"Pracuj nad sobą a z koniem się baw" Pat Parelli

poniedziałek, 4 sierpnia 2008

...i po urlopie :-(

Wróciłam, niestety... Oczywiście tego, co zaplanowałam, nie udało mi się zrealizować (nihil novi)... Teraz mozolnie, korzystając z notatek (przezornie czyniłam zapiski), będę odtwarzać...
Rewelacji nie ma się co spodziewać... Do zajeżdżania oczywiście nie doszło, ledwo czasu starczyło na zabawy z ziemi, a i to prawie po nocy, gdy było chłodniej i też nie-co-dziennie...
Poza tym zdecydowałam się oddać Siwe do zajeżdżenia (jak tylko fundusze uciułam, czyli nieprędko)... O trybie weekendowego oswojenia Siwego się nie ma co marzyć...
Co innego Grubas... aby tylko mieć drabinę do wsiadania, to damy radę (po strzemieniu się nie da, bo po primo za wysoki, po secundo zjeżdżam z siodłem pod okrągłe brzucho...) Grubas spolegliwy, lewopółkulowy, przerwy w pracy mu służą, postępy czyni błyskawicznie...

19 lipca (sobota)
Z rana konie poszły na kolejny nowy padok (trzeci), tymczasowo ogrodzony tylko elektrycznie… Oczywiście na początku latałam co chwilę sprawdzać, czy brak drewnianego ogrodzenia nie zachęci cudaków do forsowania ogrodzenia… Nie zachęcił. Cudaki może i są, ale nie głupie… Co się będą na wyładowania elektryczne narażać…
Wieczorem (późnym) nastąpił TRENING nr 1. Tylko Siwka. Na Szamana zabrakło już czasu, zrobiło się ciemno…
Głównym ćwiczeniem były chody boczne. Potem okrążanie na krótkiej i długiej linie, siodłanie, kłus i galop z siodłem. Bezskutecznie próbowałyśmy okrążania w stępie; z siodłem Siwka NIE POTRAFI stępować z dala ode mnie. Włącza się jej tryb lecimy!… A ja za szybko rezygnuję i kółko się zamyka… Siwka uważa, że siodło na grzbiecie oznacza galopujemy… Najpierw rozpędza się w kłusie maksymalnie, a potem zagalopowuje siłą rozpędu, nie będąc w stanie przebierać nogami dwutaktowo… Koszmarny przypadek urodzonego niezrównoważonego wyścigowca… Galopować może niezmordowanie, nakręcając się coraz bardziej… Jedna zaleta: oswajanie się z telepiącym siodłem… (bez siodła też galopuje na leciutką sugestię z mojej strony)…

Potem była cała seria friendly z siodłem w roli głównej:
- pukanie fenderami po bokach (w miarę ok., Siwka już to zna, nie jest zachwycona, ale nie panikuje),
- klepanie dłonią w siodło (tego nie robiłyśmy, Siwka spinała się, zerkała do tyłu, głowa wyyysokooo),
- szuranie dłonią po siodle – o, tutaj to dopiero pole do panikowania! Siwe już, już prawie gotowe odlecieć… przerywałyśmy tuż przed eksplozją i za chwilę od nowa… pod koniec było trochę lepiej, ale pełnej akceptacji nie uzyskałam, niestety :-(

20 lipca (niedziela)
Po południu zapoznałam dzieciaki z piłką. Jeszcze nie tą oryginalną, sygnowaną nazwiskiem Parelli, bo za ciężka była, żeby ją targać w plecaku wraz z innymi końskimi gadżetami. Na razie z 65-centymetrowa, exercise ball z decathlonu, kupioną w zestawie razem z pompką, która zdaje się, będzie pasować do wydmuchania tej ogromnej, zielonej :-)
Piłka początkowo była podejrzana. Dla obu koni. Lepiej było trzymać się z daleka...

Photobucket

Szaman jednak długo nie wytrzymał... Przyszedł sprawdzić, co to, czemu się rusza, podskakuje... a może TO da się zjeść...?

Photobucket

Już za chwilę piłka była swojska... Szaman nie dość, że błyskawicznie zaakceptował turlanie piłki po grzbiecie, głowie, zadzie, to po kilku niespokojnych zerkach nie wzruszała go piłka przelatująca nad nim a nawet odbijana od pulchnego ciałka :-)

Photobucket

Photobucket

Dla Siwki piłka była bee; najpierw furkała i uciekała, potem obserwowała ją z daleka... W końcu odważyła się podejść, ale ostrożnie, kryjąc się trochę za Szamanem...

