojej osoby, dupskiem. Siwe tak ma: jak nie może nic zrobić a ciśnienie zbyt wielkie, przestaje patrzeć i problem od razu znika ;-) Ciekawy charakterek ma ta moja Dzika :-)

Reaktywowałam edukację teoretyczną; znów targam po pociągach DVD i oglądam. Aktualnie na tapecie nowe materiały Parellich Hit the Trail. Zapowiadało się nudnie, ale okazało się, że wcale nie; cała duża sekcja o de-spooking no i jako jeden z bohaterów drugoplanowych siwy koń ekstrawertyczny i prawopółkulowy ;-) Nawet do Siwca wizualnie podobny, tylko zdecydowanie za tłusty (durnota ludzka mnie nieodmiennie powala... dlaczego ludzie tak tuczą swoje konie??? ani to ładne, ani to zdrowe...) I zdecydowanie mniej od Siwca ogarnięty emocjonalnie...

A, w sobotę odjechał od nas do nowego domu piesuś-buldoś, mój faworyt. Niby fajnie, a jednak smutno :-(
PhotobucketPhotobucket


Na pocieszenie: od-dziczona* Siwka :-)
Photobucket

* od-dziczenie sprzed tygodnia. Ten weekend był dość, hmmm..., emocjonalny ;-) Ma Siwe szczęście, że mój kiepski stan psycho-fizyczny spowodował, że nie chciało mi się jej tykać, bo by się Siwe musiało nieźle napocić ;-) Może, czując bluesa, specjalnie se w sobotę glebnęła, żeby mnie odstręczyć od swojej osoby ;-)))

...ostatnio choruję na Equiflexa... Dość ciężki przypadek chorobowy: już knuję, jak to zdobyć środki (niebagatelne) na zakup... Musiałbym ze 2 swoje siodła sprzedać... Trochę żal, bo mimo, że używam tylko jednego (oraz drugiego, z przyciętymi fenderami, dla narybków), czuję z całym moim sprzętem emocjonalną więź ;-)

niedziela, 27 maja 2012

Mobilizacja


Nastąpiła u mnie jakowaś mobilizacja jeździecka. Nie żeby jakaś szczególna, czy ambitniejsza, ale 2 jazdy na Siwcu odbębniłam. I co z tego, że były to tylko stępo-kłusowe 20-minutówki - z naciskiem na stępo ;-)
Siwiec nad wyraz spolegliwy, z miną mamałygi, co daje nader fałszywe świadectwo, co do jej prawdziwego Ja. Bo jak w sobotę wieczorem zaprosiłam ją na okrągły wybieg i poprosiłam o galop (z ziemi) to dała takiego czadu, że nowe podłoże musiałam potem równać z pół godziny ;-) Że nie wspomnę, że parę razy o mało co, a byłaby siwa gleba. A raz to nawet był złorzeczący gulgot i posłanie we mnie tłustawego zadka. Taka laleczka!
Galop jest naszą słabą stroną (żeby nie powiedzieć żałosną ;-) a ja zamiast się do niego przyłożyć, właściwie nic z nim nie robię. Znaczy, o galop nie proszę. A Siwe jest koń z takimi pokładami energii, że aż strach. Się wzięło folbluta, to się teraz ma... I co z tego, że w paszporcie ma wpisane wielkopolska. Wielkopolski to se może być Dziadek Heniu a nie siwa wyścigówka ;-)
Jeszcze o tym galopie... Galop Siwą nakręca, Siwe się zatycha (lata najczęściej na wdechu), rozpędza się do nieprzytomności, skacze przez wszystko, co na drodze (potrafi oddać kilkumetrowy skok, nie bacząc na to, gdzie wyląduje), jednym słowem furiatka. Często-gęsto wydaje przy tym odgłosy szarżującego byka. I cała przy tym dygocze, lata jak galareta. Nie za każdym razem tak jest, czasem galopuje pięknie, spokojnie, okrągło, ale niestety napady galopowego szaleństwa od czasu do czasu występują.
W końcu będę się musiała za to wziąć, ale na razie jakoś brak mi motywacji i czasu. Bo takie ogarnianie galopu  może potrwać a ja dobieram się do koni zazwyczaj z doskoku, pomiędzy jedną robotą w polu w drugą... I nie mam czasu na dłuższe ceregiele. Póki co, wzmacniam zwalnianie i głowę na wysokości kłębu.
Aaa: na linie jest o wiele spokojniej - znaczy lubimy być trzymane za rączkę - typowe RBE... Tylko kiego takie ekstremalne...??

Auto-pocieszenie: kiedyś i kłus był u Siwca zapierniczany... ;-)
 

Photobucket

HPIM9702

Photobucket

Photobucket

Photobucket

Photobucket


A kiedyś to Siwe wyglądało najczęściej tak: zero skupienie na mojej osobie, tylko wypatrywanie strachów...



Photobucket

Siwka czujna

poniedziałek, 21 maja 2012

Znowu lato :-)

Z poprawności pisarskiej piszę, mimo że właściwie nie bardzo jest o czym ;-)

Narybki nie pojawiły się, więc nawet Huc miał wolne; czaiłam się do wsiadania na Siwca, co O. skwitował daj im spokój. No to dałam ;-) Luz totalny.