Photobucket

Photobucket

Photobucket

W ostateczności Siwka zdobyła się na dotknięcie piłki ze 3 razy nosem i udawała, że obiekt NIE ISTNIEJE...

Photobucket


Wieczorem wytargałam zapasowe słupki do pastucha i w naszym narożniku uczyniłam okrągły wybieg; wymiary przepisowe po bożemu: promień lina 7 m. + ½ stringa. Prawie, prawie gotowy, bo taśma biało-czerwona mi się skończyła i 2 kawałki zostały nieogrodzone… Ale i tak lepsze to, niż narożnik padoku… I wieczorem oba konie, po kolei do roboty…

Siwe tym razem bez siodła; chody boczne na łuku (wnętrze okrągłego wybiegu), okrążanie w kłusie i galopie. I tyle. Leciutko, krótko.
Szaman trochę dostał w kość, biedaczysko. Poprzestawialiśmy dynamicznie przód-tył (nie lubi, nie lubi) a potem pookrążaliśmy w kłusie i galopie. Galop się Panu Sz. wybitnie nie podobał, były kwiki, wierzgi, małe próby a może tak wyrwę Ci linę, aha...?

Photobucket

Photobucket
W końcu się opanował i z godnością, aczkolwiek bez entuzjazmu, zagalopowywał w okolicach fazy 3/4 + komendę głosową. Kilka foule na początek mnie zadowoliło i po kilku razach na obie nogi dałam Grubemu spokój. Gruby się zasapał, zdyszał, więc z ulgą błyskawicznie przyjął zaproszenie do środka i bardzo grzecznie stał koło mnie z opuszczoną głową (co mu się BARDZO rzadko zdarza: stać, nie międlić, nie zaczepiać, nie dotykać, nie popychać nosem...)

21 lipca (poniedziałek)
Konie dostały wolny dzień, ale za to dokupiłam taśmę biało-czerwoną (nie dość, że o połowę taniej niż w Warszawie, to jeszcze 2 razy dłuższą) i dokończyłam okrągły wybieg.

22 lipca (wtorek)
Siwe miało kolejny wolny dzień, Szaman nie. Postanowiłam, że skupię się na nim, jako, że on pierwszy padnie ofiarą moich jeździeckich zapędów (drabinę!!!)… Pan Sz. zaprezentował wybitnie pozytywne odruchy; cały trening bardzo się starał…
Poprzestawialiśmy przód-tył, pojeżowaliśmy a także spróbowaliśmy chodów bocznych, które Sz. pojął w lot :-)

Photobucket

Zagalopowania były tym razem bardzo ładne, wprawdzie jeszcze nie od fazy 1, ale całkiem obiecująco to wyglądało, jak na drugie podejście... Żeby nie budzić bestii, po kilku foule przywoływałam gadzinę do środka i dzięki temu uniknęliśmy dyskusji a może ja bym jednak...?

23 lipca (środa)
Zaczęło się od Szamana. Zgodnie z postanowieniem.
Robiliśmy:
- chody boczne po łuku; w prawo elegancko, w lewo nijak tym razem nie wychodziło (no czego? zdecyduj się wreszcie! mam skakać przez to biało-czerwone? a może mam cofać…?)- DG przód/tył; bardzo ładnie, kolega robi się DYNAMICZNY (oj, daj spokój! nie trzeba wcale zadka poszturchiwać tym patykiem pomarańczowym…!)
- PG; słabiutko, malutką walkę stoczyliśmy (czego mnie kłujesz w ganasz, namolna jedna…??)
- jojo dla odmiany bardzo ładnie, na fazę ZERO
- okrążanie z siodłem w wersji a la lonżowanie (obracanie się razem z koniem; lepiej Gada obserwować, bo pomysłowy jest)...
- galop na linie na komendę słowną i cmoknięcie (najpierw oczywiście faza 1, linowa); na wskazanie kierunku liną Sz. wyciągał kłusa (dobrze; znaczy wie, że ma przyspieszyć…), ale jeszcze nie odkrył, że uniknie stringa w okolicach ogona, gdy zagalopuje… Galopu było sporo, całe kółka nam ładnie wychodziły, czasem trzeba było Sz. uaktywnić nieco, ale generalnie bardzo elegancko mu szło. Nawet galop wyciągał momentami bardzo, bardzo… jak na jego, Leniwca Permanentnego, możliwości…
Pokazał jednak w pewnym momencie Kolega, że gdy mus, to i on potrafi ostro bryknąć … Seria bryków zaczęła się nagle, na moje oko nic jej nie zapowiadało, ale oko Szamana jest o wiele wyżej od mojego… Lucjan-Pies sobie przeleciał wściekle wzdłuż ogrodzenia (jak to Lucjan), w wysokiej trawie… Ja go z początku nie zauważyłam, ale Pan Sz., owszem… I z pół okrążenia walił takie barany i kwiki, że aż dudniło… Dość interesująca forma płoszenia się… Ciut mnie tym zmartwił, bo jak on się kiedyś pod siodłem tak czegoś spłoszy, to gleba murowana... moja gleba...

…a Siwka mnie dobiła. Od samego rana pozowała na wariatkę: wypłochy, chrapanie, odskoki… jednym słowem cudowanie na całego… Galop z siodłem okazał się mega-wyścigiem po kole, ziemia fruwała na wszystkie strony, zaczęły się bryki i wierzgi, ale pomna na jej szał przy okazji tylnego popręgu, szybko ją wygasiłam: opadający liść ENERGICZNY trochę Siwkę przebudził, wprawdzie dalej ganiała wyścigowo, ale bez bryków-baranów i chwilami jakby trochę wolniej… To wtedy pierwszy raz przeszło mi przez myśl ODDAĆ DZIKUSKĘ DO PROFESJONALNEGO TRENERA… Toczę tylko spór wewnętrzny, do jakiego… Docelowo western mamy uprawiać za naszą stodołą…

24 lipca (czwartek)
Z Szamanem przerabialiśmy to, co ostatnio. Z Siwką mniej więcej też (było dość szybko, ale bez szaleństw), dodałam wsiadanie po strzemieniu 3 razy. Wsiadanie to dla Siwki zdecydowana comfort zone (cóż za dziwny koń?); zawsze stoi i przysypia... I zakończyłyśmy... Nie wzięłam ze stajni kasku (tak, każdy pretekst jest dobry, żeby nie jeździć na dzikiej... ;-)

A potem pobawiliśmy się piłką... Szaman na tyle zbeszczelniał, że ścigał piłkę kłusem, ba, próbował ją nawet przegryźć (raz ją nawet złapał zębiskami i podniósł do góry...), skopać, zgnieść... Musiałam ją Psujcowi odebrać...
Siwe miało okazję piłkę obserwować przez jakiś czas, obyło się więc bez nadmiernego furkania i panikowania, gdy zaproponowałam jej targetowanie (połóż nos na obiekcie)... Podprowadziłam Siwkę do piłki za bródkę, wskazałam piłkę ręką, Siwka została daaalekooo w tyle, ale szyja wyciągnęła się maksymalnie i nos dotknął potwora... Ciasteczko. I znowu wskazanie piłki, Siwka grzecznie dotknęła, znów ciasteczko... Coraz pewniej, coraz śmielej... Zaproponowałam więc pacanie (moja ulubiona zabawa, Siwka też wydaje się ją lubić...) Najpierw pacałam koło piłki (Siwka też), potem pacnęłam w piłkę... Siwka z rozpędu pacnęła i trafiła... Oj! piłka podskoczyła... Ale za chwilę, na prośbę, Siwka powtórzyła pacnięcie... 3 razy z rzędu ładnie i dałyśmy spokój... Piłka z grubsza oswojona... Ciekawe, kiedy dojdziemy do rzucania i odbijania od Siwki...? Gwoli ścisłości: podrzucanie toleruje, nawet w niewielkiej odległości od siebie, ale zbliżanie się z piłką uniesiona do góry jest nie-do-przyjęcia...