Konie wypsikane czarną absorbiną, nieodmiennie genialną, od razu muchy poznikały. Nawet Heniu - największy ubijacz piany - psikanie zniósł dzielnie, parę razy tylko przypomniał sobie, że potrafi głowę umieścić na wysokości 3 metrów ;-)

Od zeszłego tygodnia Siwe i okazjonalnie Fiś chodzą na zabramię. Objadać. Za Fisia dostałam wczoraj od O. opiórę, bo o ile w sobotę w poszukiwaniu trawy wysokiej wlazł w korytarze przy kurniku, to w niedzielę tak się rozochocił, że dolazł tymiż korytarzami do domku gospodarczego i cały załadował się do środka! Oczywiście dokonał zniszczeń, czyli podziurawił worki  z klejem do siatki, nadłamał paczkę styropianu i, sądząc z łomotu, jakieś deski, jeszcze nie zdiagnozowane ;-)
O dzięki Ci, Panie, że ćwiczyliśmy cofanie na komendę głosową i za ogon; częściowo Fisiek zrobił BACK-BACK-BACK, a częściowo został przeze mnie wyprowadzony za ogon. I jeszcze dostał ciasteczko za dzielność, bo korytarz bardzo wąski a do domku ledwo się pies mieści, taki zagracony ;-) A Fisiu dał radę ;-)))

Z Siwą ekstremalne friendly - w tym kierunku idziemy - zamiast jeździć ;-)
Kłąb taśm biało-czerwonych długości od 0,5 do 3-4 m. Naprawdę duża, nieregularna bańbuła, powiewająca na wietrze, Siwe na goło, za to moja saszetka z ciasteczkami pękająca w szwach ;-) I co? Wyklikałyśmy bez klikera bańbułę, gdzie się da, nawet za uszami, na grzbiecie, na zadku, pod brzuchem.
Duma, duma, duma z Siwego konia. W sumie 3 sesje (2 w sobotę, 1 w niedzielę). A O. nie chciało się iść po aparat, więc fot nie ma :-(


poniedziałek, 14 maja 2012

A jednak nie było najgorzej :-)

A jednak nie było tak źle. Może bez upału (kurtkę lekko-zimową odgrzebałam ;-) ale przynajmniej dało się coś podziałać. Oczywiście o jeździectwie znów nie było mowy, z wyjątkiem narybków niedzielnych, które Huc zniósł dzielnie - tylko raz przy oprowadzance z obleśną miną mnie w rękaw skubnął ;-) Owszem, jest za takie zachowanie reprymenda, ale bardziej narybka niż Huca; niestety, Huc ma zawsze rację a że mści się na mnie to oczywiste - narybki to moja wina ;-)
Bez narybków układa się nam świetnie - mały przylatuje biegiem na przywołanie, do żadnych czynności nie wymaga wiązania, ba nawet trzymać go nie trzeba, niemalże sam się siodła, po nachrapnik side-pull otwiera pyszczek spodziewając się wędzidła... I tylko te narybki...
Od jakiegoś czasu staram się małemu czas po narybkach jakoś wynagrodzić - ostatnio był spacer na linie na soczystą trawę :-)

Niedziela pod znakiem kopyt; strasznie szybko ostatnio zarastamy. I przesuszeni jesteśmy - przymierzamy się więc do budowy specjalnego basenu po moczenia kopyt.
Huca oporządziłam osobiście, napoczęłam też Siwe, ale poległam - przybył O. z odsieczą ;-)
Siwe początkowo grzeczne, ale po jakimś czasie zaczęło się nudzić i wymyśliło zabawę: unoszenie przekątnej zadniej nogi. Jak już się uniosło zadnią, to się miało w górze 2 - niby taki kłus w stój - i zaraz się niby-traciło równowagę (oj, oj, padam!) i pokładało się na O. Na moje SIWE, EJ! od razu równowaga wracała do normy... Tak się oto Faworyta naszym kosztem lubi zabawić. O, i trzeba się było tak z dziką cackać, się teraz Potwora Bynajmniej Nie-Dzikiego ma ;-)
Potem Fiś; ten raz spróbował zafidrygalić, ale po reprymendzie westchnął, wargę zwiesił (co jest oznaką skrajnej rezygnacji, ewentualnie snu) i dał spokój z wygłupami.
Siwe i Fiś mają nowe przody; w najbliższy weekend trzeba się będzie zadom przyjrzeć...

Było też trochę zabaw od niechcenia na okrągłym wybiegu i z podestami z opon; z Hucem zaawansowujemy ćwiczenia na wolności; wymagający zawodnik, raz mi się zabrał, złożył do skoku i przefrunął na linką zamykająca wejście (1 m., niezła technika skoku, gdyby nie zwisający tył ;-). Zaraz się jednak odangażował a na przywołanie wrócił kłusem do środka :-)
Siwe z kolei zrobiło się paszczakowate, gębą mnie zaczepia, podskubuje, nosem tryka... Gryzie trzonek od grabi i rączkę od taczki; ostatnio o mało nie wywaliła zawartości (z przeproszeniem gównianej ;-) tak się do taczki dobierała :-) Zdaje się, że nadeszła pora na naukę aportowania ;-)

sobota, 12 maja 2012

Badziewie

Się narzekało na upał, to się teraz ma. Środek dnia a ja w piecu palę i siedzę, durna, przy kompie zamiast łazić po obejściu i pracować w pocie czoła ;-)