25 lipca (piątek)
Po raz pierwszy umyliśmy się pularylem. Nie zadziałał. Zysk taki, że oba konie po wygąbkowaniu preparatem, mokre, od razu się wytarzały w piachu, obkleiły błotem i owady miały utrudnione zadanie…
A Siwka w treningu…
…tym razem BARDZO ładnie się sprawowała. Po wstępnych ceregielach (zabawy wybiórczo) ustroiłam Siwe w wędzidło (cyganka) i chambon i wysłałam na koło. Siwe od razu przybrało piękną westową ramę, zaokrągliło się, główkę ładnie ustawiło (no, może czasem ciut za bardzo przeganaszowywało…) i zaoferowało BARDZO ładny kłus a potem galop… Galop nie z inicjatywy własnej, ale na MOJĄ prośbę… czyli dobry dzień się Siwemu przytrafił ;-)
Zauważyłam, że to nie pierwszy raz, gdy zastosowanie chambonu przywołuje Siwkę do porządku… Wypinam ją na bardzo krótko, w sumie nie dłużej niż na 5 minut, a procentuje to potem na całą sesję… Siwka, mimo zdjęcia patentu, stara się poruszać w zaokrągleniu, głowę trzyma niżej niż zwykle… Tak było i tym razem: po osiodłaniu Siwa nadal starała się utrzymać fason i wyglądać jak prawidłowy banan (GOOD BANANA, BAD BANANA…), zarówno w kłusie, jak i w galopie…
Jeszcze sobie trochę bokiem pochodziłyśmy i fajrant.
…ale, ale… maniery naziemne ciut się Siwemu popsuły, bo zaczęła WŁAZIĆ NA CZŁOWIEKA… nachalnie, prawie jak Szaman… niby usprawiedliwiona jest, bo w ten sposób pokazuje, gdzie mucha, no ale bez przesady… co ja jestem, wycieraczka jakaś…? Inna rzecz, że nasze friendly ostatnio to w 99% ubijanie much… Siwe do tego stopnia kooperujące, że od jakiegoś czasu daje na sobie muchy ubijać muchołapką… a to nie lada dzielność z jej strony… bo że Szamana można muchołapką oklepywać, to nic nadzwyczajnego…
…i jeszcze, zanim się wzięłam za Szamana, potargetowałyśmy nosem piłkę… oj, Siwej to się zaczyna podobać… sama, bez komendy, trykała piłkę nosem i patrzyła na saszetkę ciasteczko, daj… nawet parę razy piłkę poturlała, tak ją inwencja poniosła…

Potem Szaman dostał do gęby wędzidło (chciał całe ogłowie, ale mu wyperswadowałam ;-) i siodło na plecy. Wędzidło cały czas próbował przegryźć. A wyczyniał, a kombinował... Uspokoił się dopiero przy okrążaniu w galopie, bo musiał skoncentrować się na sapaniu (lokomotywa bez kondycji...)
...a potem były zabawy z piłką, oczywiście BARDZO dynamiczne, bo Szaman potrzebuje DOZNAŃ coraz to nowych; inaczej kombinuje... I tym razem próbował piłkę unicestwić. Do stałego repertuaru (kopanie, gniecenie, gryzienie) dodał tym razem ściganie piłki kłusem z POŁOŻONYMI USZAMI.

26 lipca (sobota)
wolne, czyli undemanding time (mycie, zwalczanie much etc.)

27 lipca (niedziela)
jak wyżej, undemandingowo...

28 lipca (poniedziałek)
Dzień Szamana. Psuja, wandal, niszczyciel...
W południe konie domagały się drzemki w stajni, otworzyłam padok, pognały pod dach... Razem w boksie Siwki się ulokowały i drzemały...

Photobucket

Siwe niebawem wyszło na podwórko, ale Sz. drzemał nadal... poszłam po coś do stajni, patrzę a przedłużacz od pastucha przegryziony w dwóch miejscach na amen i przerzuty na metrowym odcinku (druty na wierzchu, pomarańczowa obwoluta zmemlana na zielono)... nasz najdłuższy, 40-metrowy przedłużacz... miał gad szczęście, że nie był podłączony...
...mam nauczkę; i czego położyłam go na okienku...??? wiadomo, że Sz. wszystko do gęby pcha... Siwe by najwyżej zrzuciło na ziemię, spłoszyło się, obfurkało i tyle... a TEN...
(...wieczorem odkryłam, że z okienka zaginął też duży karabińczyk-zamykacz Siwkowego boksu (odnalazłam go po dwóch dniach)...
...a w międzyczasie Sz. przegryzł taśmę biało-czerwoną na okrągłym wybiegu... I to nie w-byle-miejscu, ale w wejściu/wyjściu... Zniweczyć chciał zamykanie kółka, cwaniaczek jeden ;-)

Wieczorem znowu trening. Szaman na pierwszy ogień. Siodło, wędzidło, długa lina (nigdy nie przypinam liny do wędzidła; zawsze do kantarka sznurkowego. Wędzidło występuje jako pic-na-wodę-fotomontaż; jest, a jakoby go nie było...) Dużo galopu w obie strony, po kilka kółek bez korekty (!!!).
Ćwiczyliśmy dynamiczne starty, czyli zagalopowania z miejsca... Daleko Szamanowi do dynamiki Siwki (i bardzo dobrze ;-), ale ładnie sobie radził; startował ochoczo, z werwą :-)
Pierwszy raz bawiliśmy się w zmiany chodu w obrębie chodu, czyli wydłużanie i skracanie w galopie. Bardzo pozytywnie. Im wyższe tempo jednakże, tym częściej zdarzało się Koledze pokwikiwać i wężować głową... Znaczy, nie lubi się przemęczać ;-) I dobrze; jeden nadmiernie-wyścigowy w stajni nam wystarczy...
Potem przypięłam finese reins do kółek wędzidła i pierwszy raz spróbowaliśmy ustępowania od nacisku wędzidła (direct rein). Zanim Sz. znalazł właściwą odpowiedź, nakombinował się z wywijaniem głową góra-dół, cofaniem, chodami bocznymi... Wreszcie zaskoczył i bardzo ładnie oddawał głowę...
Kolejne novum: zrobiłam wodze z liny 3,7 m., przypięłam/przywiązałam do wędzidła, przełożyłam przez horn/przedni łęk (sporo luzu Sz. miał, nic go nie trzymało, nie ciągnęło) i poprosiłam o kłus a potem galop na kole. I znowu były Szamanowe eksperymenty; jak tu się ułożyć w ruchu... ? Szybko jednak odkrył właściwą postawę i zaokrąglił się elegancko, oddał głowę (chociaż po prawdzie, to on zawsze zaokrąglony, z przejedzenia ;-)
Zakończyliśmy chodami bocznymi, ładnymi w prawo, gorszymi w lewo... I poszedł! z okrągłego wybiegu...

Siwe tym razem zaprezentowało wariactwo umiarkowane (czyli bez bryków); galop błyskawiczny i takiż kłus... w kłusie przebiera nogami jak kucyk jakiś, w galopie zasuwa jak mały motorek... Wprawdzie wszystko pod kontrolą, ale O WIELE ZA SZYBKO!! no gdzie to do westernu?? beczki-tyczki mnie nie interesują...
Osiodłałyśmy się, wędzidło + wodze z liny przez siodło (u Siwej wodze przełożyłam aż za tylny łęk; w porównaniu z Sz., Siwe to miniatura konia...) i dawaj kłusem a potem galopem... Siwe-nie ten koń... Spokojniutko, okrąglutko... Zwierzak-dziwak... zamiast klaustrofobicznie, że ją coś ogranicza, przytrzymuje, ona się uspokaja... how interesting...

...i wtedy przyszedł Szaman, stanął przy wejściu na okrągły wybieg, pokombinował, jak tu się dostać do środka i przegryzł taśmę... i wlazł... czyli zakończył naszą sesję z Siwką...

Photobucket

29 lipca (wtorek)
Konie poszły na cudze, czyli nowe padoki (dzierżawione). Trawa po pas, wielka otwarta przestrzeń, ogrodzenie tylko prądowe, zwierzaki grzeczne, pochłonięte głównie konsumpcją...

Photobucket

I w związku z powyższym treningi się skończyły, bo po pierwsze dużo innej roboty wiejskiej było do wykonania, a po drugie nie chciało mi się przeprowadzać koni na stare śmieci, czyli za stodołę, bo to cała skomplikowana operacja...

Za to wieczorami w stajni zaczęłam wiązać konie do czyszczenia kopyt; zawsze czyścimy się na wolności, ale w końcu trzeba popraktykować przywiązywanie się, bo nigdy nie wiadomo, kiedy okaże się potrzebne... Zwłaszcza Szamanowi się przydało, bo on ma zwyczaj ob-wędrowywania boksu w czasie czyszczenia... Przywiązany ze 2 razy spróbował, czy wiązanie puści, nie puściło (luzowałam linę, ale za chwilę pociągałam go z powrotem na miejsce) i dał spokój.
Siwe w ogóle nie próbowało nic wyczyniać, nawet głowy schylić do siana, tylko grzeczniutko stało.

1 sierpnia (piątek)
Dzień epokowy, ponieważ powstała wreszcie brama wjazdowa. Projekt autorski, wykonanie własne (posiłki w postaci Szanownego Pana Brata Oblubieńca) dwa dni trwały spory o ostateczny kształt budowli... I oto jest :-)

Photobucket

Brak komentarzy: